Archiwum kategorii ‘film’

Long time no see…

środa, 16 Wrzesień 2009

Tak, dawno się nie widzieliśmy. Nie zamierzam Wam tłumaczyć dlaczego. To w końcu mój blog, prawda? No dobrze, nie będę grubiański. Nie pisałem, bo nie było o czym. Czy może raczej w moim życiu artystycznym nie zdarzyło się nic, o czym musielibyście się dowiadywać z tego miejsca. Do dzisiaj.

Albowiem dzisiaj obejrzałem film Traitor (po polsku Zdrajca, gdyby ktoś pytał). Dla mnie była to bardziej opowieść o Bogu, niż o zdrajcach. A raczej o różnych sposobach rozumienia tzw. woli Bożej.  I wiecie co? Albo tem film mnie natchnął, albo gorączka, albo przyrodzome szaleństwo, a pewnie wszystko po trochu. Bo napisałem coś, co trudno nazwać inaczej, niż tyradą syna Lucyfera. Tak też to nazwałem.

Tirade of Lucifer’s Son (16th Sep ’09)

Heal me or kill me
I know you may do both
And do this one thing for me
Don’t prove me wrong
Do what must be done
Before the time
That has to come

Show your mercy
Or your anger
Because I know you as a great pretender
You see what they made me
It didn’t have to be that way
But you let it to be made
So you see what was our fate
It isn’t the matter of faith
Just of being honest
But you aren’t are you
I should ask all the goners

They owed you nothing
Except for fact of living
But who gives and takes away
Will face his shame
In the darkest hell

So where are you
Allah, Jehovah, the Almighty
You just sit somewhere and say „Alrighty”
Watching your children killing each other
Guess what
I knew you didn’t bother

Restrictions

czwartek, 30 Lipiec 2009

Zasadniczo dzielę filmy na dwie i pół kategorii. Filmy artystyczne,  rozrywkowe i rozrywkowo-artystyczne. O ile nie zakwalifikuje obrazu do pierwszej kategorii, jestem wyrozumiałym widzem. Bo widz, w odróżnieniu od krytyka filmowego, ma pełne prawo być wyrozumiały.

Kiedy zaczynałem oglądać Karmel Nadine Labaki myślałem, że będę musiał wykazać się właśnie wyrozumiałością. Ot, historia miłosna, której najmocniejszą stroną jest egzotyczna uroda aktorek. Nic bardziej mylnego. Wprawdzie już na początku było widać zderzenie konwenansów z kobiecą przewrotnością, ale nonszalancja głównej bohaterki (chociażby pokazanie języka policjantowi), dawała efekt nieco groteskowy.

Dopiero, gdy ukazano problemy moralne libańskich kobiet, odebrałem ten film głębiej.  Sytuacja kochanki w żadnej kulturze nie jest komfortowa.  Trudno jest mi jednak wskazać obszar, w którym ingerencja w prywatność kobiet i surowość oceny społecznej jest większa niż w krajach arabskich.

Nie znając filmów tego typu, nie zdajemy sobie sprawy z zakresu wolności osobistej jaką dysponujemy. W zestawieniu ze światem przedstawionym w Karmelu, polskie absurdy zdają się  mało absurdalne, roszczenia europejskich feministek okazują się błahe wobec niezręcznej sytuacji kobiety zmuszonej rekonstruować błonę dziewiczą w obronie godności, a może nawet życia.

Mówi się tyle o upadku moralności w zachodnich społeczeństwach, lecz czy moralność winna wynikać ze strachu przed napiętnowaniem, czy z praw naturalnych?

Pozwolę sobie jeszcze zwrócić uwagę na tytuł opisywanego filmu. Otóż, dobry tytuł nie ma prawa zdradzać założeń fabularnych dzieła do którego przylega. Wypada też jeżeli tytułowy motyw przebija się w treści utworu, ale nie jest zbyt mocno wyeksponowany. Łatwo tu jednak przesadzić w drugą stronę. W Tataraku Wajdy prawie nie było widać tataraku. Młoda reżyser, dla odmiany, osiągnęła złoty środek. Parafrazując teoretyków literatury Każdy film artystyczny powinien mieć swój karmel.

