Archiwum kategorii ‘hip-hop’

Never say forever

środa, 20 Kwiecień 2011

Dwa dni temu nawiązałem początkowo ostrą polemikę z serdeczną koleżanką odnośnie stwierdzeń i obietnic zawierających określenia czasu nieokreślonego. Gdyby ktoś miał wątpliwości o czym mówię, chodzi mi o nigdy, zawsze i na pewno.

Niezbyt często zgadzam się z moim tatą, ale udało mu się skutecznie nauczyć mnie, że obietnica jest świętością. Zawsze. Zdarza się tak, że nie da się jej dotrzymać i nie ma sensu się z tego powodu katować. Jak jednak stwierdzić, czy można sobie takie niedotrzymanie wybaczyć?

Recepta jest jedna, za to składa się z dwóch kroków. Po pierwsze: trzeba wiedzieć co się obiecuje i na tym się dzisiaj skoncentrujemy. Po drugie, trzeba zrobić absolutnie wszystko, co jest w naszej mocy, aby tej obietnicy dotrzymać. Nie po to, żeby nikt nam nie mógł niczego zarzucić. Po to, żebyśmy nie musieli się usprawiedliwiać przed sobą. Wiem, potrafimy to doskonale, ale jeśli zaczynamy, to najlepszy dowód, że coś nam nie wyszło.

Wracając do dzisiejszego tematu w rozmowie z Asią padły słowa w rodzaju kiedy budujesz most nie zakładasz, że się on załamie. Możesz więc stwierdzić, że na pewno się nie załamie. I tu jest podstawowa różnica w naszym postrzeganiu. Gdyby rzeczony most się zawalił w godzinach szczytu powodując zgon setek osób, jak miałbym spojrzeć w oczy rodzinom ofiar skoro zapewniałem wszystkich w koło, że most mojej konstrukcji na pewno, ale to na pewno (!) się nie zawali? Będąc budowniczym powiedziałbym raczej: Skonstruowałem ów most najlepiej jak mogłem. Na tyle na ile mi wiadomo nie powinien się zawalić. Różnica subtelna, ale dla mnie kluczowa.

Ergo, nie powiem żadnej kobiecie zawsze będę Cię kochał, bo zawsze to zawsze i, wbrew temu, do czego usiłowała mnie przekonać Asia, nawet najgorsze przewinienie ze strony takiej niewiasty, nie zwolniłoby mnie z obietnicy kochania jej. Czy to znaczy, że moja miłość będzie mniejsza niż gdybym nie wzdragał się przed użyciem zawsze? Wprost przeciwnie. To znaczy, że szanuję każde wymawiane słowo, a nie wymawiając słów pochopnie, okazuję szacunek rozmówcy.

Koncept szacunku do słów i obietnic, które niosą, nie został zresztą całkowicie zapomniany. Eldo nagrał o tym świetny utwór.

Nasir the Great

środa, 23 Marzec 2011

W duchu dzielenia się z Wami swoimi tłumaczeniami, dzisiaj zaprezentuję Wam polską wersję pseudo-biografii Nasa z defjamrecords, Wersja, którą za chwilę ujrzycie uwzględnia poprawki zasugerowane przez mgr Popławską (albowiem była to praca zaliczeniowa z przedmiotu Podstawy tłumaczeń pisemnych). Tekst wybrałem wymagający, więc co się przy nim napociłem to moje. Skomponowanie go w kształcie zbliżonym do poniższego (ponieważ nie wymagał on wielu poprawek) zajęło mi dobre kilka godzin, ale towarzyszył mi przy tym jeden ze wzmiankowanych w nim utworów, mianowicie

Swoją drogą dlaczego na yt wszystko jest w 720p, tylko nie takie klasyki? :roll: Dobra, bo już mocno przynudzam:

