Wiersz zaplanowany na dzisiaj, jest ostatnim z cyklu retrospektywnego i prawdopodobnie ostatnim wierszem jaki zamieszczę w najbliższym czasie. Nie jest to nawet arcydzieło, ani formalne, ani semantyczne, ale skoro już się napatoczył, więc zostanie opublikowany:
Demony
Tkwią w każdym z nas
Kazirodcze pomioty książąt piekieł
Mam jednego w sobie,
przecież jestem tylko człekiem
Nie powinienem o nim mówić Tobie
Więc nie poznasz jego miana
Kiedy usłyszysz opis
Zrozumiesz kim jest, sama
Każe mi biegać po górach, dolinach
Przyciągają go źródła grzechu,
Rozkoszy chwilowej krztyna
Jest tym, co dostaję w zamian
Za błędny wzrok
i pytanie „co powie mama?”
Lasy, łąki, miejsca niewinnego piękna
Nisze frywolnych plugawców
Tacy jak ja, płodzą koneserów lub szubrawców
Sam podobno jestem tym pierwszym
Tworzyciel wierszy,
Petroniusz swojej ery
Arbiter kobiecej nagości
Chłonący przejawy seksualności,
Żywiący się zakazanym owocem
Wśród podłości…
Lecz kiedy miłość przychodzi
demona pęta magicznym łańcuchem
A ja jego wyznawca i niewolnik
Wyrażam skruchę…