Debiut reżyserski Labaki zestawia się z twórczością Almodowara. Tego rodzaju porównania zostawmy jednak krytykom, pamiętając że w sztuce wszystko już było i nie sposób dziś znaleźć dzieło zupełnie niepodobne do innych. Warto skupić się na tym czy polecilibyśmy komuś dany „kawałek sztuki”, zamiast kopiować często przeintelektualizowany bełkot znawców. Jeśli zapytacie mnie, czy warto zobaczyć Karmel, bez wahania odpowiem twierdząco.

Marathon

piątek, 24 Lipiec 2009

W ciągu ostatnich 72 godzin obejrzałem w kinie trzy filmy. Tak się ciekawie złożyło, że wszystkie te obrazy były ekranizacjami tekstów literackich. O dziwo, najlepszym z nich okazały się Anioły i demony na motywach powieści Browna. O dziwo, bo konkurencja była nie byle jaka. Były to mianowicie Tatarak Wajdy inspirowany opowiadaniem Jarosława Iwaszkiewicza, oraz Harry Potter i Półkrwi Książę.

Dlaczego akurat film Rona Howarda był najlepszy? Ukażę to punktując wady jego konkurentów.  Jedyny polski film w stawce wzbudził mieszane uczucia. Szczegóły z ostatnich kilku tygodni życia Jandy z jej mężem, Edwardem Kłośińskim wmieszane w historię fabularną miały ze sobą najwyżej dwa wspólne mianowniki: chorobę Pani Marty i śmierć Bogusia.  Ostatecznie nie do końca wiadomo o czym w ogóle mowa. Miałem wręcz wrażenie, że aktorka pokroju Jandy posunęła się do sprzedawania własnego cierpienia.

I myślałbym pewnie, że lepiej byłoby gdyby reżyser nie czekał na tę właśnie aktorkę, lecz powierzył rolę doktorowej komu innemu. Myślałbym tak, gdyby nie słowa wstępu do filmu wygłoszone przez prowadzącego bialskie spotkania filmowe. Stwierdził on bowiem, że najbardziej sławnemu polskiemu reżyserowi całkiem słusznie zarzuca się przekłamywanie historii. Mniej więcej w połowie seansu pojawiło się w moich myślach zdanie, że artysta nigdy nie kłamie, lecz może używać fikcji, aby pokazać ogólną prawdę, będące parafrazą słów jakiegoś autorytetu z dziedziny szeroko pojętej sztuki. Pomyślałem sobie także, że ekranizacji tekstów literackich może ponadto dotyczyć prawidłowość właściwa ich przekładom, mianowicie: piękne nie są wierne, wierne nie są piękne. Bez wątpienia Tatarak promował jakieś wyższe wartości, jednak – jak na mój gust – ukryto je zbyt głęboko. Stąd też moje ambiwalentne odczucia.

Przypadek najnowszej kinowej adaptacji przygód młodego czarodzieja ukazuje natomiast, że nie wystarczy dobrze opowiedziana historia, aby zrobić warty obejrzenia film. Przed seansem, który rozpoczął się już dzisiaj, bo o godzinie 00:01 miałem przyjemność udzielić wywiadu bliżej nieokreślonym dżentelmenom z kamerą. Zapytany, czego spodziewam się po filmie, odpowiedziałem, że spodziewam się pazura, mrocznej atmosfery, która ewidentnie emanuje z szóstego tomu serii o Harrym Potterze. Takie oczekiwania, wzbudził zresztą zwiastun, który, jak śmiem twierdzić, objął niemal wszystkie ciekawe momenty filmu. Na potwierdzenie tych słów i, aby ułatwić ustosunkowanie się do sprawy w domowym zaciszu już po obejrzeniu Księcia, zamieszczam zwiastun filmu emitowany w polskich kinach.

Przyznacie chyba, że mieliśmy prawo oczekiwać obrazu, który mógłby nawet przestraszyć osobniki o słabszych nerwach. Yates zamiast tego zaserwował pseudokomedyjkę kostiumową, nudną niemal zawsze, gdy braknie podtekstów. A tych jest całkiem sporo jak na film dla młodzieży. Pominę już nieścisłości fabularne, które były widoczne nawet dla kogoś kto książkę przeczytał zaraz po jej wydaniu w Polsce, ale nie biły po oczach. Poza tym pamiętajmy o pięknie i wierności.