O Nasie i kondycji hip-hopu

W ostatnich latach zarówno krytycy, fani, jak i sami artyści narzekali na rosnącą popularność hip-hopu. Muzyka ta odniosła komercyjny sukces, stała się głosem pokolenia i zyskała ogólnoświatowe uznanie. Mogłoby się wydawać, że to same pozytywne efekty, jednak pomimo zróżnicowanej publiczności, wykonawcy nie są już tak bardzo różnorodni. Jak często czytamy taką biografię: „wspomniany raper dorastał na ulicy, żeby związać koniec z końcem handlował narkotykami, został postrzelony, potraktował to jak życiową lekcję i dla odmiany zajął się muzyką”? Jak długo jeszcze będziemy słuchać o rozmiarach felg, cukierkowych lakierach, dużych tyłkach i sprzedawaniu dużych ilości narkotyków? Ile jeszcze rapowych teledysków powstanie przy basenach wypełnionych półnagimi kobietami? Hip-hop może poderwać do tańca, to oczywiste, ale czy może też zachęcić do myślenia? Co się stało z czasami raperów o niebanalnych osobowościach, popisujących się oryginalnym stylem? Czy hip-hop stał się swoją własną parodią?

Takie oto pytania stawia Nas na swoim albumie pod tytułem „Hip-hop is dead” Któż, jeśli nie, on, człowiek uznawany przez wielu za jednego z pięciu raperów wszechczasów, miałby podgrzać te dyskusje? Jego wszechstronne zdolności takie jak gawędziarstwo, żyłka moralizatorska[1], sprawianie, że chce się tańczyć, ale też uważnie patrzeć na świat, były widoczne już na jego genialnym debiutanckim krążku „Illmatic”, z 1994 roku i następnym[2] albumie „It was written”, który jako pierwszy przedostał się do głównego nurtu, czy też w takich przebojach jak „Hate me now”, „One mic”, czy „Either” – w którym raper prezentuje jadowitą lirykę. Wspomniane umiejętności charakteryzują prawdziwie legendarnego MC[3].

Choć Nas, jak każdy, woli przyjemniejsze aspekty życia, nie ucieka w swoich tekstach  od takich tematów jak miłość, poszerzanie swoich możliwości, waga edukacji, czy bycia zorientowanym w bieżących wydarzeniach. Muzycznie, artysta również zdumiewa wszechstronnością: współpracuje z DJ-em Premierem, rapuje na podkładzie w stylu R&B wyprodukowanym przez Trackmasters, czy wraz ze swoim tatą, Olu Darą, sięga do jazzu. Nas ma nadzieję, że nowa generacja raperów ukształtuje się właśnie w duchu różnorodności artystycznej.

- Jest tylu raperów sprzedających kokainę i tak zwanych „czarnuchów handlujących prochami”. – mówi Nas z irytacja – Zastanawiam się gdzie wy to wszystko sprzedajecie? Ludzie nie wiedzą, że jest tak wiele innych rzeczy, o których można mówić.

Skupmy się teraz na albumie „Hip-hop is dead”.  Forma siódmego albumu studyjnego Nasa jest nieco prześmiewcza, ale pozwala mu objaśnić swój pogląd na stan ukochanego przezeń hip-hopu. Zjadliwy utwór tytułowy, wyprodukowany przez Will.i.ama, przenosi słuchacza w świat rodem z najgorszego koszmaru Nasa – świat, w którym hip-hop został zmieciony z powierzchni ziemi. Utwór ten stanowi oskarżenie i przestrogę dla wszystkich wytwórni, DJ-ów i fanów, którzy popadli w samozadowolenie i nie podejmują wyzwań formalnych, jakie stawia przed nimi sztuka. W inspirowanym muzyką jazzową „Can’t forget about you”, również wyprodukowanym przez Will.i.ama, Nas snuje wspomnienia związane z miłością do hip-hopu. Nie prawi przy tym morałów, ani nie jest znużony. Jak mówi,piosenka ta ma w sobie sampel z klasycznego utworu Nata Kinga Cole’a pt. „Unforgettable”, który zainspirował go ze względu na swój ponadczasowy przekaz.

- Znają go ludzie, którzy mają po 70, 80 lat. – mówi – Teraz mogą go także poznać siedmioletnie dzieciaki i to mi pasowało. To było coś wielkiego.

Nas połączył także siły z pionierami hip-hopu z zachodniego wybrzeża. Na potrzeby „QB OG” współpracował ze swoim kolegą z zespołu The Firm, Dr. Dre, a także nagrał utwór ze wschodzącą gwiazdą tego rejonu, The Game’em. Łącząc styl charakterystyczny dla Queens, z tym właściwym dla Campton, głosy Nasa i Game’a pasują do siebie tak dobrze, że można byłoby powiedzieć, że nagrywają razem od lat. W „Play on player” zastajemy Nasa rapującego u boku Snoop Dogga do melodyjnego podkładu autorstwa Scotta Storcha w zrelaksowanym, kalifornijskim stylu.

