Third way

21 maja 2012

Zdałem sobie dzisiaj sprawę z pewnej bardzo istotnej dla mnie sprawy światopoglądowej, dlatego śpieszę się nią z Wami podzielić mimo, że mam huk bardziej pilnej pracy. Otóż, każdy kto interesuje się polityką i / lub historią najnowszą jest zaznajomiony z terminem trzecia droga. Koncepcja ta została spopularyzowana w latach 90. XX wieku m.in przez takich polityków jak Tony Blair czy Bill Clinton, a oznacza ni mniej ni więcej a (za Wikipedią):

system społeczno-gospodarczy pośredni między kapitalizmem a socjalizmem. Zwolennicy „trzeciej drogi” uznali, że oba systemy mają zarówno wady, jak i zalety, i że możliwe jest zbudowanie systemu, w którym zostałyby połączone pozytywne strony kapitalizmu i socjalizmu.

Ale zaraz, miało być o światopoglądzie, a jest o polityce. Bo widzicie drodzy Czytelnicy, zobaczyłem trzecią drogę dla postrzegania religii, sumienia i ich wolności. W Polsce mamy w zasadzie system dwupoglądowy w odniesieniu do religii. Z jednej strony mamy wszelkiej maści teistów, zaś z drugiej ateistów i różnorakich kontestatorów. Gdzie tu miejsce na trzecią grupę? Już wyjaśniam, lecz w tym celu będę musiał posłużyć się… mitologią.

Otóż, mimo że powszechna jest niewiara w antyczne bóstwa greckie czy rzymskie, nikt nie śmie wątpić w ogromny wpływ jaki miała tradycja hellenistyczna na kształtowanie tego co dzisiaj w Europie (,a do pewnego stopnia także w Amerykach) nazywamy kulturą wysoką. Analogiczna sytuacja występuje w wypadku tradycji judeochrześcijańskiej. Nie trzeba wierzyć w Pana Jezusa, ani innego Mojżesza, żeby doceniać ich wartość w procesie kształtowania postaw, które są dzisiaj istotne z punktu widzenia społeczeństwa. I przyznam szczerze, że odetchnąłem z ulgą, wpadając na trzecią drogę, ponieważ jako zadeklarowany agnostyk miałem pewien problem z przywiązaniem do niektórych elementów kultury o wyraźnym rodowodzie chrześcijańskim. Takimi elementami są na przykład piosenki Jacka Kaczmarskiego z albumu Raj a w szczególności linkowane już Strącenie aniołów, do którego wykonałem nawet angielskie tłumaczenie, czy Stworzenie świata, którego zaraz będziecie mogli posłuchać ;)

Double standards

25 marca 2012

Ostatnio jestem z boku medialnej zawieruchy. Słyszałem coś wprawdzie o jakiejś oburzającej reklamie Coca-coli, przez którą moi rodacy nawołują się do bojkotu napojów PepsiCo, jednak dopiero dzisiaj za sprawą kolegi z liceum zobaczyłem, o co chodzi.  Ale zaraz, czy ja na pewno jestem Polakiem, skoro mnie ta reklama nie oburza? Dobre pytanie. Gdyby ktoś jeszcze nie znał tego spotu, to najwyższa pora go poznać i wyrobić sobie własne zdanie na jego temat, bo ja za chwilę zaprezentuję swoje (no a poza tym, zaraz Polaczki wymogą usunięcie jej z wszelkich mediów):

Ewidentnie mamy tu do czynienia z podwójnymi standardami. Kiedy narzekamy na naszą sytuację geo-polityczno-materialną to naturalne i wszyscy mają nam współczuć i głaskać nas po wynędzniałych główkach, natomiast gdy jakaś nacja wykorzysta ten motyw to jest już potwarz gruba i zniewaga, która krwi wymaga?

Najwyraźniej. Bo czy ktoś w tym materiale powiedział o nas coś złego? Ja tam widzę uczciwie pracującego faceta, którego narodowość jest ważna tylko i wyłącznie w kontekście państwa-organizatora Mistrzostw Europy. Widzę jego nostalgię i tęsknotę za synem.   Skądinąd na moje laickie oko mężczyzna ten całkiem nieźle mówi po hiszpańsku, zwłaszcza jak na obcokrajowca. Czy nie należy tego poczytać za dobrą monetę?