Obiektywnie mierny poziom filmu jako całości dziwi zwłaszcza, że za reżyserię poprzedniej części – którą to część wspominam znacznie lepiej niż tę opisywaną obecnie – odpowiada ten sam człowiek. Czyżby poszedł na łatwiznę?

Na koniec przyszła pora na kilka słów o najlepszej z wspomnianych dziś produkcji. Nie czytałem jej literackiego pierwowzoru, ale już scena niszczenia pierścienia rybaka po śmierci papieża, otwierająca film, sprawia bardzo dobre wrażenie. W zasadzie możnaby na tym zakończyć mówienie o Aniołach i demonach. Warto jednak pochwalić konsekwentne prowadzenie widza po fałszywym tropie, aby ostatecznie go zaskoczyć. Widać tu wyraźny postęp od czasu Kodu da Vinci, w którym stosunkowo szybko można było się domyślić kto jest potomkiem, czy raczej potomkinią Chrystusa.

Co może razić, to nadzwyczajna zręczność i przebiegłość zabójcy. Mniemam jednak, że ma to swoje źródło już w tekście powieści.

O czym świadczy zaskakująca nierówność przedstawionych przeze mnie filmów? O tym, że w kinie nie ma nic pewnego. Dobrego filmu nie gwarantują ani uznane nazwiska jego twórców, ani najlepsze ich chęci, ani nawet dobrze napisana książka będąca dla nich bazą. Co ciekawsze, przekładając kontrowersyjną książkę na język filmu udaje się czasem – choć stosunkowo rzadko – wyeksponować coś, poza samą kontrowersją.

Le choc pour le choc

piątek, 17 Lipiec 2009

Nie jest dla mnie nowością, że aby zaistnieć w popkulturze należy podziałać na odbiorcę feerią barw, doznań czy czegokolwiek. Właśnie wróciłem z pierwszego w moim mieście seansu Wojny polsko-ruskiej i postanowiłem podzielić się swoimi przemyśleniami na temat tegoż obrazu.

Byłem niezmiernie ciekaw, kim i czym bezustannie zachwycał się Robert Leszczyński w pierwszej edycji Idola (tak, kiedy emitowano ten program, chłonąłem jeszcze popkulturę całym sobą). W kinie obejrzałem właśnie coś, co jest stuprocentowo zgodne z kanonem popkultury właśnie, który streścić można w jednym bezokoliczniku szokować!

Moje uprzedzenie do tego filmu, wynika z niechęci do groteski. Jest to, w moim przekonaniu, konwencja, która wymaga efekciarskich środków. I taka właśnie była Wojna polsko-ruska. Ot, niewinne połącznie Matriksa, Requiem dla snu Bruce’a wszechmogącego, gdzie Szyc (Silny) to jednocześnie Neo i Harry, zaś Masłowska to taki Morgan Freeman (Bóg) w spódnicy.

Czy mam cokolwiek przeciwko wymienionym filmom? Zasadniczo uważam, że były na swój sposób nowatorskie. No właśnie były, odpowiednio  w latach 1999, 2001 i 2003. Serwowanie podobnej mikstury w roku pańskim dwa tysiące dziewiątym jest dla mnie cokolwiek niezrozumiałe.

Mój brat jest zdania, że film jest, jak na polskie warunki, wykonany bardzo dobrze i trudno się z tym nie zgodzić. Fabuła gdzieś się rozmywa. ale całość przyciąga oko, a chyba o to chodziło.

Kolejną zaletą obrazu jest jego sugestywność. Tę cechę cenię najbardziej. O ile na przykład Juno nie był filmem pretensjonalnym, o tyle ostatnia rzeczą, którą miałem ochotę zobaczyć były narządy płciowe Szyca. Niestety zobaczyłem je kilkakrotnie, co wydało mi się aż nazbyt dosłowne. Mniemam jednak, że to ukłon w stronę żeńskiej części publiczności.

Ponadto, mam wrażenie, że purytańskiej Polsce, trzeba od czasu do czasu filmów na miarę Requiem dla snu. Może w końcu zrozumiemy skąd biorą się narkomani. Dotrze do nas, że za doznaniami można podążać tak uparcie, aby ostatecznie je wypaczyć. Bo czy Siwy, który w gruncie rzeczy szukał dla siebie miejsca poza szeregiem niewolników, nie mógł istnieć naprawdę? Mniemam, że znalazłoby się conajmniej kilku takich jak on.

