Nothing left to hide

25 stycznia 2012

Zaiste, nie mogłem przypuszczać, że słowa umieszczone na końcu ostatniego wpisu sprawdzą się tak szybko. Nazywajcie mnie lewakiem, masonem, żydem czy innym wrogiem publicznym. W zasadzie możecie mnie nazywać jak Wam się żywnie podoba, ale zbliżają się bardzo nieciekawe czasy. 2. czerwca bieżącego roku wchodzi w życie nowelizacja ustawy o Najwyższej Izbie Kontroli, która pozwoli jej szeregowym pracownikom zbierać tzw. dane wrażliwe, czyli informacje o wyznaniu, poglądach politycznych, orientacji seksualnej, stanie zdrowia czy nawet kodzie DNA (sic!).

A to wszystko nie stało się za rządów PiS-u tylko zostało uchwalone głosami PO, PSL i SLD. I po co Tuskowi czy Millerowi formalna koalicja skoro wspierają się wzajemnie przy forsowaniu tak oburzających projektów?! Ja nie wiem, czy premier jest tak pewny reelekcji, czy po prostu strzela sobie w stopę, żeby dorównać szefom poprzednich rządów w zadufaniu?

Z tego miejsca biję się w piersi, jako że omawiana ustawa była głosowana kiedy PO miało ode mnie kredyt zaufania, czytaj: jeszcze w poprzedniej kadencji. I nie interesują mnie zapewnienia rzecznika NIK-u, że

(…)NIK nigdy nie przeprowadzała ani nie zamierza przeprowadzać kontroli, które wymagałyby dostępu do zapisu DNA, preferencjami seksualnymi czy poglądami politycznymi i wyznaniem(…)

Nie wiem jak Wy na to patrzycie, ale mnie się to wszystko układa w logiczną, ale przerażającą całość. I chyba pora ponownie rozważyć studia w Anglii i osiedlenie się tam na stałe. Kłopot w tym, że tam już chyba funkcjonują regulacje zbliżone do niniejszym opisywanych. :roll:

Alea iACTA est

24 stycznia 2012

Jakże aktualne są dzisiaj słowa rzekomo wypowiedziane przez Juliusza Cezara jakieś 2061 lat temu. Bo oto kości w sprawie ACTA, przez którą kipi cały Internet zostały rzucone. Rząd prawdopodobnie podpisze rzeczoną umowę i pozostaje tylko mieć nadzieję, że jej postanowienia będą realizowane równie opieszale co inne przepisy prawne. I chowa się tutaj pewna ironia, bo oto ja, jednostka, która woła o zmianę w polskim życiu społeczno-politycznym, mam nadzieję na utrzymanie się status quo.

Bardzo długo nie zabierałem głosu w sprawie, o której niniejszym piszę, bo jestem zdania, że to, jak ktoś ładnie to określił bodajże na Antywebie, pospolite ruszenie polskich internautów, nie zmieni decyzji rządu w sprawie podpisania rzeczonej umowy. Z  dwunastogodzinnym opóźnieniem dołączam jednak do protestu. Ma to wymiar czysto symboliczny, jako że zasięg mojego bloga jest bardzo mały.

Przywykliśmy do swobód, odrzucając myśl, że ktoś kiedyś może nas ich pozbawić. Wkrótce może się jednak okazać, że trzeba będzie odkurzyć tzw. obywatelskie nieposłuszeństwo i walczyć nie tylko przed monitorem i nie o wirtualny hydepark, który jest burzony na naszych oczach, za naszym przyzwoleniem i przez tych, których wybrała większość.

Następnym razem stawka będzie o wiele większa.

