Archiwum kategorii ‘film’

Shittiness

niedziela, 12 Luty 2012

Na fali medialnego szumu wokół filmu Sponsoring (org. Elles), postanowiłem obejrzeć poprzedni film Małgorzaty Szumowskiej, czyli 33 sceny z życia. kontrowersyjny – czytam – największy międzynarodowy sukces polskiego kina od czasów Kieślowskiego, zachwalają gdzieś w Internecie. Jestem zachęcony, nawet lekko podekscytowany tym, że za chwilę obejrzę arcydzieło.

I zawodzę się tęgo. Nie będę krytykował dłużyzn, które podobno przeszkadzają wielu odbiorcom. Na co dzień nie stronię od wulgaryzmów, ale bardzo dbam o kulturę słowa w tym miejscu. Tyle tylko, że dzisiaj nie zamierzam się silić na wysublimowaną krytykę tego filmu, bo w moim odczuciu ten obraz usiłuje usprawiedliwić kurewstwo, zarówno mentalne, jak i fizyczne, tragedią. Być może autorka chciała pokazać nędzę moralną polskiej neobohemy, bo to jej się udało. Bo bohaterowie tego filmu nie szanują ani siebie ani swoich bliskich. Zapijają się, zdradzają, a potem dziwią się, że coś jest nie tak. Na swój sposób sarkastyczny okazuje się ostatni dialog z tego filmu

- Czemu tak często mówisz „nie wiem”?

- Nie da się wszystkiego wiedzieć od razu, najpierw trzeba się zastanowić.

- Jak długo to trwa?

- No, nie wiem. Czasem kilka godzin, czasem cały dzień, a czasem dwa.

- Wiesz co, chciałabym zawsze być dzieckiem. Z moim tatą, z Piotrkiem, z moją mamą. Nie wiem. Nie wiem, czy potrafię tak żyć.

- Tam się nie da wrócić.

- I teraz tak będzie zawsze?
- Zawsze. [...]

- Będziesz na mnie czekać?

- Nie wiem.

- Odwieziesz mnie jutro na lotnisko? Proszę.

- Nie

I tylko mam ochotę zapytać bohaterkę: Warto było?!

Wiecie, lubię myśleć o sobie jako o wykształciuchu, inteligencie, czasem nawet artyście.Skoro oznacza to poklask dla takich postaw i dzieł, to wcale nie chcę być ani wykształciuchem, ani artystą. I nawet jeśli nie chodziło o promowanie tego rodzaju wartości, to czuję się zdegustowany, mimo że trudno mnie nazwać pruderyjnym. Nie wierzę w ideę godnej śmierci, co nie zmienia faktu, że śmierć bliskiego można przeżywać mężnie, z godnością.Tylko do tego trzeba dorosnąć.

 

Don’t try

piątek, 30 Grudzień 2011

Nie próbuj – głosi epitafium umieszczone na nagrobku Charlesa Bukowskiego. Nie jest to bynajmniej pochwała nihilizmu egzystencjalnego, czy innej dekadencji znanych powszechnie pod wdzięczną nazwą mamtowdupizmu. Jak wyjaśniła żona pisarza, jest to skondensowane przesłanie cytatu z jego powieści Factotum (oryginalnie wydanej w 1975 roku). Rzeczony cytat prezentuje się następująco:

If you’re going to try, go all the way. Otherwise, don’t even start. This could mean losing girlfriends, wives, relatives and maybe even your mind. It could mean not eating for three or four days. It could mean freezing on a park bench. It could mean jail. It could mean derision. It could mean mockery–isolation. Isolation is the gift. All the others are a test of your endurance, of how much you really want to do it. And, you’ll do it, despite rejection and the worst odds. And it will be better than anything else you can imagine. If you’re going to try, go all the way. There is no other feeling like that. You will be alone with the gods, and the nights will flame with fire. You will ride life straight to perfect laughter. It’s the only good fight there is.