- Chciałem zrobić coś, co bardzo wyraźnie zbliży wschodnie wybrzeże do zachodniego. Wspólny kawałek ze Snoopem był właśnie taką rzeczą. Nagrałem go również dlatego, że chciałem spróbować czegoś skrajnie innego niż to, co robiłem do tej pory, nagrać coś, czego nigdy wcześniej nie nagrałem, chociaż tego chciałem.

Jednym z najbardziej oczekiwanych i głośnych utworów z tego albumu jest „Black Republican”, pierwszy w karierze Nasa utwór nagrany z Jay’em Z, jego dawnym przeciwnikiem. Podkład do tego podniosłego i kategorycznego przeboju stworzył L.E.S, jeden z producentów,  z którymi Nas pracuje od lat. Jako całość spełnił on wszystkie oczekiwania fanów.

- Wiecie, to jak walka Aliego z Frazierem, jak walka Aliego z Foremanem, jak walka dwóch Alich” – powiedział Nas z uśmiechem o współpracy z Jay’em.

Nagrywając album „Hip-hop is dead”, Nas po raz kolejny zakwestionował utarte schematy muzyczne, eksperymentował z producentami o skrajnie różnych stylach, a także współpracował  z artystami, z którymi do tej pory nie zdarzyło mu się nagrywać. W „Black Republican” wcielił się w postać czarnego bojownika, w „Can’t forget about you” portretował  sentymentalnego mędrca, zaś w „Let there be light”, wyprodukowanym przez Kanyego Westa – inspirującego nauczyciela. To wszystko nie przeszkadza mówić mu (w utworze „Hip-hop is dead”) o seksie z wydepilowanymi ciziami[4]. Niektórzy zarzucają mu brak jednolitego pomysłu na płytę, ale tak naprawdę Nas pokazuje jak bardzo różnorodny może być rap, a także udowadnia, że hip-hop ma się całkiem dobrze.


[1] W subkulturze hip-hopowej (zwłaszcza w USA) dydaktyczna rola raperów sprowadza się przeważnie do ukazania młodzieży alternatywy dla zdemoralizowanego trybu życia.

[2] Ta informacja nie wynika bezpośrednio z tekstu źródłowego, niemniej jest sprawdzona.

[3] Ekwiwalent amerykańskiego słowa „emcee” funkcjonujący zarówno w języku polskim, jak i angielskim.

[4] Por.  hasło Brazilian w„Wazzup? Słownik slangu i potocznej angielszczyzny”, Kraków 2009 i http://rapgenius.com/47887 prezentujący szerszy kontekst dla wyrażenia „Get down with Brazilian dimes”.

Swoją drogą początkowy brak pomysłu jak zgrabnie oddać Brazilian dime w naszym języku niemal zmusił mnie do zmiany tłumaczonego tekstu. ;) Dodając łyżkę dziegciu do beczki miodu, Ten Typ Mes postanowił wyrazić dzisiaj prozą frustrację środowiska spowodowaną odejściem z tego świata innej ikony amerykańskiego hip-hopu, Nate Dogga. Spoczywaj w pokoju, Nathanielu!

Cockney’s right!

piątek, 17 Wrzesień 2010

Długo zastanawiałem się jak zatytułować ten wpis, bo jak stwierdził Abradab w jednym ze swoich utworów tytuł jest konieczny. Współcześnie słowo cockney oznacza stereotypowego mieszkańca londyńskiego East Endu, bądź też gwarę, którą się taki mieszkaniec posługuje. Pierwotnie jednak słowem tym określano rozpieszczone lub zepsute dziecko (za Reader’s Digest: The Origins of Words & Phrases). W tym właśnie znaczeniu użyłem wspomnianego sformułowania.

Chodzi mi konkretnie o jedno zepsute dziecko polskiej sceny hip-hopowej, mianowicie o Tedego. Ku swojemu zdziwieniu przyznałem mu całkowitą rację po raz pierwszy od wydania płyty 3H – Hajs Hajs Hajs, czyli od wczesnego roku 2003, W czym mu przyznałem rację? Zobaczcie sami.

