Archiwum z Grudzień 2008

The call

wtorek, 23 Grudzień 2008

Nie pisałem tu tak dawno, że prawie zapomniałem jak wygląda interfejs WordPressa, ale tak naprawdę nie o tym chciałem pisać. Dokładnie dzisiaj liczę sobie 19,5 roku, licząc lat 20 będę już albo szczęśliwym posiadaczem świadectwa dojrzałości, albo nieszczęśliwym nieudacznikiem. Czy w głowie mi nauka? Nie… Ale mam mocne postanowienie poprawy do realizacji po Studniówce. Dzisiejszy dzień nadawał się tylko do tego, aby zorganizować sobie maraton filmowy. Ostatnie z obejrzanych dzisiaj dzieł kinematografii, Angel-a (oglądana zresztą po raz wtóry) Luca Bessona, zainspirowała mnie.

Otóż relacje z płcią piękną układają mi się źle. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że wynika to z mojej neurotycznej osobowości. Jak dotąd żadna osoba, nie wytrzymała moich „humorków” wydobywanych na wierzch z powodu poczucia tak zwanej bliskości duchowej dłużej niż kilka miesięcy. Trudno im się dziwić, ale trudno się dziwić także mnie, który ciągle mam nadzieję, że znajdę osobę na tyle cierpliwą by mogła owe „humorki” poskromić lub przetrzymać nieco dłużej. Na tej kanwie powstał dzisiejszy wiersz i nie należy doszukiwać się adresatek, w którejkolwiek z moich znajomych.

Wołanie (23.12.2008)

Oddaj swoje skrzydła
Chcę Cię mieć
Choćbyś mi zbrzydła
Nie chcę Twojej cnoty
Życie to jest
Pieśń idioty
Ja tu mówię
Właśnie o tym
Że Cię potrzebuję
Wiem jak to smakuje
Te wieczne porażki
I ucieczka do flaszki
Pytasz czego chcę
Chcę żebyś była
Nie chcę żebyś
Mi się śniła
Istniej dla mnie
I kąpmy się razem
W miłosnej fontannie

Choć nie znam miejsca jej położenia
Słyszysz moje westchnienia
Wspomnij je i zstąp dla mnie
Z piekła lub z nieba
Nic mi więcej dziś
Nie trzeba
Bądź mi przeznaczoną
Nie ważne
Konkubiną czy żoną
Bądź dla mnie
I dla nikogo więcej
Wysłuchaj tej prośby
Tak bardzo dziecięcej

Gombrowicz i kosmopolityzm

niedziela, 7 Grudzień 2008

Nie każdy musi być patriotą… Świat złożony z samych patriotów byłby nudny, przyznaję. W dzisiejszych czasach, w dobie ONZ, UE i NATO granica między patriotyzmem a kosmopolityzmem zaciera się. Kocham swoją ojczyznę, bo jest jedna, ale jeśli zapytacie o moje obywatelstwo to powiem, że czuję się nie tylko Polakiem, ale też Obywatelem Świata.

Chwilowo dosyć jednak o mnie, bo Gombrowicz z tytułu wyraźnie domaga się naszej uwagi. Tak, naszej… Nie tylko mojej, bo jeśli to czytasz, też powinieneś / powinnaś się na nim skupić, bo piszę o rzeczach, które winny być ważne dla każdego człowieka.

Otóż miał Gombrowicz tego pecha, że żył w czasach obu Wojen Światowych. Jak się zachowywał w trakcie pierwszej, trudno powiedzieć. W momencie jej wybuchu miał ledwie dziesięć lat. Za to w przeddzień drugiej był już statecznym mężczyzną i zrobił najgorsze, co mógł zrobić – wyjechał. I to nie po to, aby być ambasadorem sprawy polskiej, a po to, żeby ratować skórę.

Traktowanie ojczyzny jako formy, napiętnowanej z zasady w Ferdydurke trąci, za przeproszeniem, Różą Luksemburg, czy Feliksem Dzierżyńskim i jest, w moim mniemaniu, dalece bardziej niebezpieczne niż poddawanie się jej.

Inna sprawa, że urodził się Gombrowicz w narodzie megalomanów, którzy sami doprowadzili do upadku własnej państwowości, stawiając interesy prywatne ponad dobrem państwowym, a mimo to zachowywali się ciągle tak, jakby ich pozycja była mocarstwowa.

