Zaiste, nie mogłem przypuszczać, że słowa umieszczone na końcu ostatniego wpisu sprawdzą się tak szybko. Nazywajcie mnie lewakiem, masonem, żydem czy innym wrogiem publicznym. W zasadzie możecie mnie nazywać jak Wam się żywnie podoba, ale zbliżają się bardzo nieciekawe czasy. 2. czerwca bieżącego roku wchodzi w życie nowelizacja ustawy o Najwyższej Izbie Kontroli, która pozwoli jej szeregowym pracownikom zbierać tzw. dane wrażliwe, czyli informacje o wyznaniu, poglądach politycznych, orientacji seksualnej, stanie zdrowia czy nawet kodzie DNA (sic!).
A to wszystko nie stało się za rządów PiS-u tylko zostało uchwalone głosami PO, PSL i SLD. I po co Tuskowi czy Millerowi formalna koalicja skoro wspierają się wzajemnie przy forsowaniu tak oburzających projektów?! Ja nie wiem, czy premier jest tak pewny reelekcji, czy po prostu strzela sobie w stopę, żeby dorównać szefom poprzednich rządów w zadufaniu?
Z tego miejsca biję się w piersi, jako że omawiana ustawa była głosowana kiedy PO miało ode mnie kredyt zaufania, czytaj: jeszcze w poprzedniej kadencji. I nie interesują mnie zapewnienia rzecznika NIK-u, że
(…)NIK nigdy nie przeprowadzała ani nie zamierza przeprowadzać kontroli, które wymagałyby dostępu do zapisu DNA, preferencjami seksualnymi czy poglądami politycznymi i wyznaniem(…)
Nie wiem jak Wy na to patrzycie, ale mnie się to wszystko układa w logiczną, ale przerażającą całość. I chyba pora ponownie rozważyć studia w Anglii i osiedlenie się tam na stałe. Kłopot w tym, że tam już chyba funkcjonują regulacje zbliżone do niniejszym opisywanych.