Archiwum z Lipiec 2009

Restrictions

czwartek, 30 Lipiec 2009

Zasadniczo dzielę filmy na dwie i pół kategorii. Filmy artystyczne,  rozrywkowe i rozrywkowo-artystyczne. O ile nie zakwalifikuje obrazu do pierwszej kategorii, jestem wyrozumiałym widzem. Bo widz, w odróżnieniu od krytyka filmowego, ma pełne prawo być wyrozumiały.

Kiedy zaczynałem oglądać Karmel Nadine Labaki myślałem, że będę musiał wykazać się właśnie wyrozumiałością. Ot, historia miłosna, której najmocniejszą stroną jest egzotyczna uroda aktorek. Nic bardziej mylnego. Wprawdzie już na początku było widać zderzenie konwenansów z kobiecą przewrotnością, ale nonszalancja głównej bohaterki (chociażby pokazanie języka policjantowi), dawała efekt nieco groteskowy.

Dopiero, gdy ukazano problemy moralne libańskich kobiet, odebrałem ten film głębiej.  Sytuacja kochanki w żadnej kulturze nie jest komfortowa.  Trudno jest mi jednak wskazać obszar, w którym ingerencja w prywatność kobiet i surowość oceny społecznej jest większa niż w krajach arabskich.

Nie znając filmów tego typu, nie zdajemy sobie sprawy z zakresu wolności osobistej jaką dysponujemy. W zestawieniu ze światem przedstawionym w Karmelu, polskie absurdy zdają się  mało absurdalne, roszczenia europejskich feministek okazują się błahe wobec niezręcznej sytuacji kobiety zmuszonej rekonstruować błonę dziewiczą w obronie godności, a może nawet życia.

Mówi się tyle o upadku moralności w zachodnich społeczeństwach, lecz czy moralność winna wynikać ze strachu przed napiętnowaniem, czy z praw naturalnych?

Pozwolę sobie jeszcze zwrócić uwagę na tytuł opisywanego filmu. Otóż, dobry tytuł nie ma prawa zdradzać założeń fabularnych dzieła do którego przylega. Wypada też jeżeli tytułowy motyw przebija się w treści utworu, ale nie jest zbyt mocno wyeksponowany. Łatwo tu jednak przesadzić w drugą stronę. W Tataraku Wajdy prawie nie było widać tataraku. Młoda reżyser, dla odmiany, osiągnęła złoty środek. Parafrazując teoretyków literatury Każdy film artystyczny powinien mieć swój karmel.

Debiut reżyserski Labaki zestawia się z twórczością Almodowara. Tego rodzaju porównania zostawmy jednak krytykom, pamiętając że w sztuce wszystko już było i nie sposób dziś znaleźć dzieło zupełnie niepodobne do innych. Warto skupić się na tym czy polecilibyśmy komuś dany „kawałek sztuki”, zamiast kopiować często przeintelektualizowany bełkot znawców. Jeśli zapytacie mnie, czy warto zobaczyć Karmel, bez wahania odpowiem twierdząco.

Marathon

piątek, 24 Lipiec 2009

W ciągu ostatnich 72 godzin obejrzałem w kinie trzy filmy. Tak się ciekawie złożyło, że wszystkie te obrazy były ekranizacjami tekstów literackich. O dziwo, najlepszym z nich okazały się Anioły i demony na motywach powieści Browna. O dziwo, bo konkurencja była nie byle jaka. Były to mianowicie Tatarak Wajdy inspirowany opowiadaniem Jarosława Iwaszkiewicza, oraz Harry Potter i Półkrwi Książę.

Dlaczego akurat film Rona Howarda był najlepszy? Ukażę to punktując wady jego konkurentów.  Jedyny polski film w stawce wzbudził mieszane uczucia. Szczegóły z ostatnich kilku tygodni życia Jandy z jej mężem, Edwardem Kłośińskim wmieszane w historię fabularną miały ze sobą najwyżej dwa wspólne mianowniki: chorobę Pani Marty i śmierć Bogusia.  Ostatecznie nie do końca wiadomo o czym w ogóle mowa. Miałem wręcz wrażenie, że aktorka pokroju Jandy posunęła się do sprzedawania własnego cierpienia.

