The foreign girl

16 maja 2013

Niniejszy tekst jest fragmentem pewnego projektu literackiego, który najprawdopodobniej nie doczeka się realizacji, więc czytajcie na zdrowie.

*

            Na imię miała Tatiana. Poznałem je jednak dopiero rok później. Siedziała smutna, a przynajmniej takie sprawiała wrażenie, w jednym z korytarzy. Nie wiem co mnie tknęło, zwykle nie mam takiej śmiałości. Usiadłem obok, zapytałem Czy wszystko w porządku? Odpowiedziała zdawkowo, że tak. Znając ją z widzenia, wiedziałem o jej niepolskim rodowodzie. Niezrażony odparłem po angielsku, że jeśli chce, możemy rozmawiać w tym języku. Nie chciała.

Oczy. W tym słowie mógłbym zamknąć cały jej obraz. Nie zapamiętałem nawet barwy, choć później widywałem ją niemal codziennie. Gdybym miał zgadywać powiedziałbym, że są szare. I na pewno bym się pomylił. Tatiana miała kasztanowe włosy normalnej długości. Normalnej, tzn. takiej jaką sobie wyobrażam u prawdziwej kobiety. Twarz, zwykła – ani piękna, ani brzydka. Ubrana była na czarno. Może dlatego wydała mi się smutna.

Wiem, że są ludzie i, że częściej są to kobiety niż mężczyźni, którzy twierdzą, że lubią nosić czerń. Mnie ten kolor, choć podobno to nie jest kolor, kojarzy się jednoznacznie – z żałobą. No chyba że mówimy o spodniach dresowych, w których raczej ciężko wyobrazić sobie żałobnika.

Kojarzy mi się jeszcze czarny z jakimś deficytem pogody ducha i jest to, zdaje mi się, konotacja bardziej uniwersalna. Nie o barwy się jednak rzecz rozbija. Wróćmy zatem do Tatiany.

Siedziałem tuż obok niej, kiedy nagle impuls kazał mi chwycić ją za rękę. Spojrzała na mnie zmieszana. Nawet ją rozumiałem, w końcu nie co dzień ktoś obcy pozwala sobie na tego rodzaju kontakt. Dla niektórych chwycenie czy nawet bierne trzymanie czyjejś dłoni to przeżycie bardzo intymne. Oczywiście są też tacy, którzy pchają się z językami do gardeł ludziom, których dopiero co poznali, ale nie będziemy się przejmować rozpustnikami, prawda?

Czułem to bardzo wyraźnie, że w pierwszym odruchu dziewczyna próbowała wyrwać wątłą rączkę z mojego uścisku. Oczywiście nie mogłem na to pozwolić. Z całą pewnością wymierzyłaby mi wtedy policzek. Pal licho chwilowe pieczenie skóry, pogrzebałaby w ten sposób moje poczucie honoru, męskości, jak też przeświadczenie, że ludziom trzeba pomagać nawet jeśli o to nie proszą.

Trzymałem ją tak zatem, manifestując swoją determinację, powoli odwróciłem głowę w jej stronę – jako że gdy tylko zauważyłem jej odruchową reakcję na swoje działanie wpatrzyłem się wprost przed siebie – i spojrzałem głęboko w te jej nieokreślone do dzisiaj oczy. W moim wzroku tkwił niczym nie zmącony spokój, graniczący niemal ze znudzeniem. Czaił się tam komunikat Nie zrobię Ci krzywdy, ale opór też jest bezcelowy. Jakby na pocieszenie zacząłem się uśmiechać. Z początku delikatnie, ale co raz bardziej zdecydowanie.

Wyraz jej twarzy stopniowo łagodniał. Za chwilę skóra na jej czole zbiegła się, jakby intensywnie nad czymś myślała. Trwało to jednak najwyżej kilka sekund.

