Niniejszy tekst jest fragmentem pewnego projektu literackiego, który najprawdopodobniej nie doczeka się realizacji, więc czytajcie na zdrowie.
*
Na imię miała Tatiana. Poznałem je jednak dopiero rok później. Siedziała smutna, a przynajmniej takie sprawiała wrażenie, w jednym z korytarzy. Nie wiem co mnie tknęło, zwykle nie mam takiej śmiałości. Usiadłem obok, zapytałem Czy wszystko w porządku? Odpowiedziała zdawkowo, że tak. Znając ją z widzenia, wiedziałem o jej niepolskim rodowodzie. Niezrażony odparłem po angielsku, że jeśli chce, możemy rozmawiać w tym języku. Nie chciała.
Oczy. W tym słowie mógłbym zamknąć cały jej obraz. Nie zapamiętałem nawet barwy, choć później widywałem ją niemal codziennie. Gdybym miał zgadywać powiedziałbym, że są szare. I na pewno bym się pomylił. Tatiana miała kasztanowe włosy normalnej długości. Normalnej, tzn. takiej jaką sobie wyobrażam u prawdziwej kobiety. Twarz, zwykła – ani piękna, ani brzydka. Ubrana była na czarno. Może dlatego wydała mi się smutna.
Wiem, że są ludzie i, że częściej są to kobiety niż mężczyźni, którzy twierdzą, że lubią nosić czerń. Mnie ten kolor, choć podobno to nie jest kolor, kojarzy się jednoznacznie – z żałobą. No chyba że mówimy o spodniach dresowych, w których raczej ciężko wyobrazić sobie żałobnika.
Kojarzy mi się jeszcze czarny z jakimś deficytem pogody ducha i jest to, zdaje mi się, konotacja bardziej uniwersalna. Nie o barwy się jednak rzecz rozbija. Wróćmy zatem do Tatiany.
Siedziałem tuż obok niej, kiedy nagle impuls kazał mi chwycić ją za rękę. Spojrzała na mnie zmieszana. Nawet ją rozumiałem, w końcu nie co dzień ktoś obcy pozwala sobie na tego rodzaju kontakt. Dla niektórych chwycenie czy nawet bierne trzymanie czyjejś dłoni to przeżycie bardzo intymne. Oczywiście są też tacy, którzy pchają się z językami do gardeł ludziom, których dopiero co poznali, ale nie będziemy się przejmować rozpustnikami, prawda?
Czułem to bardzo wyraźnie, że w pierwszym odruchu dziewczyna próbowała wyrwać wątłą rączkę z mojego uścisku. Oczywiście nie mogłem na to pozwolić. Z całą pewnością wymierzyłaby mi wtedy policzek. Pal licho chwilowe pieczenie skóry, pogrzebałaby w ten sposób moje poczucie honoru, męskości, jak też przeświadczenie, że ludziom trzeba pomagać nawet jeśli o to nie proszą.
Trzymałem ją tak zatem, manifestując swoją determinację, powoli odwróciłem głowę w jej stronę – jako że gdy tylko zauważyłem jej odruchową reakcję na swoje działanie wpatrzyłem się wprost przed siebie – i spojrzałem głęboko w te jej nieokreślone do dzisiaj oczy. W moim wzroku tkwił niczym nie zmącony spokój, graniczący niemal ze znudzeniem. Czaił się tam komunikat Nie zrobię Ci krzywdy, ale opór też jest bezcelowy. Jakby na pocieszenie zacząłem się uśmiechać. Z początku delikatnie, ale co raz bardziej zdecydowanie.
Wyraz jej twarzy stopniowo łagodniał. Za chwilę skóra na jej czole zbiegła się, jakby intensywnie nad czymś myślała. Trwało to jednak najwyżej kilka sekund.
Więc jednak potrafi się uśmiechać. – stwierdziłem w duchu ku swojemu zadowoleniu, kiedy na jej słowiańskie liczko wpełzał nieśmiały uśmieszek. Od razu wydała mi się jakby piękniejsza.
Siedzieliśmy tak przez trzy kwadranse nie odzywając się słowem. W pewnym momencie zacząłem czuć, że ściska mnie mocniej. To było podziękowanie. Chwilę potem podniosła się bez słowa i ruszyła w swoją stronę, puszczając mnie jednak dopiero, gdy moja ręka okazała się zbyt krótka. Jeszcze przez wiele miesięcy było to najlepiej zmarnowane 45 minut w moim życiu.