Nie dziwi zatem stosunek pisarza do anachronicznej kultury szlacheckiej, a sposób, w jaki go manifestował. Człowiek szanujący ojczyznę (celowo nie używam kategorii miłości), może piętnować mentalność współobywateli, ale powinien wspierać ich działania w zakresie obrony i ewentualnej odbudowy wspólnego domu. Mogłoby to zaowocować pozytywnymi zmianami w postrzeganiu siebie i innych. Niestety, nie zaowocowało.

Gombrowicz: karykatura socjalizacji

sobota, 6 Grudzień 2008

Dzisiaj zaserwuję Wam notę luźno powiązaną z teorią literatury i z socjologią. Otóż, książki Gombrowicza to książki trudne, ale również książki które realizują szczytny cel: pokazują, że poddawanie życia społecznego jakimkolwiek formom może być niebezpieczne. Problem w tym, że są całe rzesze ludzi, których przejaskrawienie doprowadza niemalże do wymiotów. Sam nie dokończyłem ani Ferdydurke ani Trans-Atlantyku, ale w trakcie omawiania obu lektur, zobaczyłem cel tych udziwnień: ośmieszenie procesu socjalizacji poprzez pozorną akceptację skrajnie dziwacznych postaw i reagowanie na te postawy, w równie groteskowy sposób. W Trans-Atlantyku jawi się też Gombrowicz jako pierwszy polski piewca kosmopolityzmu, ale to już temat na oddzielny tekst.

Teraz przemyślmy, jaki procent uczniów zastanawia się nad tym, co przeczytało, na tyle głęboko, aby dojść do takich wniosków? Śmiem twierdzić, że niewielki. Większość zapewne rzuca Ferdydurke w kąt, stwierdzając, że pisał to jakiś idiota.

Tu pojawia się kolejne zagadnienie: ministerstwo edukacji znowu chce pociąć kanon lektur. Pytam: dlaczego zostaje Ferdydurke, a leci np. dalece bardziej przejrzyste Przedwiośnie? Czyżby po to tylko, aby całkowicie zniechęcić młodzież do czytania? Nigdy nie myślałem, że posądzę rząd PO o tak niecne intencje.

Mamy też do czynienia z hipokryzją tzw. ludzi kulturalnych. Tępią oni wszelkie subkultury, które dają młodym ludziom alternatywę i nierzadko chronią ich przed negatywnymi zjawiskami. Robią to może w sposób kontrowersyjny, ale dlaczego kontrowersje wokół dzieł Gombrowicza traktujemy z pobłażaniem? A prawda, bo Gombrowicz tylko pisał, a przecież nikt już nie czyta.

Erotic

piątek, 5 Grudzień 2008

Wiersz zaplanowany na dzisiaj, jest ostatnim z cyklu retrospektywnego i prawdopodobnie ostatnim wierszem jaki zamieszczę w najbliższym czasie. Nie jest to nawet arcydzieło, ani formalne, ani semantyczne, ale skoro już się napatoczył, więc zostanie opublikowany:

Demony

Tkwią w każdym z nas
Kazirodcze pomioty książąt piekieł
Mam jednego w sobie,
przecież jestem tylko człekiem
Nie powinienem o nim mówić Tobie
Więc nie poznasz jego miana
Kiedy usłyszysz opis
Zrozumiesz kim jest, sama

Każe mi biegać po górach, dolinach
Przyciągają go źródła grzechu,
Rozkoszy chwilowej krztyna
Jest tym, co dostaję w zamian
Za błędny wzrok
i pytanie „co powie mama?”
Lasy, łąki, miejsca niewinnego piękna
Nisze frywolnych plugawców

Tacy jak ja, płodzą koneserów lub szubrawców
Sam podobno jestem tym pierwszym
Tworzyciel wierszy,
Petroniusz swojej ery
Arbiter kobiecej nagości
Chłonący przejawy seksualności,
Żywiący się zakazanym owocem
Wśród podłości…

Lecz kiedy miłość przychodzi
demona pęta magicznym łańcuchem
A ja jego wyznawca i niewolnik
Wyrażam skruchę…

Damned

czwartek, 4 Grudzień 2008

Za Blefem i Eldoką mówiąc

„Są takie wydarzenia, które tak z pozoru nieistotne, mogą stać się w mgnieniu oka mostem, gdzieś na drugą stronę, albo tylko w nicość, jest mi źle, nie mów rodzicom…”