I myślałbym pewnie, że lepiej byłoby gdyby reżyser nie czekał na tę właśnie aktorkę, lecz powierzył rolę doktorowej komu innemu. Myślałbym tak, gdyby nie słowa wstępu do filmu wygłoszone przez prowadzącego bialskie spotkania filmowe. Stwierdził on bowiem, że najbardziej sławnemu polskiemu reżyserowi całkiem słusznie zarzuca się przekłamywanie historii. Mniej więcej w połowie seansu pojawiło się w moich myślach zdanie, że artysta nigdy nie kłamie, lecz może używać fikcji, aby pokazać ogólną prawdę, będące parafrazą słów jakiegoś autorytetu z dziedziny szeroko pojętej sztuki. Pomyślałem sobie także, że ekranizacji tekstów literackich może ponadto dotyczyć prawidłowość właściwa ich przekładom, mianowicie: piękne nie są wierne, wierne nie są piękne. Bez wątpienia Tatarak promował jakieś wyższe wartości, jednak – jak na mój gust – ukryto je zbyt głęboko. Stąd też moje ambiwalentne odczucia.

Przypadek najnowszej kinowej adaptacji przygód młodego czarodzieja ukazuje natomiast, że nie wystarczy dobrze opowiedziana historia, aby zrobić warty obejrzenia film. Przed seansem, który rozpoczął się już dzisiaj, bo o godzinie 00:01 miałem przyjemność udzielić wywiadu bliżej nieokreślonym dżentelmenom z kamerą. Zapytany, czego spodziewam się po filmie, odpowiedziałem, że spodziewam się pazura, mrocznej atmosfery, która ewidentnie emanuje z szóstego tomu serii o Harrym Potterze. Takie oczekiwania, wzbudził zresztą zwiastun, który, jak śmiem twierdzić, objął niemal wszystkie ciekawe momenty filmu. Na potwierdzenie tych słów i, aby ułatwić ustosunkowanie się do sprawy w domowym zaciszu już po obejrzeniu Księcia, zamieszczam zwiastun filmu emitowany w polskich kinach.

Przyznacie chyba, że mieliśmy prawo oczekiwać obrazu, który mógłby nawet przestraszyć osobniki o słabszych nerwach. Yates zamiast tego zaserwował pseudokomedyjkę kostiumową, nudną niemal zawsze, gdy braknie podtekstów. A tych jest całkiem sporo jak na film dla młodzieży. Pominę już nieścisłości fabularne, które były widoczne nawet dla kogoś kto książkę przeczytał zaraz po jej wydaniu w Polsce, ale nie biły po oczach. Poza tym pamiętajmy o pięknie i wierności.

Obiektywnie mierny poziom filmu jako całości dziwi zwłaszcza, że za reżyserię poprzedniej części – którą to część wspominam znacznie lepiej niż tę opisywaną obecnie – odpowiada ten sam człowiek. Czyżby poszedł na łatwiznę?

Na koniec przyszła pora na kilka słów o najlepszej z wspomnianych dziś produkcji. Nie czytałem jej literackiego pierwowzoru, ale już scena niszczenia pierścienia rybaka po śmierci papieża, otwierająca film, sprawia bardzo dobre wrażenie. W zasadzie możnaby na tym zakończyć mówienie o Aniołach i demonach. Warto jednak pochwalić konsekwentne prowadzenie widza po fałszywym tropie, aby ostatecznie go zaskoczyć. Widać tu wyraźny postęp od czasu Kodu da Vinci, w którym stosunkowo szybko można było się domyślić kto jest potomkiem, czy raczej potomkinią Chrystusa.