Więc jednak potrafi się uśmiechać. – stwierdziłem w duchu ku swojemu zadowoleniu, kiedy na jej słowiańskie liczko wpełzał nieśmiały uśmieszek. Od razu wydała mi się jakby piękniejsza.

Siedzieliśmy tak przez trzy kwadranse nie odzywając się słowem. W pewnym momencie zacząłem czuć, że ściska mnie mocniej. To było podziękowanie. Chwilę potem podniosła się bez słowa i ruszyła w swoją stronę, puszczając mnie jednak dopiero, gdy moja ręka okazała się zbyt krótka. Jeszcze przez wiele miesięcy było to najlepiej zmarnowane 45 minut w moim życiu.

Under the spell

15 maja 2013

Wiecie, przez większość trwającej dekady, żyłem w przekonaniu, że potrafię pisać. I nie, to nie jest jeden z tych typowo blogowych wpisów z serii „o Boże [względnie o Bożeno], nie wierzę w swoje możliwości więc sobie połechtam ego, bo może ktoś mi napiszę, że jednak potrafię” Inna sprawa, że prawdopodobnie osoba, która przekonywałaby mnie, że mam talent, to byłby ktoś z kręgu moich bliższych bądź dalszych znajomych – bo w zasadzie nikt inny tutaj nie zagląda. Mam statystyki ilościowe, to wiem.

Ale nie o to chodzi. Otóż, moi drodzy ja jestem świadomy, że potrafię operować językiem w stopniu ponadprzeciętnym (to by było na tyle w kwestii skromności). Problem w tym, że mój język jest tak nadęty, że ktoś mógłby go zabić szpilką, jest ą-ę, przez co na ogół poprawny, ale miałki. Do tej pory mi to nie przeszkadzało, ale. ostatnimi czasy za sprawą śledzenia Marcina Mellera na pewnym portalu społecznościowym, którego nazwę zwykłem złośliwie przekręcać trafiłem na http://mamwatpliwosc.blog.pl/ i…

Zakochałem się. Nie tyle w autorce (autorka niechże sobie będzie szczęśliwa z Nawleczonym, który jak mniemam nie będzie miał z nią łatwo), co w jej stylu. To połączenie lekkości i kąśliwości jakiego nie potrafiłem sobie nawet wyobrazić. Radomska nie próbuje być autorytetem, nie stara się nikomu przypodobać, a przy tym pod własnym nazwiskiem wypowiada to, co powoduje wypieki na twarzach dziesiątek, setek, a może i tysięcy cierpiących w ciszy Polaków, gdy tylko dopuszczą do siebie te myśli. To się nazywa umieć pisać.

Zwykłem o sobie myśleć, że jestem inteligentnym człowiekiem. Ale w zestawieniu z Radomską czuję się mały. I choć fajnie byłoby grać z nią w tej samej lidze, to musi mi wystarczyć fakt, żeśmy się urodzili dokładnie tego samego dnia.

Ten wpis ma taki ton, że równie dobrze mógłby być napisany przez podnieconą nastolatkę, ale pewnie i tak wrzucę link do tego peanu na fanpage’a Mamwatpliwosc. A niech Radomska wie, że ma we mnie powolnego wyznawcę. ;)

Untitled

1 kwietnia 2013

(…)

Tym którzy we mnie nie wierzyli środkowe palce
Zobacz gdzie teraz jestem
Nie poległem w tej walce
Bo kiedy Ty chcesz dotykać chmur
Ja burzę kolejny mur
I patrzę w niebo
Gwiazdy już nie są tak daleko
I wiem że jeśli zechcę to zapiszę się tam
Możesz mówić że nie osiągnąłem tego sam
Lecz ja od początku wiedziałem
Że wszystko z siebie dam
A co Ty robiłeś Tylko stałeś
I mnie negowałeś

Albo Ty, dziewczyno której zabrakło odwagi
Miałaś wiele twarzy i imion
Żadnego z nich przy mnie nie było
Lecz nauczyłem się tolerować samotność
I żyć z tym że moje serce nie bije zbyt mocno