Z angielskiego na nasze brzmi to tak (tłumaczenie własne)

Jeśli zamierzasz spróbować, daj z siebie wszystko. W przeciwnym razie nie trudź się. Przez taką próbę można stracić dziewczyny, żony, krewnych, a nawet poczytalność. Może to się wiązać z niejedzeniem przez trzy czy cztery dni, spaniem na parkowej ławce, pobytem w więzieniu lub z tym, że będą z nas drwić. Może też oznaczać kpiny i odosobnienie. Odosobnienie jest darem, wszystko inne jest sprawdzianem Twojej wytrzymałości, oraz tego jak bardzo pragniesz celu swoich dążeń. I będziesz działać pomimo odrzucenia i niewielkiego prawdopodobieństwa sukcesu. I będzie to lepsze niż cokolwiek, co jesteś w stanie sobie wyobrazić. Jeśli zamierzasz spróbować, daj z siebie wszystko. Nie istnieje inne uczucie równe temu. Staniesz sam na sam z bogami, a noce będą płonąć żywym ogniem. Pokierujesz swoje życie wprost do szczęścia totalnego. To jedyna walka, jaką warto stoczyć.

Dlaczego o tym piszę? Zawsze przeczuwałem, że w tych słowach tkwi coś co osobiście nazywam Prawdziwą Mądrością. Mądrość prawdziwa nie opiera się na tanich chwytach koncepcyjnych, bo potrafi obronić się sama. Gardzi patosem, gloryfikuje potęgę jednostki.

Przeczuwać to jedno. a zobaczyć tę potęgę w całej jej krasie to drugie. Otóż byłem wczoraj w kinie na filmie Służące (The help) powstałym na kanwie książki o tym samym tytule. Koncepcyjnie film był prosty: źli biali, uciśnieni, ale szlachetni czarni (z nielicznymi wyjątkami w obu grupach). Był też, jak stwierdził mój brat, ugrzeczniony. Co najważniejsze jednak, pokazał , że wolność zaczyna się w głowie i zilustrował zaprezentowany wyżej cytat. Dlatego w skali 1-10, film ma u mnie solidną dziewiątkę.

Parafrazując klasyka jedno co warto to działać warto i niech to będzie moim mottem na najbliższe dni.

Implied meaning

sobota, 10 Grudzień 2011

Jednym z kryteriów, na podstawie których orzekam czy dany film jest dobry czy nie, jest pytanie czy jego obejrzenie zmusiło mnie do myślenia czy też nie. Wstyd się przyznać, ale ostatnimi czasy unikam dobrych filmów, żeby przypadkiem nie wprowadzić się w zbyt posępny nastrój. A szczególnie, że czasem z takiego seansu wynika wiersz. Kto śledzi mnie na portalach społecznościowych zapewne wie co wczoraj oglądałem. Kto nie śledzi, może się domyślać ;)

Proch (9.12.2011)

Gnałem Marysię po całym kraju
Potem poznałem Kasię
By nazajutrz
Siedzieć za sutenerstwo
Bo mój sposób zarobkowania
Stanowił przestępstwo
Nie miałem nic do gadania
Gdy znalazłem się w kajdanach
Nie w tych błyszczących
Lecz krępujących
Moje ciało i marzenia
Choć chciałem wszystko pozmieniać

Byłem prochem
Jestem pyłem
Myślałem że choć trochę
Żyłem
Lecz nie wiem czy bardziej
Siebie czy innych łudziłem
Żaden ze mnie twardziel
Nawet zdrajcy nie zabiłem
Więc teraz jestem pyłem
Choć byłem prochem
Czy tego żałuję
Bardziej niż trochę
Lecz co kogo obchodzi
Co ja teraz czuje

Why bother?

piątek, 15 Kwiecień 2011

Seans Yo, tambien! na Bialskich Spotkaniach Filmowych utwierdził mnie w przekonaniu, że jestem malkontentem. Oto obejrzałem bezpretensjonalny film, który w swojej głębi uniknął sztucznego patosu, a jednak coś mi w nim nie pasuje.

