Archiwum z Luty 2008

Rok Herberta czas zacząć

poniedziałek, 18 Luty 2008

Ok, jestem malkontentem. Przyznaję to bez bicia… Ale dzisiaj wszystko chcemy sprzedać, w imię popularności sprzedawanych podmiotów (, bo już nie tylko przedmioty się sprzedaje). A gdzie jest poszanowanie dla tych podmiotów?

Prawdopodobnie nawet nie wiedziałbym, że rok Herberta rozpoczyna się właśnie dzisiaj, gdyby nie Kawa czy herbata i dwaj panowie mówiący o owej inauguracji. Kiedy przeczytacie ten wpis w całości, zrozumiecie dlaczego ma taki, a nie inny początek

Otóż uważam, że Herbert stał się ofiarą zjawiska medializacji sztuki, o którym pisałem w ostatniej notce. Wyżej wymienieni panowie opowiedzieli o niektórych atrakcjach dzisiejszej imprezy:

- spotkanie z przyjaciółmi Herberta i możliwość dyskusji – fajnie

- wiersze w formacie mp3 – spoko, może to rzeczywiście jakiś pomysł, ale tak szczerze, ilu użytkowników odtwarzaczy mp3 kupiło je z zamysłem słuchania poezji? Wrzucenie Herberta między Rubika a Mandarynę jest, delikatnie mówiąc, niefortunne

- VJ’e (jak ktoś nie wie z czym to się je, to niech kliknie w odnośnik), tworzący wizualizacje do utworów poety. I tu od razu nasuwają mi się trzy pytania:

1. Czy młodzież nie potrafi już rozumieć czegokolwiek bez dodatkowych bodźców świetlnych?

2. Jeżeli odpowiedź brzmi tak, to czy taka młodzież jest godna odbierać lirykę na najwyższym poziomie?

3. Czy autorzy tego kosmicznego pomysłu, nie czują dyskomfortu, czyniąc ze święta Herberta event w stylu klubu techno?

- Nie wspomnę już o stronie internetowej, która mimo że była podana do wiadomości publicznej w wymienionym wcześniej programie, jest nieaktualna i niewygodna w przeglądaniu. Jedyne co zasługuje tam na pochwałę to wiersze czytane losowo podczas wyświetlania tego dziwoląga.

Elementarny szacunek dla poety klasycyzującego, a więc dalekiego od rozmaitych udziwnień, kazałby zdusić tego typu projekt w zarodku. A teraz informacja dla potomnych: Gdybyście kiedyś zapragnęli wyrażać swoją pamięć o mnie w ten lub bardziej „wysublimowany” sposób, to lepiej o mnie zapomnijcie.

A nie mówiłem, że jestem malkontentem?

Ramy formalne, czyli o Norwidzie raz jeszcze

sobota, 2 Luty 2008

Czwartkowa lekcja języka polskiego, będąca podsumowaniem twórczości Norwida, rzuciła nowe światło na jego osobę. Dzisiaj nie mogę mu odmówić wszechstronności, bo trzeba mu przyznać to jedno, że mimo zgoła dziwnej filozofii tworzenia, czyniącej z odbiorcy „współtwórcę”, potrafił dobitnie i bez niedomówień zdefiniować chociażby miłość. Bez wątpienia był też Norwid prekursorem niektórych form i środków literackich. Tylko czy wszystkie one były nam potrzebne szczególnie w dobie medializacji sztuki, w dobie domen za złotówkę i internetowych Systemów Zarządzania Treścią?

Oczywiście, że nie! Tworzenie i prezentacja twórczości, nigdy nie było tak proste, jak jest dzisiaj. Dzisiaj właśnie, aby nie zalało nas morze tandety, przydałyby się ramy formalne, ostatecznie odrzucone przez…? Cypriana Kamila Norwida!

Naturalnie, pewne odstępstwa od utartych form występowały zawsze. Bez tego sztuka nie mogłaby się rozwijać, ale nawet Filareci, których początkowo uznawano za bandę oszołomów, nie wpadli na to, żeby pozbawić przyszłych twórców jakichkolwiek ograniczeń, bo może i to sprzyja popularyzacji „sztuki”, ale wpływa negatywnie na jej jakość (o czym już zresztą pisałem w poprzednim poście)

Konkluzja jest taka, że ramy formalne są potrzebne chociażby po to, żeby je naginać, ale trzeba to robić z wyczuciem, a nie w zapamiętaniu i bez umiaru. Nie można jednak winić Norwida o to, że nie będąc zrozumianym przez współczesnych sobie, pragnął zyskać uznanie u późnych wnuków. Nie mogę tylko pojąć, jakim cudem przepowiedział koniunkturę, która będzie panować blisko pięćdziesiąt lat po jego śmierci.