Kamil Maraszczuk Lubisz ten wpis

Don’t try

30 grudnia 2011

Nie próbuj – głosi epitafium umieszczone na nagrobku Charlesa Bukowskiego. Nie jest to bynajmniej pochwała nihilizmu egzystencjalnego, czy innej dekadencji znanych powszechnie pod wdzięczną nazwą mamtowdupizmu. Jak wyjaśniła żona pisarza, jest to skondensowane przesłanie cytatu z jego powieści Factotum (oryginalnie wydanej w 1975 roku). Rzeczony cytat prezentuje się następująco:

If you’re going to try, go all the way. Otherwise, don’t even start. This could mean losing girlfriends, wives, relatives and maybe even your mind. It could mean not eating for three or four days. It could mean freezing on a park bench. It could mean jail. It could mean derision. It could mean mockery–isolation. Isolation is the gift. All the others are a test of your endurance, of how much you really want to do it. And, you’ll do it, despite rejection and the worst odds. And it will be better than anything else you can imagine. If you’re going to try, go all the way. There is no other feeling like that. You will be alone with the gods, and the nights will flame with fire. You will ride life straight to perfect laughter. It’s the only good fight there is.

Z angielskiego na nasze brzmi to tak (tłumaczenie własne)

Jeśli zamierzasz spróbować, daj z siebie wszystko. W przeciwnym razie nie trudź się. Przez taką próbę można stracić dziewczyny, żony, krewnych, a nawet poczytalność. Może to się wiązać z niejedzeniem przez trzy czy cztery dni, spaniem na parkowej ławce, pobytem w więzieniu lub z tym, że będą z nas drwić. Może też oznaczać kpiny i odosobnienie. Odosobnienie jest darem, wszystko inne jest sprawdzianem Twojej wytrzymałości, oraz tego jak bardzo pragniesz celu swoich dążeń. I będziesz działać pomimo odrzucenia i niewielkiego prawdopodobieństwa sukcesu. I będzie to lepsze niż cokolwiek, co jesteś w stanie sobie wyobrazić. Jeśli zamierzasz spróbować, daj z siebie wszystko. Nie istnieje inne uczucie równe temu. Staniesz sam na sam z bogami, a noce będą płonąć żywym ogniem. Pokierujesz swoje życie wprost do szczęścia totalnego. To jedyna walka, jaką warto stoczyć.

Dlaczego o tym piszę? Zawsze przeczuwałem, że w tych słowach tkwi coś co osobiście nazywam Prawdziwą Mądrością. Mądrość prawdziwa nie opiera się na tanich chwytach koncepcyjnych, bo potrafi obronić się sama. Gardzi patosem, gloryfikuje potęgę jednostki.

Przeczuwać to jedno. a zobaczyć tę potęgę w całej jej krasie to drugie. Otóż byłem wczoraj w kinie na filmie Służące (The help) powstałym na kanwie książki o tym samym tytule. Koncepcyjnie film był prosty: źli biali, uciśnieni, ale szlachetni czarni (z nielicznymi wyjątkami w obu grupach). Był też, jak stwierdził mój brat, ugrzeczniony. Co najważniejsze jednak, pokazał , że wolność zaczyna się w głowie i zilustrował zaprezentowany wyżej cytat. Dlatego w skali 1-10, film ma u mnie solidną dziewiątkę.

Parafrazując klasyka jedno co warto to działać warto i niech to będzie moim mottem na najbliższe dni.

Kamil Maraszczuk Lubisz ten wpis

White nigga

13 grudnia 2011

Zakładam, że nigdy nie widzieliście PRAWDZIWEGO białego murzyna? Otóż takiż biały kruk (wróć – murzyn) objawił się niedawno na PSW got talent 2011. Miłego oglądania.