Z jednej strony Tede prawi truizmy, których można się domyślić, czy przeczytać na rozmaitych portalach, bez konieczności nasłuchiwania Radia Maryja. Z drugiej jednak, jest pierwszym raperem, który odważył się wypowiedzieć na ten temat. Szkoda jedynie, że zrobił to prozą.

Nie wiem jak Wy, ale ja chętnie usłyszałbym diss na Belzebuba z Torunia, zwłaszcza że przeciąganie beefu z Peją niczego już raczej Tedzikowi nie przyniesie. Poza tym, gdyby w końcu wypowiedziano muzyczną krucjatę przeciwko Rydzykowi, Łona okazałby się autorem natchnionym, kiedy rapował:

Nie jest dobrze, ale nic to

Radio Maryja uratuje polski hip-hop!

Rozsierdził trueschoolowców, Ludzi Ulicy, czy odważy się rozsierdzić moherowe berety? Ciekawe jaka byłaby reakcja tzw. Środowiska, gdyby się odważył.

Agnostic Proclamation & jubilee

sobota, 17 Styczeń 2009

Kilka czynników skłoniło mnie do przemyśleń na temat religii. Celowo podkreślam, że nie mówię o wierze, a o sformalizowanych spojrzeniach na transcendencję. W związku z tym wszelkie posądzenia o ateizm są bezzasadne. Jeżeli w ogóle można będzie uznać ten tekst za jakikolwiek manifest, to niechże to będzie manifest teizmu agnostycznego.

Dlaczego określam to tak dokładnie? Ano dlatego, że rzadko zdarza się, aby moje poglądy mogła w pełni odzwierciedlić jakakolwiek definicja. W omawianym przypadku tak właśnie jest. Za wikipedią (z hasła Ateizm): Teizm agnostyczny stwierdza, że niemożliwe jest poznanie boga ani dowiedzenie jego egzystencji (lub jej braku), ale zachowuje teistyczną wiarę. Kryterium odróżniającym słaby ateizm od agnostycyzmu jest więc odrzucenie wiary. Uzewnętrzniam to wszystko teraz, bo w jakimś programie informacyjnym usłyszałem o sloganie reklamowym, który można zobaczyć na brytyjskich autobusach: Boga prawdopodobnie nie ma. Dlatego przestań się martwić i ciesz się życiem.

Ja nie jestem tak radykalny w swoich poglądach, chociaż dla wszystkich ortodoksów religijnych jestem z pewnością szatanem, a dla ateistów, tchórzem. Tak jednych, jak drugich zapewniam: to kwestia wyboru.

Kolejnym powodem do refleksji tego typu było odgrzebanie starego wywiadu z Eldoką, w którym wypowiada on następujące słowa: Jestem Muzułmaninem i forma, jaką ta religia przyjmuje, jest najbardziej adekwatna do tego, co ja czuję, jak powinno się traktować relację między człowiekiem a Bogiem. Nie potrzebuję żadnych pośredników. Wystarczy Święty Koran, ja i to, co myślę.

Nie wiem zbyt wiele o islamie, więc nie będę się kłócił przyjmowanymi przez tę religię formami traktowania relacji z Bogiem, ale zasadniczy problem polega na tym, że ekumenizm lansowany głównie przez kościół katolicki, gwarantuje innym wyznaniom tolerancję, nie zaś równoprawność. Trzeba tu nadmienić, że katoliccy duchowni podkreślają na każdym kroku, że tolerancja nie jest synonimem akceptacji. Funkcjonujące w świadomości zbiorowej przeświadczenie, że każdy dobry człowiek pójdzie do nieba jest raczej elementem folkloru ludowego niż którejkolwiek z religii. Radykalne modyfikowanie założeń którejkolwiek z nich, budzi oburzenie społeczności lokalnych, ale te same społeczności pozwalają na niewielkie, ich zdaniem, zmiany, byleby tylko pozostały ich suwerenami. A stąd już prosta droga do powstawania licznych, radykalnych odłamów lub, jak kto woli, pospolitych sekt.

Grzechem czynienia z zaświatów, sfery przeznaczonej wyłącznie dla wyznawców określonych nurtów, obciążone są jednak zbiorowe sumienia wszystkich istniejących kościołów. Zabawne lub tragiczne jest to, że religie monoteistyczne mają te same fundamenty, a różnice które dzieliły je przez tysiąclecia, w skali zbawienia są niuansami.

