Nad wstępem do tej recenzji zastanawiałem się już wczoraj. Miałem zamiar zacząć od tego, że nie spodziewałem się, aby dyrektor mojej szkoły (człowiek znany z konserwatywnych poglądów) zgodził się na to, abyśmy poszli na film, który zapewne według nadgorliwych promuje aktywność seksualną nastolatków.
Do rzeczy jednak. Od początku: czołówka. Zwykle ogranicza się ona do dużego napisu z tytułem filmu, a nazwiska odtwórców głównych ról są „wkomponowywane” w obraz. Twórcy Juno zaserwowali animację, która w zasadzie nic nie wnosi do filmu, a jeszcze okraszona jest piosenką, która szybko zaczyna irytować. Umieszczenie tego dziwnego tworu kilka minut po rozpoczęciu filmu trąci serialem.
Skoro zacząłem o muzyce, to powiem, że w dalszej części jest ona utrzymana w podobnym tonie, ale w jakiś dziwny sposób człowiek przyzwyczaja się do niej, a nawet stwierdza, że nadaje ona swoisty filmowi klimat. Na szczególne wyróżnienie zasługuje jednak piosenka końcowa, która odbiega od tego klimatu, ale bardzo przyjemnie się jej słucha
Komizm. Jak przystało na komedię, występuje. Trzeba go jednak podzielić na komizm sytuacyjny i słowny.Wartość pierwszego, znacznie przewyższa wartość drugiego, chociaż komizm słowny mógł się najzwyczajniej w świecie rozmywać przez totalnie beznadziejne tłumaczenie. Nie udało mi się zapamiętać żadnego naprawdę śmiesznego zdania, mimo że parę razy się uśmiechnąłem. Kolega miał podobne odczucia, a zwykle po naprawdę śmiesznych filmach, sypiemy cytatami przez co najmniej kilka dni.
Komizm sytuacyjny. Żeby ukazać, że istnieje, a jednocześnie nie zepsuć ewentualnego oglądania, przytoczę tylko scenę, w której Bleek smaruje uda antyperspirantem.
Realizm. Tutaj film wypada naprawdę nieźle. Po pierwsze, dialogi nie są na siłę cenzurowane. Po drugie, początek obfituje w kilka sugestywnych ujęć, które nie przekraczają granic dobrego smaku, a jednocześnie przemycają między wierszami pewną dawkę erotyzmu (vide spadające majtki Juno podczas retrospekcji stosunku). Po trzecie sylwetki bohaterów są wiarygodne. Juno – znudzona zwyczajnym życiem outsiderka; Bleek – nieporadny sportowiec; Leah (przyjaciółka Juno) – nastawiona typowo konsumpcyjnie laleczka.
Model rodziny w jakiej wychowała się Juno, także wydaje się być typowy dla USA: ojciec, który nie jest zachwycony wpadką córki, ale też nie wyciąga wobec niej żadnych konsekwencji z tego powodu; macocha, która nie pała do niej szczególną miłością, ale potrafi stanąć w jej obronie kiedy trzeba (USG) i przyrodnia siostra, z którą bohaterka nie czuje się szczególnie związana
Wypadałby w końcu nawiązać do tytułu. Otóż kino zafundowało nam dodatkową atrakcję w postaci gasnącego projektora. Stało się to wtedy, kiedy Juno miała poznać Marka i Venessę (obejrzycie to dowiecie się kto to). Obsługa kina otrzymała brawa. Jak długo żyję, nie słyszałem o podobnym incydencie. Mógł on wpłynąć na mój odbiór filmu i trudno powiedzieć czy nie wpłynął. W żadnym większym mieście nie mogłoby się zdarzyć coś takiego
Mam mieszane uczucia. Film nie powala, ale też nie jest tragiczny. Jeżeli zamierzacie na niego pójść to nie będę Was odwodził od tego zamiaru, ale tylko jeżeli znacie angielski na tyle dobrze, żeby odpuścić sobie czytanie napisów. Nie jest to jednak film na miarę Supersamca, mimo że odtwórca roli Bleeka, grał tam jedną z głównych ról.
od razu Ci mówię – napisy dostępne w necie są lepsze
i rzeczywiście gdyby były one gorsze film straciłby dużo ze swojej magii.
inna sprawa, że z Twoją ogólną opinią się nie zgodzę i film bardzo mi się podobał, uznaję go za jeden z moich ulubionych. Ale – co kto lubi ;P
Co do napisów z neta, to spodziewałem się, że tak właśnie jest. Co do opinii o filmie starałem się być w miarę obiektywny, więc wypunktowałem plusy i minusy. Być może zdecyduję się na ponowne obejrzenie, być może nawet bez napisów, albo z napisami angielskimi ;] Bez rozpraszających niespodzianek, produkcja może okazać się ciekawsza. Póki co, np Eurotrip wydaje mi się śmieszniejszy, jak i ciekawszy, mimo że Oscara za scenariusz nie dostał
A może po prostu przejada mi się amerykańskie kino?