Na świeżo kilka spostrzeżeń, które umknęły mi wczoraj lub pojawiły się dzisiaj… Pozwolę sobie ustosunkować się do komentarza Mera na temat nowej Morwy… Ciężko jest mi obiektywnie ocenić płytę składu, który robił kawał tłustego trueschoolu, a teraz serwuje coś w klimatach Liroya czy Molesty (wiesz, co mam na myśli? „To już dziesięć lat…” blablabla, po prostu na tej płycie nie było dla mnie nic nowego, a płyt retrospekcyjnych mamy już w Polsce kilka, mimo że staż kultury hip-hopowej jest raczej marny w porównaniu z tym amerykańskim. Trochę się boję, że za dwa-trzy lata już zupełnie nie będzie czego słuchać, bo na płytach będą gadki w stylu „Jestem świetny, bo nagrywam od piętnastu lat”
Dalej, Euro 2012. Miałem szczerą nadzieję, że to będzie bodziec, żeby coś się w tym dziwnym kraju zmieniło. I jakaś szansa dla tego śmiesznego rządu na częściową rehabilitację, ale co się okazało? Na staranie się o pieniądze z Unii Europejskiej jest już za późno, autor wczorajszego przeglądu prasy w „kawie czy herbacie” bardzo ładnie to podsumował mówiąc, że albo zapłacimy wyższe podatki, albo obejrzymy Euro z Włoch. Chyba każdy się ze mną zgodzi, że żadna możliwość nie jest satysfakcjonująca…
Wracając do współczesnej muzyki rozrywkowej, to paradoksalnie kierunek w jakim ta zmierza jest tak dziwnie niezaskakujący, że aż chce się to skomentować. Po komercyjnym sukcesie Piotra Rubika, którego utwory, mówiąc nawiasem, zakrawają dla mnie na kpinę (przynajmniej w warstwie tekstowej, bo to prawie poezja, ale prawie robi wielką różnicę), co widzę dziś w telewizji? Nagranie Leszczy (cóż za wyszukana nazwa, określająca zarazem ich pozycję na arenie dobrej muzyki), z solistką operową (bodajże Małgorzatą Walewską)… I o to mamy przykład jak machina show-biznesu przystawia sztuce do głowy rewolwer. Bo przez łączenie muzyki poważnej z rozrywkową powstaje miszmasz, który w znacznym stopniu degeneruje tę pierwszą i bezczelnie kłamie prostym ludziom, że się ukulturalniają… A dlaczego kłamie? Bo jeżeli kultura zejdzie poniżej pewnego poziomu, staje się popkulturą. Nędzną namiastką swojej starszej i zacniejszej siostry… Trochę się rozpisałem, więc zastanawiam się czy jeszcze męczyć Was wierszem… Chyba pozwolę Wam odpocząć…
MorW.A. – wiesz, szczerze mówiąc z całej płyty przesłuchałem 6-7 kawałków, więcej nie wytrzymałem. W każdym razie, to zdecydowanie za mało, by w miarę obiektywnie ocenić album. MorW.A. to MorW.A., mają u mnie spory kredyt zaufania, ale muzycznie bardzo rozczarowałem się tą produkcją. Elektronika – fuj. Jeśli przez chwilę się zastanowię, zdaję sobie sprawę, że w Polsce jedynie Noon potrafił mnie oczarować elektro-klimatami. Niestety to nie Noon zajął się produkcją i muzycznie wyszło nijak. Nie wsłuchiwałem się dokładnie, by oceniać wersy, ale brakuje mi tego zaangażowania i nie mówię tu o flow, ale raczej o polityczno-socjalnych nawijkach, które usłyszeć można było chociażby na płytce „Dla słuchaczy”.
Co do popkultury… Taak, niejaki Alfons Mucha zapisał się w naszej historii, jako kawał skurczybyka, tworząc, jako pierwszy, na początku XX. wieku na masową skalę sztukę użytkową i komercyjną ukrytą pod postacią pierwszych plakatów. To akurat ciemna karta modernizmu. ;]
Mam plan. Potrzebujemy wehikułu czasu i cyborga, wyślemy go, by zgładził rodziców Muchy…
Po przeczytaniu Twojego komentarza nasuwają mi się kilka refleksji.
Primo, nie sądzę, aby pan Mucha miał złe intencje. Ludzie, którzy wdrażają coś nowego, bardziej przystępnego dla ludzi, mają poczucie misji. I to uzasadnione poczucie misji, problem tkwi w tym, że gdzieś po drodze ktoś postanawia sobie na tej misji zarobić lub też zrealizować inny rodzaj prywaty.
Weźmy chociażby panów Marksa i Engelsa, utopijny socjalizm będący ich dzieckiem, jawił się najdoskonalszym ustrojem politycznym na świecie, a że trafiło się kilku oszołomów pokroju Stalina, którzy dorobili sobie do niego teorię spiskową to już inna sprawa.
Secundo, zakładając, że wyżej wymieniony Mucha, był z gruntu zły i świadomie działał tak, żeby dzięki niemu, ludzie zostali w przyszłości nakarmieni pseudokulturową papką, to uniemożliwienie jego narodzin byłoby, według mnie, próżnym trudem. Dlaczego? Bo z ludźmi, którzy świadomie działają na szkodę czegokolwiek jest jak z zamachami bombowymi – udaremnisz jeden, następują trzy kolejne. Taka wiecznotrwała hydra. Pominę już fakt, że czyniąc kulturę czymś niszowym, ten domniemany „bandyta” uczynił kolosalną przysługę ludziom, którzy się na niej znają
Tertio, skoro już wkraczamy na grunt fantastyki naukowej to, o ile jeszcze nie zapoznałeś się z tak zwanym „efektem motyla” (spopularyzowanym chociażby przez znaną hollywoodzką produkcję), radzę się z nim zapoznać zanim zapragniesz ingerować w przeszłość