Co może razić, to nadzwyczajna zręczność i przebiegłość zabójcy. Mniemam jednak, że ma to swoje źródło już w tekście powieści.

O czym świadczy zaskakująca nierówność przedstawionych przeze mnie filmów? O tym, że w kinie nie ma nic pewnego. Dobrego filmu nie gwarantują ani uznane nazwiska jego twórców, ani najlepsze ich chęci, ani nawet dobrze napisana książka będąca dla nich bazą. Co ciekawsze, przekładając kontrowersyjną książkę na język filmu udaje się czasem – choć stosunkowo rzadko – wyeksponować coś, poza samą kontrowersją.

Le choc pour le choc

piątek, 17 Lipiec 2009

Nie jest dla mnie nowością, że aby zaistnieć w popkulturze należy podziałać na odbiorcę feerią barw, doznań czy czegokolwiek. Właśnie wróciłem z pierwszego w moim mieście seansu Wojny polsko-ruskiej i postanowiłem podzielić się swoimi przemyśleniami na temat tegoż obrazu.

Byłem niezmiernie ciekaw, kim i czym bezustannie zachwycał się Robert Leszczyński w pierwszej edycji Idola (tak, kiedy emitowano ten program, chłonąłem jeszcze popkulturę całym sobą). W kinie obejrzałem właśnie coś, co jest stuprocentowo zgodne z kanonem popkultury właśnie, który streścić można w jednym bezokoliczniku szokować!

Moje uprzedzenie do tego filmu, wynika z niechęci do groteski. Jest to, w moim przekonaniu, konwencja, która wymaga efekciarskich środków. I taka właśnie była Wojna polsko-ruska. Ot, niewinne połącznie Matriksa, Requiem dla snu Bruce’a wszechmogącego, gdzie Szyc (Silny) to jednocześnie Neo i Harry, zaś Masłowska to taki Morgan Freeman (Bóg) w spódnicy.

Czy mam cokolwiek przeciwko wymienionym filmom? Zasadniczo uważam, że były na swój sposób nowatorskie. No właśnie były, odpowiednio  w latach 1999, 2001 i 2003. Serwowanie podobnej mikstury w roku pańskim dwa tysiące dziewiątym jest dla mnie cokolwiek niezrozumiałe.

Mój brat jest zdania, że film jest, jak na polskie warunki, wykonany bardzo dobrze i trudno się z tym nie zgodzić. Fabuła gdzieś się rozmywa. ale całość przyciąga oko, a chyba o to chodziło.

Kolejną zaletą obrazu jest jego sugestywność. Tę cechę cenię najbardziej. O ile na przykład Juno nie był filmem pretensjonalnym, o tyle ostatnia rzeczą, którą miałem ochotę zobaczyć były narządy płciowe Szyca. Niestety zobaczyłem je kilkakrotnie, co wydało mi się aż nazbyt dosłowne. Mniemam jednak, że to ukłon w stronę żeńskiej części publiczności.

Ponadto, mam wrażenie, że purytańskiej Polsce, trzeba od czasu do czasu filmów na miarę Requiem dla snu. Może w końcu zrozumiemy skąd biorą się narkomani. Dotrze do nas, że za doznaniami można podążać tak uparcie, aby ostatecznie je wypaczyć. Bo czy Siwy, który w gruncie rzeczy szukał dla siebie miejsca poza szeregiem niewolników, nie mógł istnieć naprawdę? Mniemam, że znalazłoby się conajmniej kilku takich jak on.

Mam nieodparte wrażenie, że film ten powstał głównie po to, aby wzbudzić nową falę zainteresowania powieścią Masłowskiej. Publika to kupi. Bo publika od wieków pragnie chleba i igrzysk. Jeżeli wyżej wymieniona książka jest w połowie tak zakręcona jak jej filmowa adaptacja to:

a) boję się po nią sięgać;

b) zamiast pierwszą polską powieścią dresiarską, należy ją nazywać pierwszą polską powieścią ćpuńską.