Mateusz Malczewski Lubisz ten wpis

Implied meaning

10 grudnia 2011

Jednym z kryteriów, na podstawie których orzekam czy dany film jest dobry czy nie, jest pytanie czy jego obejrzenie zmusiło mnie do myślenia czy też nie. Wstyd się przyznać, ale ostatnimi czasy unikam dobrych filmów, żeby przypadkiem nie wprowadzić się w zbyt posępny nastrój. A szczególnie, że czasem z takiego seansu wynika wiersz. Kto śledzi mnie na portalach społecznościowych zapewne wie co wczoraj oglądałem. Kto nie śledzi, może się domyślać ;)

Proch (9.12.2011)

Gnałem Marysię po całym kraju
Potem poznałem Kasię
By nazajutrz
Siedzieć za sutenerstwo
Bo mój sposób zarobkowania
Stanowił przestępstwo
Nie miałem nic do gadania
Gdy znalazłem się w kajdanach
Nie w tych błyszczących
Lecz krępujących
Moje ciało i marzenia
Choć chciałem wszystko pozmieniać

Byłem prochem
Jestem pyłem
Myślałem że choć trochę
Żyłem
Lecz nie wiem czy bardziej
Siebie czy innych łudziłem
Żaden ze mnie twardziel
Nawet zdrajcy nie zabiłem
Więc teraz jestem pyłem
Choć byłem prochem
Czy tego żałuję
Bardziej niż trochę
Lecz co kogo obchodzi
Co ja teraz czuje

Monday

15 listopada 2011

Wiem, że dzisiaj mamy wtorek, nie poniedziałek. Tekst który za chwilę zobaczycie jest jednak bardzo mocno osadzony w poniedziałku. I przynajmniej dla mnie jest jakimś powodem, żeby nie-nienawidzić wszystkich dni tego rodzaju. Długo zastanawiałem się czy w ogóle czy Wam go pokazać. Nie chciałem bowiem, żeby ktoś sobie pomyślał coś niestosownego (cokolwiek to znaczy :roll: ). Moje parcie na szkło jednak wygrało i oto chwalę się swoim najmłodszym prozatorskim dziecięciem:

Poniedziałek. Coś między 7:30, a 8:00. Siedziałem już na uczelni próbując zsynchronizować półkule mózgowe dla lepszego samopoczucia. W pewnym momencie zorientowałem się, że zamiast programu mającego wprawić mnie szybko w stan euforii,  wybrałem ten o lekkim zabarwieniu erotycznym. Wyłączyłem go czym prędzej. W końcu uczelnia to nie miejsce na erotykę. Nawet tę najlżejszą.
Znajome dzwonienie w uszach nastąpiło choć wysłuchałem niewiele ponad połowę nagrania. I wtedy z jednego z pomieszczeń wyłoniła się ona. Piegowata blondyna, na oko lat trzydziestu, może nieco mniej lub odrobinę więcej. Szła po wodę na kawę. Lekko wymemłana, jak przystało na poweekendowy poranek, ale z kocią gracją w każdym kroku. Czarna garsonka, takież rajstopy i baletki z noskami pokrytymi czymś zapewne imitującym srebro. Pomyślałem sobie: Dlaczego nie pończochy, słonko?!, a zaraz za tą myślą powędrowała refleksja w rodzaju Przecież i tak nie dobierzesz się do tych kolan, udek, ani tego co pomiędzy nimi.
Blondyna wyszła z toalety z czajnikiem pełnym wody. Nasze spojrzenia spotkały się. Widziałem w jej niebieskich oczach to samo napięcie, które ona musiała widzieć w moich. I wtedy…
Kobieta wykonała potężny zamach czajnikiem. Małe AGD zgubiło pokrywkę trzaskając o posadzkę. Po mojej prawicy urosło niewielkie jeziorko. Nie zważając na to, nazwijmy ją Agnieszka, ruszyła ku mnie zdecydowanym krokiem, a w jej oczach płonęła żądza. Wiedziałem już co chce ze mną zrobić kiedy zwinnym ruchem wdrapała się na moje kolana, umieszczając moje dłonie na swoich pośladkach. Mruczała zalotnie, jak przystało na kocicę. Nasze usta złączyły się w namiętnym, niemal zwierzęcym w swojej gwałtowności pocałunku.
Mógłbym napisać co było dalej, ale dalej moja kochanka wróciła do swojego pokoju i zapewne zaparzyła sobie kawę.
Kurwa, to nie to piętro. – dotarło do mnie.
I nie to uniwersum, niestety. Z mojej wyimaginowanej seks-przygody wyciągnąłem jednak wniosek, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Wszechświat naprawdę chciał, żebym poznał Agnieszkę, a że nie poznałem jej tak blisko jakbym sobie tego życzył to już całkiem inna bajka.