Co dokładnie? Przecież było zabawnie, kiedy miało być zabawnie. Było refleksyjnie, a wszystko odmierzone, jak gdyby reżyserowie znali przepis na film doskonały. Nie wiem czego się spodziewałem po tym filmie, skoro doskonale wiedziałem, że nie ma on prawa zakończyć się tzw. klasycznym happyendem.

Ja też oddało niezaprzeczalną usługę tematyce tolerancji. Ale mnie, będącemu (podobnie jak główny bohater omawianego filmu) poniekąd przedmiotem tolerancji, potwierdziło to, co z lękiem przeczuwałem od dawna – tolerancja z definicji zakłada poczucie wyższości. Wystarczy przywołać słowa współpracowników Daniela: Biedaczek świata nie widzi poza tą lafiryndą, a może tak właśnie powinniśmy odbierać innych? Przez pryzmat tego, co widzimy tu i teraz, a nie przeszłych pomyłek, jakkolwiek wielkie by były? Ryzykujemy ogromne nadużycia ze strony osób, którym zaufamy, oczywiście, ale jednym ufamy, a innym już niezbyt chętnie. Według mnie każdy zasługuje na to, żeby traktować go jak czystą kartkę.

Daniel spotkał się z najgorszym rodzajem tolerancji nawet ze strony swojej rodziny. Jego brat stwierdza nie zwiążesz się z kobietą o normalnej liczbie chromosomów, szukaj w swojej lidze*, ale  duchem i umysłem Daniel jest przecież w lidze ludzi zdrowych, a tylko i aż, wygląd zewnętrzny sprawia, że niemal wszyscy widzą w nim trochę mniej upośledzonego człowieka. Nawet jego matka w rozmowie z ojcem powiada: Ta kobieta jest niezrównoważona! Kto normalny zainteresowałby się naszym chłopcem. Puenta mężczyzny była bezcenna: Chciałaś mieć normalnego syna to masz. Normalni ludzie się pieprzą, przynajmniej raz na jakiś czas.

I choć Laura traktowała swojego przyjaciela bardziej normalnie niż ktokolwiek inny, nie powinna była wprowadzać tej znajomości w sferę seksualności. Mamy tu pewną dwuznaczność. Oto ukochana Daniela stwierdza, że nie zamierza uprawiać z nim seksu z litości, ale dlatego, że go kocha. W tej samej wypowiedzi zastrzega jednak, że to się nigdy więcej nie powtórzy, a nawet posuwa się do szantażu emocjonalnego w stylu Jeśli to zrobimy, nigdy nie może Ci być w mojej obecności smutno. Wniosek? Jeśli nawet nie kochała się z nim z litości, to dlatego, żeby się dowartościować albo uspokoić wyrzuty sumienia. A to już pewna (delikatna, ale jednak) forma uprzedmiotowienia drugiej osoby.

Wiem, że Pablo Pineda portretował postać niezwykłą. Pytanie tylko co Danielowi przyszło z tej niezwykłości poza koniecznością afirmacji własnych ograniczeń? Jeśli przyjdzie Wam coś do głowy, podpowiedzcie mi w komentarzu. Ja w swojej naiwności ciągle wierzę, że kiedyś my lub nasi potomkowie będziemy żyć w świecie z Imagine Lennona. W świecie, w którym pojęcie tolerancji będzie zbędne.

*Wszelkie przytoczenia oparte są o moje zrozumienie filmu i nie są właściwymi kwestiami bohaterów. Niestety jeszcze nie rozumiem po hiszpańsku, a do ścieżki dialogowej nie jestem w stanie dotrzeć.

