Odwołuję wczorajsze narzekania na działanie Mefistofelesa w moim życiu, bo to, co działo się dzisiaj, bije wczorajsze zdarzenia na głowę, ale nie chce mi się o tym pisać, bo i tak robi tu się coraz bardziej blogowo. Powiedzcie, że jestem zarozumiały, zadufany w sobie et cetera et cetera, ale muszę skrystalizować swój pogląd na wdzięczność na Waszych oczach. Otóż, nie mam zwyczaju dziękować ludziom, których pomoc umożliwia mi w miarę normalne funkcjonowanie. Dlaczego? Bo mógłbym spędzać dzień po dniu na dziękowaniu szeregowi osób, które żyją obok mnie i czemu by to służyło? Połechtaniu ich poczucia wartości. Można dojść do wniosku, że moje zachowanie jest przejawem chamstwa czy braku wychowania. Ja to oceniam jako pragmatyzm. Zastanówmy się czy jeżeli ktoś aktywnie uczestniczy w czyimś życiu na co dzień, nie można tego w końcu uznać za oczywistość? Działa tu rutyna podobna do małżeńskiej, gorsza o tyle, że wybierając żonę / męża wybierzesz taką / takiego, który będzie rozumiał, albo przynajmniej tolerował Twoje mniejsze czy większe dziwactwa. Z drugiej strony, czy to, że zawdzięczasz komuś wiele, daje mu nieomylność i prawo pierwszeństwa? To tak, jak z rzekomą nieomylnością papieży, którą rzekomo przekazał Piotr swoim następcom. Tylko niech ktoś mi łaskawie wytłumaczy, jak on mógł przekazać dalej coś, czego sam nie miał? Cóż człowiek jest tak skonstruowany, że mając do wyboru dobro własne i dobro bliźniego wybierze własne (poza rzadkimi wyjątkami i bajkami) i czy można go za to winić? Mała analogia: Dajemy prezenty najbliższym raczej z potrzeby serca, a nie po to, żeby ktoś był wdzięczny, prawda? Jeżeli uzewnętrzniana wdzięczność jest celem samym w sobie to prezent jest nic niewarty, choćby był najwspanialszy, bo dając coś niby bezinteresownie, jednak oczekiwaliśmy czegoś w zamian i nic nie zmienia fakt, że wymuszona nagroda za naszą „wspaniałomyślność” nie jest materialna
Na koniec przepraszam wszystkich, którym nie podziękowałem za różne rzeczy i niech brak podziękowania okaże się najlepszym podziękowaniem…