Children of a Lesser God?

Czytanie o doktrynach politycznych skłoniło mnie do przemyśleń specyficznych. Otóż każda doktryna sprawdziła się lepiej lub gorzej w określonych warunkach geopolitycznych. Patrząc na naszą ojczyznę można stwierdzić, że jesteśmy dziećmi gorszego Boga. Czy muszę tłumaczyć dlaczego?

Spróbuję. Liberałowie, na przykład, hołdują jednostkom zaradnym, co oczywiście nie pasuje z lekka mazepowatym Polakom. Ponadto, postulują te szatany, rozdział kościoła od państwa, a daliśmy się  schrystianizować tak dokładnie, że nie mieści nam się w głowach nic podobnego.

Konserwatyści  to banda strachliwych durniów, którzy boją się zmian jakichkolwiek. A my we krwi mamy bunt. „Bunt dla buntu”, jak by rzekły żabodajy. I psu na budę tacy politycy jak Churchill czy Thatcher, zwłaszcza, że konserwatyzm w wydaniu polskim oznacza restaurację socjalizmu lub demokracji szlacheckiej. I tylko Ten wspomniany w tytule, raczy wiedzieć, który z wariantów byłby bardziej szkodliwy.

Socjaldemokraci mają program, pisany jakby dokładnie pod naszą mentalność, tyle że nasza lewica nie potrafi się jednoznacznie odciąć od kompromitujących ją bezustannie twarzy Kwaśniewskiego, Millera czy nawet Kalisza, o którym żartuje się powszechnie, że co kadencję przybywa mu podbródek. Stosunek lewicowych polityków do Federacji Rosyjskiej, jak też mnożące się podziały po tej stronie sceny politycznej, z pewnością nie przysparzają zwolenników żadnej z partii opowiadających się po niej

Faszyzm i nazizm odbiły się czkawką wielu Żydom i Polakom. Wypowiedzi niektórych Niemców pozwalają jednak stwierdzić, że wspominają oni rządy Hitlera z rozrzewnieniem zbliżonym do tego, z którym mamy do czynienia słuchając od starszych osób o czasach Gierka, czy bohaterstwie Jaruzelskiego, który w swoim geniuszu ochronił nas przed bójką z Wielkim Sowieckim Bratem, mogącą się skończyć zgonem słabowitego organizmu Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Wróćmy jednak do Hitlera. O obecności w niemieckiej świadomości narodowej sentymentu do jego osiągnięć, wystarczająco świadczy działalność niejakiej Eriki Steinbach. Biorąc pod uwagę fakt, że pani ta zasiada w Bundestagu nieprzerwanie od dziewiętnastu lat, jej poglądy mają wielu zwolenników.

Działalność komunistów w naszym pięknym kraju jest na szczęście zakazana. Nawet jeśli by tak nie było to czy znalazłaby się licząca ilościowo grupa osób, które zechciałyby poprzeć tę dziwaczną doktrynę? Mimo wszystko trudno zaprzeczyć jej sukcesowi, który miał zresztą miejsce tuż poza naszym podwórkiem. Jego wykładnikiem, czy jak kto woli, owocem jest mentalność Rosjan, którzy po prostu lubią być trzymani, przepraszam, za mordę, dopóki mają świadomość, że ci którzy ich trzymają, dyktują warunki niemal całej wschodniej półkuli ziemskiej. A tak dla przyzwoitości prezydenta zamieniają w premiera i myślą, że Zachód się nie zorientuje kto się tam u nich naprawdę liczy.

Na wylansowanie innych doktryn jesteśmy albo zbyt leniwi, albo zbyt kłótliwi, albo zbyt zacofani, ale mnie się już nie chce o nich pisać, a Wam nie chciałoby się czytać. Wydaje mi się jednak, że dowiodłem, iż nie istnieje doktryna, która jest w stanie zapewnić nam  nadrobienie polityczno-ewolucyjnych braków. Niestety…

Dodaj odpowiedź