Wreszcie Wy
Wszyscy ci
Którzyście wierzyli we mnie szczerze
To dzięki Wam ten łotr zwany Markiem
To wszystko przedsiębierze
I gdy odniesie swój ostatni sukces
Możecie być pewni że Was obok siebie
Zobaczy w lustrze

Niezależnie gdzie on będzie
I gdzie będziecie Wy
Bo choć sukces jednego ojca ma
I trzeba się pogodzić z tym
To jego rodzina wielka jest jak Krym

Emancipatory G-Funk?

15 marca 2013

Dzisiaj mija druga rocznica śmierci ikony amerykańskiego G-Funku, Nate Dogga. G-Funk to odmiana rapu powstała w latach 90. na zachodnim wybrzeżu USA, kojarzona przede wszystkim z ciepłem bujających głową kalifornijskich brzmień i niezbyt szerokim spektrum lirycznym koncentrującym się na działalności z pogranicza gangsterki i hedonizmu. Taka tematyka utworów, przynajmniej w momencie powstania podgatunku, nie była jednak motywowana chęcią łatwego zysku charakterystyczną dla rapu nagrywanego w Stanach po 2005 roku. Był to raczej specyficzny folklor środowisk z których wywodził się Nathaniel Hale jak również inni wykonawcy gatunku.

Jeśli przyjmiemy, że G-Funk można sprowadzić do hasła sex, drugs and killing cops zrobimy krzywdę nie tylko muzykom zza oceanu, ale też Polakom takim jak Ten Typ Mes (i jego koledzy z zespołu 2cztery7), Bleiz czy kolektyw F.F.O.D.

Wróćmy jednak do Nate’a i jego spojrzenia na świat. Mimo że ogólnie nie odstawał on zamiłowaniem do seksu, kieliszka i rozmaitych zakazanych substancji od innych artystów, jego twórczość pokazała, że można cieszyć się towarzystwem (także przygodnym) kobiet unikając ich uprzedmiotowienia. Np. w utworze Backdoor z płyty Music and Me wydanej w 2001 roku Nate Dogg śpiewa:

When your days get lonely
When your nights get cold
When the rain starts pouring
When your man ain’t home
You can call me baby
You can let me know
You aint had none lately
Lemme in your backdoor

Meanie walks out the door
When he act like he dont want you no more
You can do the same thang
Two can play at this game
With his love and you bored
He got you doing his chores
Might as well be with me
You ain’t nobody’s slave

He ain’t never gonna change
He still be playing them games
But you can do the same thang
Girl I won’t say a thang
If you don’t tell, I won’t tell
We’re given life, what the hell
We both want the same thang
Ain’t no need to complain

Co można przetłumaczyć następująco:

Gdy za dnia jesteś samotna
Gdy w nocy ci zimno
Gdy leje deszcz
Gdy jego nie ma w domu
Zadzwoń do mnie skarbie
Daj mi znać
Nie robiłaś tego ostatnio
Wpuść mnie tylnymi drzwiami

Gdy palant wychodzi
Gdy zachowuje się jakby już cię nie chciał
Możesz robić to samo
To gra dla dwojga
Masz dość jego miłości
Załatwiasz jego sprawy
Mogłabyś być wtedy ze mną
Nie jesteś niczyją niewolnicą

On się nie zmieni
Będzie grał w swoje gierki
Ale możesz robić to samo
Ja cię nie wydam
Jeśli nic nie powiesz to ja też nie
Do diabła, mamy życie do przeżycia
Oboje chcemy tego samego
Nie trzeba narzekać

Oczywiście można ten tekst czytać dwojako. Z jednej strony jest to zachęta do niewierności, ale czy tylko? W momencie wydania albumu Music and Me, pseudonim Nate Dogg był już w zasadzie rozpoznawalną marką. Dlatego przypuszczenie, że Backdoor powstał z tzw. potrzeby serca wydaje się zasadne. Choć daleko stąd do stwierdzenia, że Nathaniel był feministą to jego szczera postawa powinna dać do myślenia wielu celebrytom i ich fanom.