Confiteor

12 listopada 2011

W ostatnim czasie dość niepochlebnie wypowiadałem się o Marszu Niepodległości. Wypowiedzi te wynikały ze zdegustowania osobami, które szafują pojęciem patriotyzmu jak swoją, nieszanowaną skądinąd, własnością. Tak, jestem kaczofobem, a nawet giertychofobem. Tego akurat się nie wstydzę i zaryzykowałbym stwierdzenie, że nigdy się nie powstydzę.

Nie oznacza to jednak, że nie mam czego się wstydzić. Z racji przeświadczenia, które noszę w sobie od co najmniej trzech lat, że jestem w równym stopniu dumny z bycia Polakiem, co z bycia Europejczykiem, czy nawet szerzej, Obywatelem Świata, nieco bliższe mi były ideały antify. Widząc jednak jakie jest przełożenie tych ideałów na praktykę

z całą stanowczością i powagą biję się w piersi. Ten materiał traktuję bardzo osobiście, bo postrzegałem antyfaszystów jako osobników, którzy nie zaatakują kogoś, kto tego nie sprowokował. Myliłem się i jakkolwiek przykro mi z tego powodu, nie mogę wykazać się pobłażliwością.

Oczywiście nie posunę się do stwierdzenia, że wszyscy antyfaszyści są złymi ludźmi, tak samo jak nigdy nie twierdziłem, że wszyscy sympatycy Marszu Niepodległości są nacjonalistami (zwłaszcza że mam pośród nich przyjaciela i kilka osób które z różnych względów darzę szacunkiem). Parafrazując znane polskie powiedzenie skwituję ten wpis stwierdzeniem ekstremizm gorszy od faszyzmu i komunizmu razem wziętych!

Konrad Pawluczuk Lubisz ten wpis

Debt

8 listopada 2011

Dzisiaj proszę państwa porozmawiamy o Wszechświecie. Tak się akurat składa, że w swojej zwyczajnej rozrzutności słownej obiecałem go niejakiej Annie K. Jakież Ty masz prawa do wszechświata, niedouczony pisarczyku?! – zakrzyknie ktoś z publiczności. Ano właśnie żadne. Dlatego postanowiłem, nie po raz pierwszy zresztą, stworzyć swój własny Wszechświat. I niech ktoś mi powie, że nie spłacam długów.

Debt (8th Nov ’11)

I owe you the universe
So hereby in this verse
I present it to you
Among people
Who scrape through
Life pointlessly
We are those
Who choose to see

I gave you what you have already  had
You have created it
Others may consider us mad
But we do not give a shit
and we do not buy things
they consider sweet

We are creators
And we live
In the world of predators
Still it is irrelevant
As long as there exist
Those places covered with mist
And they will not perish
As long as we breathe
Because we fill them with
The esence
We constitute senses
And the whole perception
We define all the laws
Without exceptions

So my gift
Is in fact a lift
To a higher dimension
But this
I do not have to mention
Because the universe is yours
And you know precisely
How it goes

 

Ania Kotlińska Lubisz ten wpis

Glorious day

9 października 2011

Zaiste, dzień dzisiejszy jest chwalebny. Nie, nie dlatego, że mamy dziś wybory. Dokładnie 401 lat temu wojska polskie pod wodzą hetmana Żółkiewskiego wkroczyły na Kreml. Nie chcę być źle zrozumiany, nie jestem rusofobem, ani nikim tego pokroju. Trzeba jednak pamiętać, że żadna inna nacja nie powtórzyła tego wyczynu.