Mam nieodparte wrażenie, że film ten powstał głównie po to, aby wzbudzić nową falę zainteresowania powieścią Masłowskiej. Publika to kupi. Bo publika od wieków pragnie chleba i igrzysk. Jeżeli wyżej wymieniona książka jest w połowie tak zakręcona jak jej filmowa adaptacja to:

a) boję się po nią sięgać;

b) zamiast pierwszą polską powieścią dresiarską, należy ją nazywać pierwszą polską powieścią ćpuńską.

Infinity of the ends

piątek, 15 Maj 2009

Nawet gdybym nie napisał tego wiersza wczoraj, zrobiłbym to dzisiaj. Wczoraj po raz drugi obejrzałem V jak Vendeta, dzisiaj zaś finał ósmego sezonu Smallville. Wiem, że długość tego serialu kojarzy się Wam pewnie z Modą na sukces, ale lubię go, mimo tego, że wielu twierdzi, że już dawno powinien się skończyć. Ja jestem nawet zdolny przymknąć oko na cały zamęt jaki wprowadza ów serial do uniwersum komiksowego. Do rzeczy jednak: V znowu skłonił mnie do przemyśleń związanych z ludzkim życiem, a konkretniej postrzeganiem jego kolejnych etapów. Co ma do tego Smallville? Mówiąc szczerze: jedną frazę, mianowicie:

Clark Kent is dead.

Wypowiadaną przez samego Kenta. Scenarzystom Smallville chodziło zatem po głowach to, co i mnie. Najwyższa jednak pora by proza ustąpiła pola poezji

(…) (14.5.2009)

Po to umarłem
By narodzić się na nowo
Jak to kiedyś pisałem
„Z trochę mniej człowieczą głową”

Pierwsza śmierć
Jest końcem Ciebie jakiego znasz
Mówią że odpada z Ciebie ćwierć
Lecz Ty cały przemijasz
Mimo że się jeszcze wczoraj śniła
Ta która życiem Ci była

Umierasz więcej niż raz
Mało kto ginie tylko dwukrotnie
Choć zewnętrznie pozostaje żywy
Reaguje gdy ktoś go dotknie

Lecz nie jest już
Tym samym człowiekiem
Słowa zmieniające znaczenia
Są trumny jego wiekiem

Inne reakcje
Dziwne myśli konotacje
Ciało to zbyt mało
Żeby to myślące coś
Człowiekiem pozostało

Patrz i widź
Jak konam ja
Jak umierasz Ty
Jak rodzą się oni
Choć to nasze line papilarne
Znajdą u ich dłoni

Cudze chwalicie? Takie samo jest jak Wasze

sobota, 20 Wrzesień 2008

Jeśli ktoś mnie choć trochę zna, wie, że oglądam niemało amerykańskich seriali. Robię to tym chętniej im bardziej podoba mi się któraś z aktorek, że zaś Amerykanie mają talent do wynajdywania tych najpiękniejszych to się trochę tego nazbierało. Mógłbym sobie do tego dorobić jakąś zgrabną filozofię (jak to często czynią za oceanem), ale pozwolę sobie zostać przy zgrabnych paniach.

By być uczciwym, muszę jednak coś przyznać. Ta myśl dojrzewała we mnie od wielu miesięcy. Ale żeby nie było tak łatwo to zacznę, za przeproszeniem, od tyłu. Zarzuca się polskim telenowelom (czy jak kto woli serialom), jednostajność i powielanie utartych schematów. Żaden rozsądny widz nie odważyłby się chyba z tym polemizować. Inna sprawa, że połowę naszych rodzimych produkcji pisała bądź nadal pisze jedna scenarzystka, co jest jakimś usprawiedliwieniem. Prawdziwy problem polega na tym, że amerykańskie seriale (skądinąd tak dobrze przez nas przyjmowane), różnią się od naszych dużo mniej niż myślicie. Przede wszystkim są zbiorczą emanacją wyobrażeń milionów amerykanów, ale po kolei:

- główni bohaterowie - zwykle geniusze, klony, albo inni kosmici, którzy odkrywając swoje nadnaturalne zdolności postanawiają działać dla dobra ludzkości, oczywiście tak, aby nikt się o tym nie dowiedział, bo jeszcze za dużo panienek im wskoczy do łóżka. ;) „Chlubnym” wyjątkiem (chociaż nie do końca wyjątkiem) jest tu postać Nancy Botwin z serii Weeds: matka dwóch dorastających chłopców, która zdesperowana śmiercią męża, zaczyna handlować trawką, aby nie dopuścić do pogorszenia się ich standardu życia

- główni złoczyńcy - szefowie/członkowie wielkich korporacji, którzy nie cofną się przed niczym, aby uczynić z naszych szlachetnych bohaterów swoje króliki doświadczalne lub wykorzystać ich do swoich niecnych celów. Czasem, o zgrozo, posługują się stróżami prawa, którzy uwaga, nie zawsze są skorumpowani

- wątki miłosne – istnieją, a jakże. Wybranką serca głównego bohatera okazuje się zawsze „dziewczyna z sąsiedztwa”. Ładna, miła, inteligentna, raczej nie gotowa na związek, ale kto by się tam oparł superbohaterowi? Sami bohaterowie są na ogół prawiczkami bez skazy, a mimo że mają przynajmniej 18 lat, przeżywają swoją pierwszą prawdziwą miłość. Żeby jednak nie było zbyt kolorowo, muszą ciągle wybierać pomiędzy szczęściem świata lub ewentualnie swojej najbliższej rodziny, a swoim własnym.

- sielanka, a właściwie jej brak. Kiedy tylko wydaje się, że wszystko w życiu naszych ulubionych postaci się poukładało, okazuje się, że coś się jednak psuje. Rozumiem, że wszystko, co opiera się na fabule, rządzi się swoimi prawami (szczególnie produkcje telewizyjne), ale nie miałbym nic przeciwko temu, żeby pooglądać przez 1 czy 2 odcinki jak ktoś, kto robi dla świata więcej niż ktokolwiek inny, jest w końcu szczęśliwy

- zakończenia sezonów – scenarzyści zawsze wiedzieli jak zakończyć nawet najnudniejszy sezon, tak aby przyciągnąć widzów na co najmniej dwa najbliższe odcinki. Ta prawda jest chyba wspólna dla wszystkich nacji.

Oczywiście, wszystkie te czynniki, trochę się różnią od tych występujących w naszych produkcjach, ale wynika to z odmiennej świadomości amerykanów spróbuję objaśnić różnice:

- amerykanie zawsze cenili wyjątkowość. Co więcej marzyli o kimś, kto pojawi się i rozwiąże wszystkie ich problemy. Jako młode społeczeństwo do dzisiaj mają skłonność do patetyzowania zarówno swojej historii jak też wszystkich opowiadań i przekazów. Podświadomie pragną superbohaterów, więc tworzą takie postacie.

- jak wyżej, przed kimś obdarzonym szczególnymi zdolnościami, nie można postawić zwykłych problemów, bo będzie za łatwo. Jest to też wynik popularności teorii spiskowych, które mówią najczęściej o tym, że świat jest sterowany przez obrzydliwie bogatych i potężnych ludzi

- ten czynnik (podobnie jak piękne panie) przyciąga rzesze młodocianych widzów, którzy często identyfikują się z problemami emocjonalnymi bohaterów, mimo że nie posiadają ich mocy. Scenarzyści zaś, najczęściej niezadowoleni z wczesnej inicjacji seksualnej swoich dzieci i ich rówieśników, podają im wzorce bohaterów, którzy szanują dziewictwo własne i swoich ukochanych

- za dużo sielanki = nuda = spadek oglądalności = mniejsze zyski

Powyższa równość jest również prawidłowa dla ostatniego punktu. Wydaje mi się, że udało mi się uzasadnić powyższą tezę. Jaka będzie konkluzja? Wszyscy jesteśmy hipokrytami. :P

Jednak mieszkam na wsi

środa, 23 Kwiecień 2008

Nad wstępem do tej recenzji zastanawiałem się już wczoraj. Miałem zamiar zacząć od tego, że nie spodziewałem się, aby dyrektor mojej szkoły (człowiek znany z konserwatywnych poglądów) zgodził się na to, abyśmy poszli na film, który zapewne według nadgorliwych promuje aktywność seksualną nastolatków.

