Dzisiaj zaserwuję Wam notę luźno powiązaną z teorią literatury i z socjologią. Otóż, książki Gombrowicza to książki trudne, ale również książki które realizują szczytny cel: pokazują, że poddawanie życia społecznego jakimkolwiek formom może być niebezpieczne. Problem w tym, że są całe rzesze ludzi, których przejaskrawienie doprowadza niemalże do wymiotów. Sam nie dokończyłem ani Ferdydurke ani Trans-Atlantyku, ale w trakcie omawiania obu lektur, zobaczyłem cel tych udziwnień: ośmieszenie procesu socjalizacji poprzez pozorną akceptację skrajnie dziwacznych postaw i reagowanie na te postawy, w równie groteskowy sposób. W Trans-Atlantyku jawi się też Gombrowicz jako pierwszy polski piewca kosmopolityzmu, ale to już temat na oddzielny tekst.
Teraz przemyślmy, jaki procent uczniów zastanawia się nad tym, co przeczytało, na tyle głęboko, aby dojść do takich wniosków? Śmiem twierdzić, że niewielki. Większość zapewne rzuca Ferdydurke w kąt, stwierdzając, że pisał to jakiś idiota.
Tu pojawia się kolejne zagadnienie: ministerstwo edukacji znowu chce pociąć kanon lektur. Pytam: dlaczego zostaje Ferdydurke, a leci np. dalece bardziej przejrzyste Przedwiośnie? Czyżby po to tylko, aby całkowicie zniechęcić młodzież do czytania? Nigdy nie myślałem, że posądzę rząd PO o tak niecne intencje.
Mamy też do czynienia z hipokryzją tzw. ludzi kulturalnych. Tępią oni wszelkie subkultury, które dają młodym ludziom alternatywę i nierzadko chronią ich przed negatywnymi zjawiskami. Robią to może w sposób kontrowersyjny, ale dlaczego kontrowersje wokół dzieł Gombrowicza traktujemy z pobłażaniem? A prawda, bo Gombrowicz tylko pisał, a przecież nikt już nie czyta.