Widzę wreszcie grupkę Hiszpanów, którzy wykazali się odrobiną empatii, domyślając się co chłopina przeżywał w tej chwili. A że Polacy zarabiają zwykle najniższą krajową lub mniej, także za granicą to jakieś novum?  Czyżbyśmy naprawdę już byli na tym etapie, żeby obrażać się za prawdę, a uprzejmość nazywać wywyższaniem się? No tak, Polak by nigdy nie uraził obcokrajowca w ten sposób. Wprost przeciwnie. On by jeszcze kombinował jak tu zwinąć Pedrowi czy innemu Żałpolowi butelkę Coli. Nie dość, że z kodem, to jeszcze pełną, tak żeby się nie opił, bo przecież niezdrowa i wo’gle, nie?

Oj, chyba napisałem za dużo – jak nic będzie bojkot bloga! Jeśli jednak ktoś  czyta dalej to pragnę złożyć gratulacje społeczeństwu, które wyręcza naszych polityków w wymyślaniu tematów zastępczych. Zresztą, może to jakaś metoda? Nie będą mieli czego wymyślić, szybciej wyczerpią to i do roboty się wezmą? Jeśli tak to wykombinowano to pardonu upraszam,  zzuwam czapkę i biję czołem o podłogę!

 

Shittiness

12 lutego 2012

Na fali medialnego szumu wokół filmu Sponsoring (org. Elles), postanowiłem obejrzeć poprzedni film Małgorzaty Szumowskiej, czyli 33 sceny z życia. kontrowersyjny – czytam – największy międzynarodowy sukces polskiego kina od czasów Kieślowskiego, zachwalają gdzieś w Internecie. Jestem zachęcony, nawet lekko podekscytowany tym, że za chwilę obejrzę arcydzieło.

I zawodzę się tęgo. Nie będę krytykował dłużyzn, które podobno przeszkadzają wielu odbiorcom. Na co dzień nie stronię od wulgaryzmów, ale bardzo dbam o kulturę słowa w tym miejscu. Tyle tylko, że dzisiaj nie zamierzam się silić na wysublimowaną krytykę tego filmu, bo w moim odczuciu ten obraz usiłuje usprawiedliwić kurewstwo, zarówno mentalne, jak i fizyczne, tragedią. Być może autorka chciała pokazać nędzę moralną polskiej neobohemy, bo to jej się udało. Bo bohaterowie tego filmu nie szanują ani siebie ani swoich bliskich. Zapijają się, zdradzają, a potem dziwią się, że coś jest nie tak. Na swój sposób sarkastyczny okazuje się ostatni dialog z tego filmu

- Czemu tak często mówisz „nie wiem”?

- Nie da się wszystkiego wiedzieć od razu, najpierw trzeba się zastanowić.

- Jak długo to trwa?

- No, nie wiem. Czasem kilka godzin, czasem cały dzień, a czasem dwa.

- Wiesz co, chciałabym zawsze być dzieckiem. Z moim tatą, z Piotrkiem, z moją mamą. Nie wiem. Nie wiem, czy potrafię tak żyć.

- Tam się nie da wrócić.

- I teraz tak będzie zawsze?
- Zawsze. [...]

- Będziesz na mnie czekać?

- Nie wiem.

- Odwieziesz mnie jutro na lotnisko? Proszę.

- Nie

I tylko mam ochotę zapytać bohaterkę: Warto było?!

Wiecie, lubię myśleć o sobie jako o wykształciuchu, inteligencie, czasem nawet artyście.Skoro oznacza to poklask dla takich postaw i dzieł, to wcale nie chcę być ani wykształciuchem, ani artystą. I nawet jeśli nie chodziło o promowanie tego rodzaju wartości, to czuję się zdegustowany, mimo że trudno mnie nazwać pruderyjnym. Nie wierzę w ideę godnej śmierci, co nie zmienia faktu, że śmierć bliskiego można przeżywać mężnie, z godnością.Tylko do tego trzeba dorosnąć.

 

Nothing left to hide

25 stycznia 2012

Zaiste, nie mogłem przypuszczać, że słowa umieszczone na końcu ostatniego wpisu sprawdzą się tak szybko. Nazywajcie mnie lewakiem, masonem, żydem czy innym wrogiem publicznym. W zasadzie możecie mnie nazywać jak Wam się żywnie podoba, ale zbliżają się bardzo nieciekawe czasy. 2. czerwca bieżącego roku wchodzi w życie nowelizacja ustawy o Najwyższej Izbie Kontroli, która pozwoli jej szeregowym pracownikom zbierać tzw. dane wrażliwe, czyli informacje o wyznaniu, poglądach politycznych, orientacji seksualnej, stanie zdrowia czy nawet kodzie DNA (sic!).