Strive for control

sobota, 19 Marzec 2011

Niektórzy ludzie są po prostu słabi. Dawniej opcje były dla nich dwie: a) przystosować się do panujących warunków pozbywając się słabostek lub równoważąc je nowo nabytymi zaletami, które wyróżnią delikwenta na tle ciżby ludzkiej; b) stać się solą ziemi w sensie dosłownym, czyli trwać w swoich słabościach i pozwolić im nas zabić. W dobie humanitaryzmu jest jeszcze trzecia opcja: przeżyć po swojemu, lepiej lub gorzej, ale zwykle w taki sposób, że ludzkość nie przejmie się ani naszym istnieniem, ani tym, że w którymś momencie to istnienie się zakończyło. I z punktu widzenia zwykłego śmiertelnika, to sprawiedliwe, że istnieje ta trzecia opcja. Problem w tym, że wielu takich śmiertelników łudzi się, że zostanie kimś więcej, a przeważnie brakuje im albo zdolności, albo zdecydowania, a często niestety obu tych czynników.

Sprawa się komplikuje, kiedy taki słabeusz odkrywa w sobie talent. I wydawać by się mogło, że dobrze, że go odkrył, bo może go zamienić w swoją siłę (w krajach anglojęzycznych uroczo określa się coś takiego jako redeeming feature, co znaczy dosłownie wybawiającą cechę). Czasem bywa jednak tak, że ten talent jest co najmniej obiecujący, a zamiast ułatwić słabeuszowi funkcjonowanie w tym okrutnie rywalizującym świecie, staje się gwoździem do jego trumny. Tak właśnie było w przypadku Iana Curtisa, wokalisty zespołu Joy Division (o ile oczywiście film Control nie wprowadza jakiegoś radykalnego przekłamania) i zapewne wielu innych przedwcześnie zmarłych artystów i, w sumie nie tylko artystów, których główną winą było to, że poświęcili się czemuś tak bardzo, że ocknęli się na skraju przepaści i jedynym, co im pozostało było skoczyć w nią, bo już nie wyobrażali sobie życia na powierzchni.

I to, że tacy jak Ian w końcu skaczą to w moim mniemaniu właśnie szczątkowa forma naturalnej selekcji zaszczepiona gdzieś w ich wątłej podświadomości. Prowadzi to jednak do paradoksalnego wniosku, że czynnikiem, który utrzymuje ludzkość przy życiu jest jej bezwzględność. Gdyby fani nieco bardziej utożsamiali się z Curtisem, mielibyśmy zapewne do czynienia z tzw. efektem Wertera. Znakiem czasów jest jednak to (niestety i na szczęście zarazem) , że śmierć postaci szanowanej prowadzi najwyżej do chwilowej refleksji (patrz pokolenie JPII, które pokoleniem jest już tylko z nazwy, czy utopijny postulat zmiany w polskim dyskursie politycznym po katastrofie smoleńskiej). Nie zmienia to jednak faktu, że wielu młodych ludzi cierpi dzisiaj na klasyczny weltschmerz. Niektórzy z niego wyrosną, inni nie. Nie wszyscy z tej drugiej grupy popełnią samobójstwo, ale nikt z nich nigdy (i używam tego słowa z pełną odpowiedzialnością) nie poczuje się dobrze w tym nienajlepszym ze światów.

Secret of her eyes

piątek, 11 Luty 2011

Dzisiaj w ramach Bialskich Spotkań Filmowych obejrzałem film El secreto de sus ojos. Jest to dla mnie dziwny film. Dziwny z dwóch względów. Po pierwsze, rzadko kiedy oglądając tak zwane kino zaangażowane zostaję bez opinii o nim. Zwykle mam jakieś odczucia tuż po seasnie i choć czasem zostają one delikatnie rozmyte prądami dyskusji, jakieś są. A tu nic. No może poza tym, że zakończenie było sztampowe, ale ta myśl uformowała mi się w głowie po niejakiej chwili od zakończenia projekcji. Nie bardzo wiem nawet jakiego zakończenia się spodziewałem, natomiast to które zastałem nie pasowało mi do tego filmu.