Nate Dogg zmarł w wieku 41 lat,  15. marca 2011 roku w wyniku komplikacji poudarowych. Rest in Peace, Dogg!

Disability, interactions, affection: A personal perspective

20 stycznia 2013
Updated: / Zaktualizowano:

Revised on 13 Feb 2013

Recently I have watched a film by the title of The sessions and it left me utterly flabbergasted. You see, films are (or at least may be) powerful tools in changing discourses on various matters. Unfortunately, most directors and screenwriters do not use them well enough and very few can exceed above the satisfactory level in their job of attempting to change societies’ perceptions. Now, I am not implying that all the films (and filmmakers) should aspire to such a high call, but if they do, they should be as thorough as possible.

The reason that I am stating this is that I have seen a number of films telling stories of disabled people. Some of them were great, as My left foot, but most were just alright as Hasta la vista, or slightly below alright as Yo tambien! In Poland we have a saying that could be translated as Life is the best screenwriter and The sessions definitely proves it, as My left foot did twenty-some years ago.

I will not give you the plot outline for The sessions, maybe except for some snippets of dialogues that are necessary to back up the points I am making. If I did, why would you bother to see the film for yourself? Strangely enough, although I have not been paid to advertise it, I would very much like as many people as possible to see it.

Without further ado, let me get to the bottom of the matter:

Exhibit A:

„I am glad to see you”

„Don’t you say that to all the girls?”

„Yes, but I always mean it”

That bit is almost proverbial for me. Now, I know that I am a rather subjective person, but from what I have managed to make out of conversations with the disabled I know and the accounts that I heard/read many of us identify with these words. Someone may think:

Cool, so you are saying that the disabled are actually fun people and it’s always a sheer pleasure to hang out with them?

Not quite. I would even hazard a view that most of the time we are glad to interact with people (particularly with those of gender we fancy sexually) for the worst possible reason: because we do not do that much! I mean, we do have as much of a potential to be sociable, gentle and so on as anyone else. But depending on circumstances it may be pretty intense (Oh Gosh, someone’s actually SEEN me) or it may take some digging to get that out (What does s/he want? S/he probably just pities me) or (Ok, I get that they like me, what do I do now? What do I do?!) I have personally adopted each of these three mindsets at some points of my life and I am probably still quite prone to doing so, but I am working on this.

Another key matter: harmful outcomes of best intentions.

Exhibit B:

(sobs) „You could always make me laugh… I love you, Mark. I really do”
„Really?”
„Yes I love you, but not in that way. I love you but I’m not in love with you. I think it’s great what you’re doing with that surrogate lady”
„It could have been you”
„Yeah, it could have, but it wasn’t”

While reporting this dialogue, the protagonist comments on it very accurately, by saying Blah blah blah, same old story. It is basically impossible to sufficiently stress how bad it feels to hear I love you, just not in that way  and the disabled hear it quite a lot. Must be extremely annoying, eh? Believe me, it is. I acknowledge that most people do not do that on purpose, but the message behind such words is:

Hey, I really like you, but due to your disability I will never ever be physically attracted to you. Sorry, can we still be friends?

Don’t you admire the guy from the quote for joking after receiving such a crushing message? I certainly do!

Now, most of us have come to peace with the fact that we are not exactly as attractive as Brad Pitt or Jessica Alba. Despite knowing that it would be a bit harder for us to find a soul mate we still hope to find them. So whenever you’ll feel the need to boost your self-esteem by showing how you cherish a disabled person by saying I love / really like you while you just enjoy spending time with him / her and deep down you feel sympathetic for them, at least give it a second thought. Even though it seems the right thing to do, bear in mind you might give them the wrong impression and thus hurt them.