A to wszystko nie stało się za rządów PiS-u tylko zostało uchwalone głosami PO, PSL i SLD. I po co Tuskowi czy Millerowi formalna koalicja skoro wspierają się wzajemnie przy forsowaniu tak oburzających projektów?! Ja nie wiem, czy premier jest tak pewny reelekcji, czy po prostu strzela sobie w stopę, żeby dorównać szefom poprzednich rządów w zadufaniu?

Z tego miejsca biję się w piersi, jako że omawiana ustawa była głosowana kiedy PO miało ode mnie kredyt zaufania, czytaj: jeszcze w poprzedniej kadencji. I nie interesują mnie zapewnienia rzecznika NIK-u, że

(…)NIK nigdy nie przeprowadzała ani nie zamierza przeprowadzać kontroli, które wymagałyby dostępu do zapisu DNA, preferencjami seksualnymi czy poglądami politycznymi i wyznaniem(…)

Nie wiem jak Wy na to patrzycie, ale mnie się to wszystko układa w logiczną, ale przerażającą całość. I chyba pora ponownie rozważyć studia w Anglii i osiedlenie się tam na stałe. Kłopot w tym, że tam już chyba funkcjonują regulacje zbliżone do niniejszym opisywanych. :roll:

Alea iACTA est

24 stycznia 2012

Jakże aktualne są dzisiaj słowa rzekomo wypowiedziane przez Juliusza Cezara jakieś 2061 lat temu. Bo oto kości w sprawie ACTA, przez którą kipi cały Internet zostały rzucone. Rząd prawdopodobnie podpisze rzeczoną umowę i pozostaje tylko mieć nadzieję, że jej postanowienia będą realizowane równie opieszale co inne przepisy prawne. I chowa się tutaj pewna ironia, bo oto ja, jednostka, która woła o zmianę w polskim życiu społeczno-politycznym, mam nadzieję na utrzymanie się status quo.

Bardzo długo nie zabierałem głosu w sprawie, o której niniejszym piszę, bo jestem zdania, że to, jak ktoś ładnie to określił bodajże na Antywebie, pospolite ruszenie polskich internautów, nie zmieni decyzji rządu w sprawie podpisania rzeczonej umowy. Z  dwunastogodzinnym opóźnieniem dołączam jednak do protestu. Ma to wymiar czysto symboliczny, jako że zasięg mojego bloga jest bardzo mały.

Przywykliśmy do swobód, odrzucając myśl, że ktoś kiedyś może nas ich pozbawić. Wkrótce może się jednak okazać, że trzeba będzie odkurzyć tzw. obywatelskie nieposłuszeństwo i walczyć nie tylko przed monitorem i nie o wirtualny hydepark, który jest burzony na naszych oczach, za naszym przyzwoleniem i przez tych, których wybrała większość.

Następnym razem stawka będzie o wiele większa.

Don’t try

30 grudnia 2011

Nie próbuj – głosi epitafium umieszczone na nagrobku Charlesa Bukowskiego. Nie jest to bynajmniej pochwała nihilizmu egzystencjalnego, czy innej dekadencji znanych powszechnie pod wdzięczną nazwą mamtowdupizmu. Jak wyjaśniła żona pisarza, jest to skondensowane przesłanie cytatu z jego powieści Factotum (oryginalnie wydanej w 1975 roku). Rzeczony cytat prezentuje się następująco:

If you’re going to try, go all the way. Otherwise, don’t even start. This could mean losing girlfriends, wives, relatives and maybe even your mind. It could mean not eating for three or four days. It could mean freezing on a park bench. It could mean jail. It could mean derision. It could mean mockery–isolation. Isolation is the gift. All the others are a test of your endurance, of how much you really want to do it. And, you’ll do it, despite rejection and the worst odds. And it will be better than anything else you can imagine. If you’re going to try, go all the way. There is no other feeling like that. You will be alone with the gods, and the nights will flame with fire. You will ride life straight to perfect laughter. It’s the only good fight there is.