Ponadto, ciężko stwierdzić, co w tym filmie jest wątkiem głównym, a co pobocznym. Mamy brutalny gwałt zakończony morderstwem, mamy dwoje ludzi pomiędzy którymi zawsze istniała jakaś chemia. I w świetle ostatniej sceny ta chemia okazuje się bardziej podniosłą i istotną niż tragediczny los, który spotkał Bogu ducha winną kobietę. Z perspektywy niezbyt długiego czasu nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jeden wątek jest dodatkiem do drugiego. Tylko jeśli to ta miłość jest tu ważniejsza, to moim zdaniem scenarzysta posunął się odrobinę za daleko.

Dlaczego? Idea przyświecająca takiemu zakończeniu jest jak najbardziej znamienita (miłość wszystko zwycięża), jednak brak odwagi głównych bohaterów upodabnia tę ich miłość do szczeniackiego zauroczenia raczej niż do dojrzałej, odpowiedzialnej miłości. Możnaby się kłócić, że ich sytuacja osobista była trudna, a ostatnia scena świadczy właśnie na ich korzyść, bo wszystko skończyło się dobrze. Tylko szkoda, że bohaterowie dojrzewali do pewnych kwestii przez 25 lat. I że jako młodzi ludzie nie potrafili przezwyciężyć nieśmiałości, a wspomnienie bestialskiego przestępstwa i jego następstw, sprawia nagle że wpadają sobie w ramiona.

Powiecie, że toczę pianę, bo często właśnie pod wpływem takich bodźców ludzie zdają sobie sprawę z własnych błędów i jest w tym racja. Co mnie drażni to fakt, że w tym filmie gwałt pełni rolę służebną do szlachetnego, acz banalnego przekazu.

A za dwa tygodnie widzimy się na Yo tambien!, a przynajmniej taką mam nadzieję

Carpe fallus

sobota, 5 Luty 2011

Pod tym kontrowersyjnym skąd inąd tytułem kryje się wpis zaangażowany społecznie. Dzisiaj miałem z siostrą i jej koleżanką minimararon filmowy Obejrzeliśmy sobie Czekając na sobotę i Nie jesteśmy puszczalskie. Oba filmy pochodzą ze stajni HBO Polska i pokazują, że problemy, które widzimy na ogół jako wyolbrzymione przez szukających łatwego zarobku scenarzystów, są jak najbardziej realne. Słyszałem wiele różnych dziwnych historii, ale relatywizm moralny, łatwość redefiniowania pojęć i dorabiania filozofii do swoich niezbyt mądrych czy wątpliwych moralnie postępków chyba nie przestaną mnie zaskakiwać.

I tak na przykład, jedną z bohaterek pierwszego z wymienionych filmów jest była narkomanka, która obecnie dla utrzymania swojej córki trudni się tańcem erotycznym. Nie zrozumcie mnie źle, jak najszczerzej uważam, że żadna, ale to żadna praca nie hańbi. Zdumiewa mnie jednak, że bohaterka wyraźnie stwierdza, iż dzięki tej pracy czuje się spełniona, że sądzi, iż faceci którzy z podekscytowaniem patrzą na nią kiedy jest jeszcze w pełnym kostiumie podziwiają ją za jej umiejętne ruchy, a nie czekają na moment kiedy pokaże wszystko co ma do zaoferowania.

Ale może to lepiej, że ona tak sądzi? Po co miałaby o sobie myśleć jako o odczłowieczonym kawałku ciała wiecznie wystawionym na widok publiczny? Tylko jak ona sobie poradzi, kiedy ktoś „życzliwy” bardzo wyraźnie wyartykułuje, co większość o niej myśli? Jak spojrzy w oczy córce, z której za kilka bądź kilkanaście lat będą się w szkole naśmiewać, że jej matka była na tyle głupia, że pozwoliła sobie zlizywać z tyłka bitą śmietanę i nawet to sfilmować? Owszem, każdy ma prawo robić ze swoim życiem co mu się podoba, ale tylko dopóki nie krzywdzi innych.