If you just like us, please treat us as any other person you like. Not only will it keep us hoping for true love, it will also enhance our chances for finding it. How come? You have just saved us a painful disappointment and hopefully let us invest our feelings in someone who will be able to return them.

As a closing remark: I don’t know how it looks in the UK, but in Poland most disabled either don’t flirt or do it very subtly. They refrain from flirting not to expose themselves to having to

[deal] with anger, self-loathing and daily experiences of rejection and humiliation [which] are among the hardest aspects of being a disabled person (Shakespeare, Gillespie-Sells, Davies 1996)

To put it lightly, they just fear they would look like this:

howithinkilook-resizecrop--

On morons

11 września 2012

Faktem jest, że w dyskusji dotyczącej kontrowersyjnego felietonu Janusza Korwina-Mikke (w której zabrałem głos) brakuje rzeczowych argumentów. Niestety brakuje ich po obu stronach. Nie dziwię się osobom, które bronią osób niepełnosprawnych, bo powodują nimi emocje, czasem ich własne, a czasem emocje tłumu, jak w przypadku wypowiedzi dziennikarzy i innych komentatorów życia publicznego.

Dziwi mnie jednak to, że JKM, który zarzuca swoim adwersarzom, iż wyrywa się jego wypowiedzi z kontekstu, sam angażuje się w dyskusje odnośnie do przyzwoitości i zasadności używania słów takich jak debil w debacie publicznej. O ile denotacja tegoż określenia jest neutralna i oznacza osobę niedorozwiniętą umysłowo, o tyle zwykło się w języku potocznym tytułować debilami osoby jak najbardziej zdrowe na umyśle, które akurat powiedziały lub zrobiły coś bardzo niemądrego, czy wręcz oburzającego. W ten właśnie sposób, wspomniany wyraz, zyskał negatywne konotacje i stał się pejoratywem.

O roli konotacji w budowaniu komunikatu nie muszę chyba nikogo przekonywać. O nieznajomym przedstawicielu rasy murzyńskiej możemy powiedzieć: czarnoskóry, Afroamerykanin (jeśli w istocie pochodzi on z Ameryki), Murzyn, a możemy też powiedzieć czarnuch, czy nawet asfalt, ale dwa ostatnie przykłady zostaną uznane za przejaw rasizmu, a przy najlepszych chęciach interpretującego, skrajnej niechęci wobec osób czarnoskórych.

Podobnie ma się rzecz z ludźmi niepełnosprawnymi umysłowo. Można ich nazwać debilami. Można to tłumaczyć przywiązaniem do starej nomenklatury medycznej i dowodzić, że wyraz ten nie odzwierciedla złych intencji osoby wypowiadającej to słowo, ale nadal wypowiedź zawierająca je będzie cokolwiek nieelegancka. Większość odbiorców będzie też odczuwać, że to, a nie inne słowo zostało użyte z pełną świadomością.

Chciałbym jednak zwrócić uwagę na coś innego. Pan JKM usilnie podkreśla, że założył fundację promującą aktywność umysłową osób niepełnosprawnych fizycznie. Załóżmy roboczo, że pewien bogaty jegomość zakłada fundację na rzecz niespełnionych polityków – czy Przewodniczący Nowej Prawicy zgłosiłby się do niej po stwierdzeniu prezesa Fundacji, że talenta Korwina-Mikke więcej pożytku przyniosą światkowi kabaretowemu niźli politycznemu i publicystycznemu?