Oczywiście, było to wydarzenie natury czysto prestiżowej. Pamiętając o nim, zaświadczymy o tym, że przywiązanie do historii narodu wcale nie musi znaczyć rozdrapywania starych ran i upamiętniania klęsk.

Aby uhonorować naszych wielkich przodków, polecam uświadomić kilku znajomych o tym co się stało 401 lat temu, a także podnieść głowę, wypiąć dumnie pierś i po staropolsku uczcić zwycięstwo kieliszkiem czegoś mocniejszego. Można też dołączyć do stosownego wydarzenia na facebooku.

Spełniliście już obywatelski obowiązek? Jeśli nie to do urn marsz!

Election exclusion

6 października 2011

Wiecie, nie jestem z tych, którzy mają w zwyczaju twierdzić, że grupa społeczna, której jestem częścią jest dyskryminowana. Nie mam tu na myśli żadnej konkretnej grupy, mówię tu o wszystkich grupach, do których przynależę, tj. mężczyznach, studentach, agnostykach, osobach niepełnosprawnych, czy w węższym sensie, osobach poruszających się na wózkach inwalidzkich, czy też celebrytach (neosemantyzm odnoszący się do osób chorujących na czterokończynowe porażenie mózgowe – ang. cerebral palsy)

Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że taka właśnie dyskryminacja ma miejsce. Bo oto mało, że celebryta ma w życiu trudniej, celebryta musi się przy każdych wyborach przepisywać do przystosowanego dlań lokalu wyborczego, mimo że lokal ów znajduje się dosłownie kilka kroków (sic!) dalej od tego do którego urzędnicy zwyczajowo go zapisują. Jeśli celebryta zapomni to zrobić w terminie, państwo łaskawie umożliwia mu głosowanie na podstawie zaświadczenia o prawie do głosowania, a jakże. Tyle że celebryta musi się osobiście zgłosić po rzeczone oświadczenie, bo gdzieżby tam wydać takie zaświadczenie pełnosprawnemu najbliższemu celebryty mimo że jest on w posiadaniu celebryckiego dowodu osobistego. Oddajmy urzędnikom sprawiedliwość, takowe zaświadczenie wydaliby komukolwiek kto ligitymowałby się potwierdzonym notarialnie upoważnieniem.

Ktoś (nie wiem: ustawodawca czy urzędnik :roll: ) zapomniał, że głosowanie nie jest czyimkolwiek widzimisię, a obywatelskim obowiązkiem. Ten ktoś ewidentnie zasługuje na karę. A Ruch Palikota robi wszystko, żeby mnie do siebie zrazić. W przypływie frustracji zadzwoniłem do biura wyborczego Ruchu i naświetliłem sytuację pani, która ze mną rozmawiała. Pani ta, stwierdziła, że owszem przekaże sprawę dalej, ale nie zapytała mnie ani o nazwisko, ani o miejsce zamieszkania. W pierwszym odruchu miałem ochotę powtórzyć za Tuwimem i Fokusem:

Stwierdziłem jednak, że:

a) wolę zagłosować i pluć sobie w brodę, że wybrałem niewłaściwie, niż nie głosować i mędzić bezpodstawnie, jak typowy polaczek;

b)  przypomnieć pierdzistołkom kto jest ważny w relacji urzędnik-obywatel na zasadzie rozumowania: nie umieli załatwić prostej papierkowej roboty, to niech teraz wynoszą mi urnę przed nieprzystosowany lokal wyborczy, a co! A że nie są to te same pierdzistołki z winy których powstał cały problem, to obchodzi mnie, nie przymierzając, tak samo jak obchodziło ich, że jestem na uczelni od 8:00 do 16:00 i przy najlepszych chęciach nie mogę się zgłosić po rzeczone zaświadczenie.