Ciekawe są też skojarzenia, z jakimi młodzi Polacy wchodzą w dorosłe życie. Bohaterki Nie jesteśmy puszczalskie stwierdzają, że przecież są z dobrych domów, dobrze się uczą, więc nie są prostytutkami. Że to dziewczyny, które puszczają się za darmo, są szmatami, a one są przedsiębiorcze. Że to dobra zabawa, a pieniądze są z tego przy okazji. Że mogą z tym zawsze skończyć, a ich przyszli faceci powinni być wniebowzięci ich umiejętnościami.

Oczywiście, można dywagować nad wartością dokumentalną powyższej produkcji, bo skoro dziewczyny ukrywały swoje intratne hobby przed rodzinami to jak mogłyby wystąpić w filmie pokazując twarze? Możliwości są dwie, albo dziewczęta wykazały się bezdenną naiwnością (co znowu by mnie aż tak nie zdziwiło), albo film jest dokumentalny na takiej zasadzie jak W11 czy inny Sąd rodzinny i jednak przy tym wariancie każe pozostać mini research przeprowadzony przeze mnie

Wniosek nasuwa się za to dość prosty. Gdyby Horacy żył współcześnie, powiedziałby Carpe fallus, bo oto nasze prącia panowie, okazują się już nie tylko dżwigniami handlu, ale także swoistymi słowami-kluczami, gdy nie wiadomo o co chodzi, a nie chodzi o pieniądze.

Obey me!

czwartek, 20 Styczeń 2011

Dzisiaj po raz kolejny obejrzałem Zakochanego Szekspira i proszę, od razu zaowocowało to wierszem w jego języku. Musi Wam to starczyć za komentarz.

Obey me! (20th Jan ’11)

Obey me when I commmand thee
May thy words not seek me
Until they are ready to convey
The message of sorrow that had
Nearly put thee into thy grave

Cause thy words tear me apart
When they are casual as if
The things were bright

Be ready to redeem your sins
With as solemn tears
As you haven’t manage
To produce before
Grant me that one thing
Or forever be gone!

Tale about dying

czwartek, 4 Luty 2010

Dawno nie pisałem w tak uduchowionym tonie, ale ostatnim filmem, który zbombardował mnie refleksjami, było Życie na podsłuchu. Kilka dni temu obejrzałem zaś Południe-Północ, określony przez mojego licealnego kolegę jako najlepszy polski film. Nie zamierzam wyrokować czy faktycznie jest on najlepszy, czy też nie. Jest on dobry, bo mimo obsadzenia rodzimych gwiazdeczek w głównych rolach (Szyc, Grochowska), udało się Łukaszowi Karwowskiemu opowiedzieć historię o dojrzewaniu do spokojnego umierania i roli miłości podczas godnego przechodzenia ostatecznego rozbratu ze światem.

Pod wpływem tego filmu powstał wiersz, chronologicznie pierwszy w tym roku. Co łączy autora z podmiotem lirycznym? Poszukiwanie tego, co w życiu ważne.

O umieraniu opowieść (31.1.2010)

Jeśli jutro umrzeć przyjdzie
Chcę dziś jeszcze poczuć tę miłość
Może zgrzeszyłem
A może tylko mi się śniło

Nie ważne kiedy umrę
Nieistotne gdzie trafię
Jeśli będę znał tylko swą parafię
Nie poznam kochania
Przez które ponoć On
Nam siebie odsłania

Zbliż się do mnie
I zbliżmy się razem do Niego
Bo choć nie znam imienia
Chcę znaleźć Jego
Chcę znaleźć Go w Tobie
Bym mógł zacząć szukać w sobie
Gdy juź znajdziemy
Błogo spoczniemy
I się zjednoczymy
Ze sobą nawzajem
Tak jak z całym światem

Responsibility

środa, 14 Październik 2009

Wczoraj byłem w kinie na Galeriankach. Na film ten czekałem odkąd tylko usłyszałem, że powstaje, czyli co najmniej od pół roku. Budzi on skrajne emocje, co widać chociażby po spektrum komentarzy na filmwebie. Oprócz prawd, które wynikają wprost z treści filmu, potwierdza się tu prawo, które od dawien dawna rządzi światem rozrywki – „Jeśli coś <<zagotuje>> choćby część odbiorców, to dobrze się sprzedaje” ( w ciągu siedemnastu dni wyświetlania – prawdopodobnie liczone do niedzieli włącznie – obraz ten obejrzało ponad 312 tysięcy widzów).