Z angielskiego na nasze brzmi to tak (tłumaczenie własne)

Jeśli zamierzasz spróbować, daj z siebie wszystko. W przeciwnym razie nie trudź się. Przez taką próbę można stracić dziewczyny, żony, krewnych, a nawet poczytalność. Może to się wiązać z niejedzeniem przez trzy czy cztery dni, spaniem na parkowej ławce, pobytem w więzieniu lub z tym, że będą z nas drwić. Może też oznaczać kpiny i odosobnienie. Odosobnienie jest darem, wszystko inne jest sprawdzianem Twojej wytrzymałości, oraz tego jak bardzo pragniesz celu swoich dążeń. I będziesz działać pomimo odrzucenia i niewielkiego prawdopodobieństwa sukcesu. I będzie to lepsze niż cokolwiek, co jesteś w stanie sobie wyobrazić. Jeśli zamierzasz spróbować, daj z siebie wszystko. Nie istnieje inne uczucie równe temu. Staniesz sam na sam z bogami, a noce będą płonąć żywym ogniem. Pokierujesz swoje życie wprost do szczęścia totalnego. To jedyna walka, jaką warto stoczyć.

Dlaczego o tym piszę? Zawsze przeczuwałem, że w tych słowach tkwi coś co osobiście nazywam Prawdziwą Mądrością. Mądrość prawdziwa nie opiera się na tanich chwytach koncepcyjnych, bo potrafi obronić się sama. Gardzi patosem, gloryfikuje potęgę jednostki.

Przeczuwać to jedno. a zobaczyć tę potęgę w całej jej krasie to drugie. Otóż byłem wczoraj w kinie na filmie Służące (The help) powstałym na kanwie książki o tym samym tytule. Koncepcyjnie film był prosty: źli biali, uciśnieni, ale szlachetni czarni (z nielicznymi wyjątkami w obu grupach). Był też, jak stwierdził mój brat, ugrzeczniony. Co najważniejsze jednak, pokazał , że wolność zaczyna się w głowie i zilustrował zaprezentowany wyżej cytat. Dlatego w skali 1-10, film ma u mnie solidną dziewiątkę.

Parafrazując klasyka jedno co warto to działać warto i niech to będzie moim mottem na najbliższe dni.

White nigga

13 grudnia 2011

Zakładam, że nigdy nie widzieliście PRAWDZIWEGO białego murzyna? Otóż takiż biały kruk (wróć – murzyn) objawił się niedawno na PSW got talent 2011. Miłego oglądania.

Implied meaning

10 grudnia 2011

Jednym z kryteriów, na podstawie których orzekam czy dany film jest dobry czy nie, jest pytanie czy jego obejrzenie zmusiło mnie do myślenia czy też nie. Wstyd się przyznać, ale ostatnimi czasy unikam dobrych filmów, żeby przypadkiem nie wprowadzić się w zbyt posępny nastrój. A szczególnie, że czasem z takiego seansu wynika wiersz. Kto śledzi mnie na portalach społecznościowych zapewne wie co wczoraj oglądałem. Kto nie śledzi, może się domyślać ;)

Proch (9.12.2011)

Gnałem Marysię po całym kraju
Potem poznałem Kasię
By nazajutrz
Siedzieć za sutenerstwo
Bo mój sposób zarobkowania
Stanowił przestępstwo
Nie miałem nic do gadania
Gdy znalazłem się w kajdanach
Nie w tych błyszczących
Lecz krępujących
Moje ciało i marzenia
Choć chciałem wszystko pozmieniać

Byłem prochem
Jestem pyłem
Myślałem że choć trochę
Żyłem
Lecz nie wiem czy bardziej
Siebie czy innych łudziłem
Żaden ze mnie twardziel
Nawet zdrajcy nie zabiłem
Więc teraz jestem pyłem
Choć byłem prochem
Czy tego żałuję
Bardziej niż trochę
Lecz co kogo obchodzi
Co ja teraz czuje

Monday

15 listopada 2011

Wiem, że dzisiaj mamy wtorek, nie poniedziałek. Tekst który za chwilę zobaczycie jest jednak bardzo mocno osadzony w poniedziałku. I przynajmniej dla mnie jest jakimś powodem, żeby nie-nienawidzić wszystkich dni tego rodzaju. Długo zastanawiałem się czy w ogóle czy Wam go pokazać. Nie chciałem bowiem, żeby ktoś sobie pomyślał coś niestosownego (cokolwiek to znaczy :roll: ). Moje parcie na szkło jednak wygrało i oto chwalę się swoim najmłodszym prozatorskim dziecięciem:

Poniedziałek. Coś między 7:30, a 8:00. Siedziałem już na uczelni próbując zsynchronizować półkule mózgowe dla lepszego samopoczucia. W pewnym momencie zorientowałem się, że zamiast programu mającego wprawić mnie szybko w stan euforii,  wybrałem ten o lekkim zabarwieniu erotycznym. Wyłączyłem go czym prędzej. W końcu uczelnia to nie miejsce na erotykę. Nawet tę najlżejszą.
Znajome dzwonienie w uszach nastąpiło choć wysłuchałem niewiele ponad połowę nagrania. I wtedy z jednego z pomieszczeń wyłoniła się ona. Piegowata blondyna, na oko lat trzydziestu, może nieco mniej lub odrobinę więcej. Szła po wodę na kawę. Lekko wymemłana, jak przystało na poweekendowy poranek, ale z kocią gracją w każdym kroku. Czarna garsonka, takież rajstopy i baletki z noskami pokrytymi czymś zapewne imitującym srebro. Pomyślałem sobie: Dlaczego nie pończochy, słonko?!, a zaraz za tą myślą powędrowała refleksja w rodzaju Przecież i tak nie dobierzesz się do tych kolan, udek, ani tego co pomiędzy nimi.
Blondyna wyszła z toalety z czajnikiem pełnym wody. Nasze spojrzenia spotkały się. Widziałem w jej niebieskich oczach to samo napięcie, które ona musiała widzieć w moich. I wtedy…
Kobieta wykonała potężny zamach czajnikiem. Małe AGD zgubiło pokrywkę trzaskając o posadzkę. Po mojej prawicy urosło niewielkie jeziorko. Nie zważając na to, nazwijmy ją Agnieszka, ruszyła ku mnie zdecydowanym krokiem, a w jej oczach płonęła żądza. Wiedziałem już co chce ze mną zrobić kiedy zwinnym ruchem wdrapała się na moje kolana, umieszczając moje dłonie na swoich pośladkach. Mruczała zalotnie, jak przystało na kocicę. Nasze usta złączyły się w namiętnym, niemal zwierzęcym w swojej gwałtowności pocałunku.
Mógłbym napisać co było dalej, ale dalej moja kochanka wróciła do swojego pokoju i zapewne zaparzyła sobie kawę.
Kurwa, to nie to piętro. – dotarło do mnie.
I nie to uniwersum, niestety. Z mojej wyimaginowanej seks-przygody wyciągnąłem jednak wniosek, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Wszechświat naprawdę chciał, żebym poznał Agnieszkę, a że nie poznałem jej tak blisko jakbym sobie tego życzył to już całkiem inna bajka.

Confiteor

12 listopada 2011

W ostatnim czasie dość niepochlebnie wypowiadałem się o Marszu Niepodległości. Wypowiedzi te wynikały ze zdegustowania osobami, które szafują pojęciem patriotyzmu jak swoją, nieszanowaną skądinąd, własnością. Tak, jestem kaczofobem, a nawet giertychofobem. Tego akurat się nie wstydzę i zaryzykowałbym stwierdzenie, że nigdy się nie powstydzę.

Nie oznacza to jednak, że nie mam czego się wstydzić. Z racji przeświadczenia, które noszę w sobie od co najmniej trzech lat, że jestem w równym stopniu dumny z bycia Polakiem, co z bycia Europejczykiem, czy nawet szerzej, Obywatelem Świata, nieco bliższe mi były ideały antify. Widząc jednak jakie jest przełożenie tych ideałów na praktykę

z całą stanowczością i powagą biję się w piersi. Ten materiał traktuję bardzo osobiście, bo postrzegałem antyfaszystów jako osobników, którzy nie zaatakują kogoś, kto tego nie sprowokował. Myliłem się i jakkolwiek przykro mi z tego powodu, nie mogę wykazać się pobłażliwością.

Oczywiście nie posunę się do stwierdzenia, że wszyscy antyfaszyści są złymi ludźmi, tak samo jak nigdy nie twierdziłem, że wszyscy sympatycy Marszu Niepodległości są nacjonalistami (zwłaszcza że mam pośród nich przyjaciela i kilka osób które z różnych względów darzę szacunkiem). Parafrazując znane polskie powiedzenie skwituję ten wpis stwierdzeniem ekstremizm gorszy od faszyzmu i komunizmu razem wziętych!