Dzisiejszy tekst jest setnym, więc pora na małe podsumowanie. Jako że i tak dziś się rozpisałem jak nigdy, będzie ono naprawdę krótkie. Otóż, dzisiaj przejrzałem zamieszczane tu notki i ze zgrozą stwierdziłem, że ich lwia część nie trzyma się kupy pod względem gramatycznym. Więcej grzechów nie pamiętam, za wszystkie serdecznie żałuję i obiecuję poprawę. ;)

Damned

czwartek, 4 Grudzień 2008

Za Blefem i Eldoką mówiąc

„Są takie wydarzenia, które tak z pozoru nieistotne, mogą stać się w mgnieniu oka mostem, gdzieś na drugą stronę, albo tylko w nicość, jest mi źle, nie mów rodzicom…”

Swoją drogą na solowej płycie Blefa, jest kilka smakowitych kąsków… Osobiście polecam utwory 6. (, z którego pochodzi zacytowany fragment), 11. i 14. Dobry jest też featuring Skubiego, ale nie pamiętam numeru, wybaczcie. W wielkim napięciu oczekuję też solówek Eldoki (już za osiem dni!) i Tego Typa Mesa. Ale wracając do wspólnego nagrania Emila i Leszka, mnie zawiodło dzisiaj w otchłanie potępienia, co zaowocowało mrocznym wierszem:

Przekleństwo (4.12.2008)

Przekleństwo przekleństwo przekleństwo
Na mą głowę
Przekleństwo
Którego nie zdejmie żadna spowiedź
Przekleństwo samotnego człowieczeństwa
Moja droga do szaleństwa
Szatańskiego błogosławieństwa

Czymże jest życie
Jeśli nie możesz go pędzić
W zachwycie
Zostaje tylko ględzić
Nużać się w beznadziei
Chociaż świat
Się ciągle śmieje
Mówili że po nocy dnieje
W moim świecie noc polarna
Tak naturalna
A zarazem fatalna

Zabija mnie forma
Niszczy pożądanie
Upodobanie w normach
Miałem pretensje do boskości
Marny człowiek w duszy gości
Zakochany w złożoności
Która jest mirażem
Fikcją za którą
Ktoś dostał gażę
O niczym już nie marzę
Nie potrafię
Nie obchodzi mnie nawet
Czy do piekła czy do nieba trafię
Ani kiedy to się stanie
Niechaj przyjdzie dzisiaj
Niechże zdejmie
Z mojej duszy liszaj
Wiem że proszę nadaremnie

Nigdy nie dał mi tego
O co prosiłem
Przestałem modlić się do Niego
Być może zbłądziłem
Teraz jestem Werterem bez pistoletu
Nie zasłużę nawet na fragment pamfletu
Bo sam o to prosiłem
Sam swoje życie
Uczyniłem zawiłem

“Diabeł na oknie” i interes życia

czwartek, 6 Wrzesień 2007

Dzisiejszy dzień spędziłem na rozkosznym nic-nie-robieniu. I szkoda, że Artur tak późno zapytał czy uczę się na geografię, bo mógłbym się wykuć i miałbym spokój z odpowiedziami przez pół do całego półrocza. Olać i tak sobie czytam i stwierdzam, że temat łatwy, więc może się jeszcze zgłoszę. Ostatnie dwa dni spędziłem na pisaniu opowiadania na konkurs Dekalog89+, doprawdy ciekawe przedsięwzięcie. Ciekawe czy coś zdziałam. Dzisiaj na  języku polskim odczytałem pierwszą zwrotkę „Diabła na oknie” z CKCUA Eldoki. Posłużyła mi ona za wyborną charakterystykę Mefistofelesa. Pewnie wywołany wyżej wymienionym tekstem Mefisto, podkusił mnie do sprzedania książki z biologii, kiedy okazała jeszcze potrzebna. Dzięki należą się Jewrykowi, który zasponsorował mi najbliższy miesiąc nauki tego przedmiotu, pożyczając książkę.