Internauci skarżą się na słabą grę aktorską odtwórczyń głównych ról, dialogi nieudolnie naśladujące młodzieżowy slang i tym podobne. Czy można jednak wymagać profesjonalizmu od debiutantek? Jakimkolwiek doświadczeniem dysponują tutaj Magdalena Ciurzyńska (w wersji kinowej Julia, w etiudzie główna bohaterka) i Dagmara Krasowska (Milena), która zagrała dotąd w zaledwie trzydziestominutowej produkcji o jakże ambitnym tytule W krainie jaskrawych zabawek. Drugi zarzut jest o tyle kuriozalny, że fragmentaryczne kwestie z filmu pojawiły się już na płycie O.S.T.R-a wydanej 27 lutego. Znaczy to ni mniej ni więcej tyle, że całość była prawdopodobnie sfilmowana do końca 2008 roku. Slang ma zaś to do siebie, że zmienia się niemal z miesiąca na miesiąc, a ponadto różni się niuansami w różnych regionach i grupach wiekowych.

Jedyny zarzut z jakim po części się zgadzam to za bardzo otwarte zakończenie. W filmie, co prawda nie wszystko trzeba powiedzieć dosłownie, ale popularyzatorzy łatwych w odbiorze seriali i schematycznych produkcyjek, gdzie jak ktoś wygrywa to jednoznacznie, rozleniwili przeciętnego widza. Ze smutkiem przyznaję, że i ja padłem ich ofiarą, bo choć Katarzyna Rosłaniec chciała zakończyć swój film nieszablonowo, nie do końca trafił do mnie sposób w jaki to zrobiła.

Chciałbym się jednak skupić na tych aspektach powyższej produkcji, które zainteresują psychologów i socjologów. Nastolatki sprzedają się – oczywiście nie wszystkie – ale jednak. Mer stwierdził kilka tygodni temu w rozmowie ze mną, że omawiany obraz wyolbrzymia całe zjawisko. Nie mogę się z tym zgodzić. Cztery dziewczęta w słabej klasie niezbyt dobrego warszawskiego gimnazjum, to nie jest liczba przesadzona, chociaż wystarczająca, aby wywołać niepokój lub przynajmniej debatę publiczną.

Konsekwentnie zmierzam do stwierdzenia, że wszyscy jesteśmy rodzicami galerianek. Podkreślam, że nie posądzam każdej gimnazjalistki o prostytucję. Abyście jednak zrozumieli, co mam na myśli, muszę napisać co rozumiem pod pojęciem rodzicielstwa. Otóż rodzicielstwo to dla mnie bezpośredni wkład w stworzenie jednostki ludzkiej, a w późniejszej fazie także wychowanie tej jednostki. Dziecko w pierwszej kolejności uczy się podpatrując. I widzi, że w życiu liczą się przede wszystkim pieniądze, które nigdy nie śmierdzą; że mężczyźni zrobią niemal wszystko o co poprosi półnaga kobieta i że nawet jeśli taka kobieta nie ma żadnego talentu, wystarczy gdy wypnie pupę i poudaje że jej się podoba. Tak tworzą się podwaliny systemu wartości i podświadomość. Kiedy przychodzi czas na wychowanie, mówimy dzieciom że niektóre zachowania są niedobre, ale albo sami robimy to, co okrzyknęliśmy złym, albo zdajemy się na telewizję, która utrwala  hedonistyczne postawy. I koło się zamyka.

Jestem ojcem galerianek. Wszystkich. Czytelniku (Czytelniczko), poczuwasz się do odpowiedzialności za te dziewczęta?