On me

9 września 2012

Płodna pierwsza dekada września proszę Państwa ;)

(…) (09.09.2012)

Siedziałem w książkach kiedy inni
Siedzieli u dziewczyn
Nie piszę tego żeby czuć się lepszym
Piszę żeby Twój obraz mnie był pełniejszy

Siedziałem w książkach kiedy inni
Kopali piłkę
Lub z kumplami brali odżywki
Na siłce

Czytałem o polityce
Zasłuchiwałem się w muzyce
Wyciągałem z niej wnioski
By pomagała mi przetrwać
Platoniczne miłostki

Rosłem na nudziarza
Co niewiele o życiu wiedział
Lecz informacje przetwarzał
By zrozumieć co jest ważne
I gdy czas nadejdzie
Pokazać ułańską fantazję

I oto stoję silniejszy
Niezbyt pewny
Lecz najpewniejszy
Że jeśli załamie się lód
Po którym kroczę
Gotowy jestem chodzić po wodzie
Choć kroku samodzielnego
Nie zrobiłem na lądzie

Rules

8 września 2012

Spontaniczny wiersz po angielsku powstały dziś rano na kanwie rozmyślań o tym, że chłopaki nie płaczą.

Rules (8th Sep. ’12)

Boys don’t cry
Men don’t pay
Life is full of expectations
So you can’t be who you are
Unless you please the rest
Or decide to find your own nest
Aside from them all
And ignore their righteous calls

Girls don’t use French
Women don’t enjoy sex
For fear of being chased
Thrown away after being used
Or they become harlots
Though they only wanted
To be starlets

As an old maxim stipulates
You can have your way as long
As you don’t bother your brothers
Why don’t we apply it frequently
And let ourselves live happily
If you wish to improve this
Don’t focus on him, her or me
Instead grow spiritually

On invalidity

6 września 2012

Musieliście się spodziewać, że zabiorę w tej sprawie głos. Osobiście nie czuję potrzeby oglądania transmisji z igrzysk paraolimpijskich, gdyż nie oglądam telewizji, a i sportem, ani parasportem się nie interesuje. Nie odbieram braku transmisji w TVP jako przejawu dyskryminacji, choć i z takimi głosami się spotkałem.

Wyczyny moich rodaków-inwalidów, jak ciągle nazywa ich Pan Janusz Korwin-Mikke, napawają mnie jednak dumą. Większą niźli sukcesy pełno(s)prawnych atletów. Większą nie ze względu na trud, jaki włożyli oni w przygotowanie się do zawodów i dotarcie na podium. W zawodach tego rodzaju nie należy stopniować trudu, bo każdy chce zwyciężyć i dąży do tego na miarę swoich możliwości, niezależnie od tego czy nie ma ręki, nogi, jest upośledzony czy zdeformowany. I niezależnie od tego czy ocenianie jest sprawiedliwe czy nie.

Zacznijmy jednak od semantyki. Inwalida to określenie nacechowane ujemnie, niewiele lepsze od kaleki. W dzisiejszym świecie jest to wręcz słowo, które straciło swoją zasadność. Dzieląc źródłosłów z angielskim rzeczownikiem invalid oznacza osobę wymagającą opieki. W przypadku osób o dużej lub całkowitej samodzielności (a tylko takie startują w poważnych zawodach) bardziej zasadne jest określenie disabled, czyli niepełnosprawny. Zapewniam Was, że to rozróżnienie jest podyktowane czymś więcej niż poprawnością polityczną.

Odrzucając jednak negatywne konotacje, sam mam dylemat czy jestem bardziej inwalidą czy niepełnosprawnym  i są to rozważania, w których trudno zająć jednoznaczne stanowisko. Pan JKM jednak jest specem od sportu i powiada, że ze sportem paraolimpiada nie ma nic wspólnego, bo kalectwo i sport to kategorie, które się wykluczają. Sięgam do słownika PWN-u i znajduję taką oto definicję sportu:

ćwiczenia i gry służące podnoszeniu i nabywaniu sprawności fizycznej i wyrabianiu pewnych cech charakteru, jak wytrwałość, lojalność, nawyk przestrzegania reguł

i absolutnie nie wiem, w którym miejscu wyklucza ona niepełnosprawnych z grona sportowców. Z żalem informuję Pana JKM, że współczesne igrzyska olimpijskie, te prawdziwe i jedynie słuszne, również niewiele mają wspólnego z ideą kalokagathii. Wniosek? Zostawmy w spokoju często Bogu ducha winnych niepełnosprawnych tylko odwołajmy wszystkie imprezy sportowe, a każdy niech sobie ćwiczy w domowym zaciszu jeśli wola. I nie mydlmy ludziom oczu wspieraniem niepełnosprawnych fizycznie w dążeniach intelektualnych, bo jakoś sportowcom pełnosprawnym nie proponujemy siedzenia w domu, bo są brzydcy, czy trzymania nosa w książkach, bo sport nie ma przyszłości, co insynuuje opis poniższego filmu z yt:

Fundacja powołana przez Janusza Korwin Mikke aby pomagać w rozwoju intelektualnym wszystkim upośledzonym fizycznie, którzy wierzą, że w XXI wieku wygrywać będą nie ci, co szybko biegają i celnie rzucają, lecz ci, co szybko i celnie myślą!

Na szczęście, póki co, każdy może decydować czym się zajmuje. Jest wiele dowodów naukowych i pozanaukowych, że niepełnosprawni odnoszą sukcesy w sporcie, budując nie tylko tężyznę fizyczną, ale też odporność psychiczną, a to czy innym się to podoba czy nie to sprawa ich indywidualnych preferencji. Mój brat twierdzi, że wypowiedz JKM-a była prowokacją wymierzoną na wszczęcie dyskusji i ja dopuszczam ten argument. Nie mam jednak ochoty dyskutować z osobą, która a) miota mianem ćwiercinteligenta na prawo i lewo od przeszło 20 lat, b) twierdzi, że (za http://jkm.nowyekran.pl/ ):

I nie chodzi o estetykę: w społeczeństwie obowiązuje zasada: „Z kim przestajesz, takim się stajesz[wyróżnione w oryginale], więc i oglądanie – godnych podziwu skądinąd – wysiłków para-sportowców może przynieść – przejściowe, na szczęście – zaburzenia w motoryce!). Jeśli chcemy, by ludzkość się rozwijała, w telewizji powinnismy ogladac ludzi zdrowych, pieknych, silnych, uczciwych, madrych – a nie zboczeńców, morderców, słabeuszy, nieudaczników, kiepskich, idiotów – i inwalidów, niestety.

Zacytowałem cały akapit, który z definicji jest koherentną częścią wypowiedzi pisemnej. Z tegoż akapitu wynika iż szanowny autor uważa, że kalectwo jednej osoby jest szkodliwe, a nawet przejściowo zarazliwe dla ogółu społeczeństwa. Myślę, że tego rodzaju poglądy nie wymagają komentarza.

Counterbalance

10 sierpnia 2012

Długo zastanawiałem się, czy opublikować ten wiersz, czy też wierszyk (jak każe ten utwór nazwać jego przynależność do form krótkich). Dlaczego się zastanawiałem? Bo jak widzicie, jest on bardzo osobisty. Wiecie już, że w moim miejscu w sieci podmioty liryczne publikowanych wierszy są tożsame z autorem, chyba że akurat zaznaczę inaczej. Wiecie też, że lubię prawdę, więc z zasady nie kłamię w tej kwestii, nawet gdyby mogło się to okazać dla mnie niewygodne.

Ci z was, którzy operują językiem angielskim chociażby w stopniu zadowalającym, zobaczą że niniejszy utwór koresponduje z poprzednim. Zostawiam Was z wierszem:

 (…) (27 May ’12)

You broke me down
Yet I’m fixed by now
Sure I sometimes wonder how
We would end up if things were different
I don’t wonder why
It’s pretty obvious to me
And sad how much time it took to see
What kind of person you are

Don’t get me wrong
I hope you’ll be strong
Because what’s ahead of you
Is not bright
So I hope you’ll be alright
Because you need to grow up
Very fast