Do rzeczy jednak. Od początku: czołówka. Zwykle ogranicza się ona do dużego napisu z tytułem filmu, a nazwiska odtwórców głównych ról są „wkomponowywane” w obraz. Twórcy Juno zaserwowali animację, która w zasadzie nic nie wnosi do filmu, a jeszcze okraszona jest piosenką, która szybko zaczyna irytować. Umieszczenie tego dziwnego tworu kilka minut po rozpoczęciu filmu trąci serialem.

Skoro zacząłem o muzyce, to powiem, że w dalszej części jest ona utrzymana w podobnym tonie, ale w jakiś dziwny sposób człowiek przyzwyczaja się do niej, a nawet stwierdza, że nadaje ona swoisty filmowi klimat. Na szczególne wyróżnienie zasługuje jednak piosenka końcowa, która odbiega od tego klimatu, ale bardzo przyjemnie się jej słucha

Komizm. Jak przystało na komedię, występuje. Trzeba go jednak podzielić na komizm sytuacyjny i słowny.Wartość pierwszego, znacznie przewyższa wartość drugiego, chociaż komizm słowny mógł się najzwyczajniej w świecie rozmywać przez totalnie beznadziejne tłumaczenie. Nie udało mi się zapamiętać żadnego naprawdę śmiesznego zdania, mimo że parę razy się uśmiechnąłem. Kolega miał podobne odczucia, a zwykle po naprawdę śmiesznych filmach, sypiemy cytatami przez co najmniej kilka dni.

Komizm sytuacyjny. Żeby ukazać, że istnieje, a jednocześnie nie zepsuć ewentualnego oglądania, przytoczę tylko scenę, w której Bleek smaruje uda antyperspirantem.

Realizm. Tutaj film wypada naprawdę nieźle. Po pierwsze, dialogi nie są na siłę cenzurowane. Po drugie, początek obfituje w kilka sugestywnych ujęć, które nie przekraczają granic dobrego smaku, a jednocześnie przemycają między wierszami pewną dawkę erotyzmu (vide spadające majtki Juno podczas retrospekcji stosunku). Po trzecie sylwetki bohaterów są wiarygodne. Juno – znudzona zwyczajnym życiem outsiderka; Bleek – nieporadny sportowiec; Leah (przyjaciółka Juno) – nastawiona typowo konsumpcyjnie laleczka.

Model rodziny w jakiej wychowała się Juno, także wydaje się być typowy dla USA: ojciec, który nie jest zachwycony wpadką córki, ale też nie wyciąga wobec niej żadnych konsekwencji z tego powodu; macocha, która nie pała do niej szczególną miłością, ale potrafi stanąć w jej obronie kiedy trzeba (USG) i przyrodnia siostra, z którą bohaterka nie czuje się szczególnie związana

Wypadałby w końcu nawiązać do tytułu. Otóż kino zafundowało nam dodatkową atrakcję w postaci gasnącego projektora. Stało się to wtedy, kiedy Juno miała poznać Marka i Venessę (obejrzycie to dowiecie się kto to). Obsługa kina otrzymała brawa. Jak długo żyję, nie słyszałem o podobnym incydencie. Mógł on wpłynąć na mój odbiór filmu i trudno powiedzieć czy nie wpłynął. W żadnym większym mieście nie mogłoby się zdarzyć coś takiego

Mam mieszane uczucia. Film nie powala, ale też nie jest tragiczny. Jeżeli zamierzacie na niego pójść to nie będę Was odwodził od tego zamiaru, ale tylko jeżeli znacie angielski na tyle dobrze, żeby odpuścić sobie czytanie napisów. Nie jest to jednak film na miarę Supersamca, mimo że odtwórca roli Bleeka, grał tam jedną z głównych ról.

Technika pisania recenzji

wtorek, 22 Kwiecień 2008

Tytuł przypomina temat lekcji języka polskiego, ale treść tego wpisu ma z nim w zasadzie tyle wspólnego, że faktycznie jest to artykuł podejmujący zagadnienia czysto teoretyczne. Postanowiłem odnieść się do komentarzy pod recenzją poniżej, a wybrałem ten sposób, bo jest bardziej widoczny.

