Gombrowicz i kosmopolityzm

Nie każdy musi być patriotą… Świat złożony z samych patriotów byłby nudny, przyznaję. W dzisiejszych czasach, w dobie ONZ, UE i NATO granica między patriotyzmem a kosmopolityzmem zaciera się. Kocham swoją ojczyznę, bo jest jedna, ale jeśli zapytacie o moje obywatelstwo to powiem, że czuję się nie tylko Polakiem, ale też Obywatelem Świata.

Chwilowo dosyć jednak o mnie, bo Gombrowicz z tytułu wyraźnie domaga się naszej uwagi. Tak, naszej… Nie tylko mojej, bo jeśli to czytasz, też powinieneś / powinnaś się na nim skupić, bo piszę o rzeczach, które winny być ważne dla każdego człowieka.

Otóż miał Gombrowicz tego pecha, że żył w czasach obu Wojen Światowych. Jak się zachowywał w trakcie pierwszej, trudno powiedzieć. W momencie jej wybuchu miał ledwie dziesięć lat. Za to w przeddzień drugiej był już statecznym mężczyzną i zrobił najgorsze, co mógł zrobić – wyjechał. I to nie po to, aby być ambasadorem sprawy polskiej, a po to, żeby ratować skórę.

Traktowanie ojczyzny jako formy, napiętnowanej z zasady w Ferdydurke trąci, za przeproszeniem, Różą Luksemburg, czy Feliksem Dzierżyńskim i jest, w moim mniemaniu, dalece bardziej niebezpieczne niż poddawanie się jej.

Inna sprawa, że urodził się Gombrowicz w narodzie megalomanów, którzy sami doprowadzili do upadku własnej państwowości, stawiając interesy prywatne ponad dobrem państwowym, a mimo to zachowywali się ciągle tak, jakby ich pozycja była mocarstwowa.

Nie dziwi zatem stosunek pisarza do anachronicznej kultury szlacheckiej, a sposób, w jaki go manifestował. Człowiek szanujący ojczyznę (celowo nie używam kategorii miłości), może piętnować mentalność współobywateli, ale powinien wspierać ich działania w zakresie obrony i ewentualnej odbudowy wspólnego domu. Mogłoby to zaowocować pozytywnymi zmianami w postrzeganiu siebie i innych. Niestety, nie zaowocowało.

Dodaj odpowiedź