Ramy formalne, czyli o Norwidzie raz jeszcze

Czwartkowa lekcja języka polskiego, będąca podsumowaniem twórczości Norwida, rzuciła nowe światło na jego osobę. Dzisiaj nie mogę mu odmówić wszechstronności, bo trzeba mu przyznać to jedno, że mimo zgoła dziwnej filozofii tworzenia, czyniącej z odbiorcy „współtwórcę”, potrafił dobitnie i bez niedomówień zdefiniować chociażby miłość. Bez wątpienia był też Norwid prekursorem niektórych form i środków literackich. Tylko czy wszystkie one były nam potrzebne szczególnie w dobie medializacji sztuki, w dobie domen za złotówkę i internetowych Systemów Zarządzania Treścią?

Oczywiście, że nie! Tworzenie i prezentacja twórczości, nigdy nie było tak proste, jak jest dzisiaj. Dzisiaj właśnie, aby nie zalało nas morze tandety, przydałyby się ramy formalne, ostatecznie odrzucone przez…? Cypriana Kamila Norwida!

Naturalnie, pewne odstępstwa od utartych form występowały zawsze. Bez tego sztuka nie mogłaby się rozwijać, ale nawet Filareci, których początkowo uznawano za bandę oszołomów, nie wpadli na to, żeby pozbawić przyszłych twórców jakichkolwiek ograniczeń, bo może i to sprzyja popularyzacji „sztuki”, ale wpływa negatywnie na jej jakość (o czym już zresztą pisałem w poprzednim poście)

Konkluzja jest taka, że ramy formalne są potrzebne chociażby po to, żeby je naginać, ale trzeba to robić z wyczuciem, a nie w zapamiętaniu i bez umiaru. Nie można jednak winić Norwida o to, że nie będąc zrozumianym przez współczesnych sobie, pragnął zyskać uznanie u późnych wnuków. Nie mogę tylko pojąć, jakim cudem przepowiedział koniunkturę, która będzie panować blisko pięćdziesiąt lat po jego śmierci.

Dodaj odpowiedź