Otóż, nigdy nie twierdziłem, że nie potrafię pisać recenzji. Przyznałem się tylko do braku doświadczenia w tej materii. Zdarza mi się czasem napisać coś zgrabnego, ale muszę mieć o tym pojęcie wykraczające poza wiedzę elementarną.

Filmy oglądamy wszyscy, jeśli nie w telewizji, to w kinie, jeśli nie w kinie to na komputerze. Gdziekolwiek byśmy je oglądali, to oglądamy je od dziecka, więc zakładając, że oglądamy jeden film tygodniowo (znam ludzi, którzy oglądają po kilka filmów dziennie, sam oglądam coś częściej niż raz na tydzień, ale takie założenie przyjąłem po pierwsze dlatego, aby wyłączyć z rachunku bzdurne seriale, a po drugie dlatego, żeby każdy indywidualnie i w łatwy sposób mógł moje szacunki odnieść do siebie choćby w przybliżeniu), po przeżyciu osiemnastu lat obejrzymy około 940 filmów, pomnożone przez 7 dni tygodnia, daje to 6570. Jeśli wyciągniemy z tego średnią daje to 3755 tytułów, które jako osiemnastolatek najpewniej obejrzałem.

Od kilku lat czuję się świadomym widzem. Toteż mój odbiór ruchomych obrazów nie ogranicza się do bezkrytycznego mówienia o nich. Nawet jeśli ogólne wrażenie było dobre. Po co te wszystkie obliczenia? Ano po to, żeby zestawić „doświadczenie” kinomana z doświadczeniem fantasty. Liczba przeczytanych przeze mnie książek o tej tematyce, z pewnością nie przekracza 20, w parę crpgów się grało, ale te, które udało mi się przejść od początku do końca, mogę chyba policzyć na palcach jednej ręki. Dlatego, mimo że pochlebia mi zaproszenie do ekipy Wrót Wyobraźni wystosowane przez Frosta jakiś czas temu, nie czuję się osobą kompetentną, aby z takiego zaproszenia skorzystać. Dla niewtajemniczonych, Frost zlecił mi jako wprawkę i próbę napisanie recenzji serii Final Fantasy, ale nie sprostałem minimum formalnemu, jakie przede mną postawił. Po części dlatego, że w całości przeszedłem tylko siódmą i ósmą część serii, a w wiele innych nawet nie grałem. Nie bez znaczenia był tu też z pewnością mój sentyment do tych gier, który utrudniałby mi napisanie o nich czegoś złego.

Jutro idę z klasą na film Juno, więc o ile znajdę czas, podzielę się wrażeniami. ;) Aha, Frost, mam nadzieję, że nie zdradziłem żadnej tajemnicy? :roll:

Papież-playboy

niedziela, 13 Kwiecień 2008

Wbrew tytułowi, nie umiejscowię Benedykta XVI w środku wyuzdanej seksafery :P Jakiś czas temu wróciłem z seansu Nie kłam kochanie w miejscowym kinie i mówiąc szczerze nie jestem zawiedziony. Aż trudno uwierzyć, że autorka tak topornych dialogów, z jakimi mamy do czynienia chociażby w M jak Miłość, napisała coś tak świeżego i na czasie. Ale cóż, za produkcje kinowe lepiej płacą ;)

Teraz coś o obsadzie. Bardzo przyjemnie ogląda się Martę Żmudę Trzebiatowską w głównej kobiecej roli. Martwi mnie tylko to, że reżyserowie tak zaborczo pragną ją mieć w co drugiej produkcji. Oczywiście, to bardzo dobrze, bo ta pani ma urodę tak nienachalną, że można by ją oglądać codziennie. Problem polega na tym, że nie dalej niż za rok, pojawi się jakaś nowa pani, a koleżanka Marta pójdzie w odstawkę tylko dlatego, że przestała być trendy, albo miała zbyt mało znajomości.