Swoją drogą na solowej płycie Blefa, jest kilka smakowitych kąsków… Osobiście polecam utwory 6. (, z którego pochodzi zacytowany fragment), 11. i 14. Dobry jest też featuring Skubiego, ale nie pamiętam numeru, wybaczcie. W wielkim napięciu oczekuję też solówek Eldoki (już za osiem dni!) i Tego Typa Mesa. Ale wracając do wspólnego nagrania Emila i Leszka, mnie zawiodło dzisiaj w otchłanie potępienia, co zaowocowało mrocznym wierszem:

Przekleństwo (4.12.2008)

Przekleństwo przekleństwo przekleństwo
Na mą głowę
Przekleństwo
Którego nie zdejmie żadna spowiedź
Przekleństwo samotnego człowieczeństwa
Moja droga do szaleństwa
Szatańskiego błogosławieństwa

Czymże jest życie
Jeśli nie możesz go pędzić
W zachwycie
Zostaje tylko ględzić
Nużać się w beznadziei
Chociaż świat
Się ciągle śmieje
Mówili że po nocy dnieje
W moim świecie noc polarna
Tak naturalna
A zarazem fatalna

Zabija mnie forma
Niszczy pożądanie
Upodobanie w normach
Miałem pretensje do boskości
Marny człowiek w duszy gości
Zakochany w złożoności
Która jest mirażem
Fikcją za którą
Ktoś dostał gażę
O niczym już nie marzę
Nie potrafię
Nie obchodzi mnie nawet
Czy do piekła czy do nieba trafię
Ani kiedy to się stanie
Niechaj przyjdzie dzisiaj
Niechże zdejmie
Z mojej duszy liszaj
Wiem że proszę nadaremnie

Nigdy nie dał mi tego
O co prosiłem
Przestałem modlić się do Niego
Być może zbłądziłem
Teraz jestem Werterem bez pistoletu
Nie zasłużę nawet na fragment pamfletu
Bo sam o to prosiłem
Sam swoje życie
Uczyniłem zawiłem

Request

środa, 3 Grudzień 2008

Prośby bywają różne… Dzisiaj poznacie prośbę masochistyczno-poetycką datowaną na kilka miesięcy do tyłu:

Prośba

Jeśli zmieniać się – to tylko dla Ciebie
Jeśli z Tobą – to wszędzie jak w niebie
Dla Ciebie – przyjemnością nawet zaprzeć się siebie
Jak się to skończy – nie wiem
Wiem, że jakoś skończyć się musi
I ten nowy początek na horyzoncie
Tak bardzo kusi
Powiedz że jest iluzją jeśli musisz
Ale bądź zawsze szczera
I pamiętaj że to serce wybiera

Never meant to…

wtorek, 2 Grudzień 2008

Cykl retrospektywny powoli zbliża się do końca, cofnijmy się jednak w głębszą przeszłość:

Sercu

Nigdy nie myślałem że tak się stanie
Że spojrzeć Ci w oczy nie będę w stanie
I to nie z powodu jakiegoś przewinienia
Lecz przez stan miłosnego omdlenia
Czas mnie zmienia
Różne kobiety powodowały westchnienia
Ale to jest coś tak nieoczekiwanego
Że musi być skutkiem uczucia prawdziwego

Mówiłem „Nie miej za złe tego”
W końcu byłem tylko dobrym kolegą
Ale czy zrobiłem coś złego?

Nie myśl że nie zrozumiem
Jeśli powiesz że kochać mnie nie umiesz
Ale nie będę spokojnym
Dopóki nie powiesz mi tego
I nie wywoła to wojny
Chociaż wolę usłyszeć coś innego

„Drivin’ me wild”

poniedziałek, 1 Grudzień 2008

Nastrój… Erm… Może nie będę zaczynał tego tematu… Parę rzeczy doprowadza mnie do szaleństwa rozumianego na kilka sposobów… Skupmy się na tych dobrych… Poniższy wiersz jest, według mnie, przełomowy dla historii literatury. Sprawdźcie dlaczego:

One

Krągłe jak dwie Ziemie
Tym pełniejsze
Im głębsze wydają westchnienie
Niemniej pełne same w sobie
Nie myślałem że to kiedyś powiem
Ich właścicielka równać się może
Z Bogiem
Wzbiera w mężczyznach morze
Morze krwi co nasączona pożądaniem
Nikt przewidzieć nie może
Co się stanie
Gdy decyzje podejmują w stanie
Uległości zachwytu nad Nimi
Mówią kształtami swymi
Oprawą koronkową
Co dzień zawierają prawdę nową

Gładkości Ich domniemanej
Ustępują jedwabie
One są jak dwa wabie
Co zarzucone
trzysta sześćdziesiąt pięć dni roku
Są jedną z najgorszych pokus