Beata Tyszkiewicz – w życiu bym nie powiedział, że pierwsza dama polskiego kina, współczesny arbiter elegancji zgodzi się zagrać podstarzałą hipokrytkę, która mało, że lubi zajrzeć do kieliszka to jeszcze przegrywa w kasynie niewyobrażalną fortunę. Jak się za chwilę okaże, nie jest to najbardziej niestosowna rola w filmie

Piotr Adamczyk – rozumiem, że ktoś, kto nie tak dawno grał papieża, a nie czuje się w żadnej mierze świętym, a nawet chyba nie jest ojcem, chce się uwolnić od tego wizerunku, czy udowodnić swoją wszechstronność. Ale Fryderyk Chopin i wspomniany już Jan Paweł II z jednej strony i zubożały playboy z drugiej to trochę inna liga. Trzeba było aż tak? Nie wystarczyła rola Kornela w Testosteronie? Prawdę mówiąc byłem nieco zdziwiony widząc na sali kilkoro całkowicie siwych ludzi. Wszak większość z nich utożsamia aktorów z granymi przez nich postaciami. Gdyby się zanadto oburzyli widząc kim został ich „papież”, mogłoby to mieć kolosalne (, a nawet letalne) konsekwencje.

Sławomir Orzechowski – ta rola była jak najbardziej na miejscu. Aktor kojarzony z postaciami gangsterów potrafił się „poniżyć” i zagrać pantoflarza. Pantoflarza, który nie godzi się jednak ze sztucznością kreowaną przez jego żonę i podczas całego filmu wypowiada bodaj tylko jedną kwestię: „Dajcie wy mi wszyscy święty spokój”. Piotrek ucz się od filmowego taty ;]

Lech Wałęsa i Grzegorz Halama – pojawienie pierwszego jest więcej niż zaskakujące, zwłaszcza że następuje na końcu filmu i ciężko to uznać za reklamę dla filmu. Scenę z Halamą można porównać z epizodem u Wojewódzkiego w Testosteronie, śmieszny akcent, chociaż nie tak błyskotliwy, jak „Alicjo, w jaką miłość wierzysz?” Wojewódzkiego

Ogólnie film dobrze odmalowuje mentalność tzw. Warszawki, a także sposób myślenia i działania ludzi, którzy przyzwyczajeni do pewnego standardu życia, tracą grunt pod nogami w momencie zachwiania płynności finansowej. Kończy się tylko zbyt szczęśliwie, żeby skłonić do refleksji. Ale w końcu to komedia romantyczna.

A, jeszcze kilka słów o piosence promującej tę produkcję. Jest to zdecydowanie najsłabsza jej strona. Tekst pisała bodajże nawet Ania Dąbrowska, ale czy musiano go powierzyć Flincie i Zagrobelnemu? A przepraszam, ten pan ze swoją „Nieprawdą” (czy jak tam to szło) jest teraz bożyszczem nastolatek. :roll: I tym sposobem tekst mojej ulubionej polskiej wokalistki z kręgów niehip-hopowych ma szanse stać się większym obciachem niż Rubik…

Świątecznie…?

niedziela, 23 Grudzień 2007

Poprawiam rekordy w nie pisaniu tutaj, nie dlatego że taka jest moja intencja, tylko dlatego, że nie chce pisać dla samego pisania. Nie piszę tu też szczególnie dlatego, żeby złożyć Wam życzenia, ale skoro już taka pora: Wszystkiego najlepszego i Szczęśliwego Nowego Roku. Bo nie liczy się forma, tylko treść, co zresztą zawsze podkreślam. Ale prawdziwy powód, dla którego tutaj piszę jest taki, że w końcu napisałem coś co wreszcie nadaje do publikacji. A to pod wpływem filmu V jak Vendetta. Ten tworek dedykuje dwóm osobom. Pośmiertnie Jackowi Kaczmarskiemu (oby jego idee żyły wiecznie) i bratu Maćkowi, dzięki któremu V obejrzałem. Nawiasem mówiąc film polecam każdemu:

I jak Idea (23.12.2007)

Możesz mnie zabić
Wiem, że ma śmierć nie pójdzie na marne
Zanim pistolet zdążysz nabić
Ta fala kraj ogarnie

Bo żyję po coś więcej niż po to żeby zginąć
Jednak wiem i akceptuję że każdy winien przeminąć
Nieistotne czy to wcześniej czy później
Na koniec każdy w swoją stronę pójdzie

Daj mi tylko spełnić przeznaczenie
A nadam imieniu memu wieczne brzmienie
Obudzę ideę, która gdzieś w nim drzemie
Ja wydam ostatnie tchnienie
Idea zostanie
Nawet kiedy spamiętać mnie nie będą w stanie
Bo idea jest kuloodporna…