Swoją drogą, „Faust” wydaje mi się świetnym utworem „pre-fantasy”, chętnie go sobie łyknę kiedy kolejka książek do przeczytania znowu stopnieje. Nie wróże tego zbyt szybko niestety

Zdalnie

wtorek, 31 Lipiec 2007

Fakt, ostatnio więcej tu komentarzy niż prezentacji twórczości wyższej, ale zwyczajnie mam potrzebę odniesienia się do pewnych spraw. Wczoraj późnym wieczorem obejrzałem na TVNie jakąś powtórkę Kuby Wojewódzkiego. Doprawdy, tym razem „najmniejszemu z jurorów Idola”, jak go określił kiedyś Łona, towarzyszyło doborowe towarzystwo w osobach Iwana Komarenko i Marcina Millera (?), lidera grupy (, bo nie ośmielę się tego nazwać zespołem muzycznym) Boys. Dlaczego o tym piszę? Bo wiedząc kogo Kuba zaprosił obejrzałem program z ciekawością. Wiecie czego tak naprawdę chciałem się dowiedzieć? Czy to, że ci dwaj panowie przyjęli zaproszenie największego drapieżnika współczesnych mediów, było przejawem skrajnej odwagi czy skrajnej głupoty. i jak to Kuba ładnie określił „parcia na szkło”. Wyszło na to drugie, bo ofiarom Wojewódzkiego nie udało się zbudować sensownej linii obrony, co pozwoliło mu szczypać czepiając się słów. Co ciekawe Iwan powiedział, że szanuje Peję, bo udało mu się zrobić karierę. Widać, że Rosjanin nie oglądał „Blokersów”, gdzie Peja nagrywał nielegala w pokoju z pecetem, deckiem, mikrofonem powleczonym starą pończochą i łóżkiem. Niewielkie ma też nasz wschodni przyjaciel na temat sceny hip-hopowej w Polsce i tego, kto zrobił karierę.

U pana M.M ukłuło mnie, że człowiek ten uzurpuje sobie miano artysty. Ok, jeżeli dane sprzedaży płyt czy frekwencja na koncertach wskazują, że może mówić o sobie „gwiazda”, nie przyczepię się do tego, ale artyzmu nie ma w jego gwiazdorstwie za grosz i wydaje się, że prowadzący program był podobnego zdania, Miłą przeciwwagą dla obu megalomanów jest Ania Dąbrowska. Nienachalna, soulowa, uspokajająca, mimo że trafia do mas. Właśnie przesłuchałem jej ostatni album („Kilka historii na ten sam temat”) i jest to bodaj pierwszy wynalazek mojej siostry, którego nie wstydziłbym się pokazać na lastfm. Teksty poprawne językowo (nie jak „pytam się gwiazdy” Rubika) i skłaniające do refleksji (nie jak u Dody, Mandaryny czy innej Gosi Andrzejewicz). Naprawdę miła odskocznia od rapu. Polecam.

A na koniec odniesienie do tytułu, jest to pierwsza notka, którą napisałem bez użycia przeglądarki, mianowicie dzięki linuksowemu „Blog Entry Poster”

…, bo rzeczywistość trzeba komentować…

piątek, 29 Czerwiec 2007

Na świeżo kilka spostrzeżeń, które umknęły mi wczoraj lub pojawiły się dzisiaj… Pozwolę sobie ustosunkować się do komentarza Mera na temat nowej Morwy… Ciężko jest mi obiektywnie ocenić płytę składu, który robił kawał tłustego trueschoolu, a teraz serwuje coś w klimatach Liroya czy Molesty (wiesz, co mam na myśli? „To już dziesięć lat…” blablabla, po prostu na tej płycie nie było dla mnie nic nowego, a płyt retrospekcyjnych mamy już w Polsce kilka, mimo że staż kultury hip-hopowej jest raczej marny w porównaniu z tym amerykańskim. Trochę się boję, że za dwa-trzy lata już zupełnie nie będzie czego słuchać, bo na płytach będą gadki w stylu „Jestem świetny, bo nagrywam od piętnastu lat”

Dalej, Euro 2012. Miałem szczerą nadzieję, że to będzie bodziec, żeby coś się w tym dziwnym kraju zmieniło. I jakaś szansa dla tego śmiesznego rządu na częściową rehabilitację, ale co się okazało? Na staranie się o pieniądze z Unii Europejskiej jest już za późno, autor wczorajszego przeglądu prasy w „kawie czy herbacie” bardzo ładnie to podsumował mówiąc, że albo zapłacimy wyższe podatki, albo obejrzymy Euro z Włoch. Chyba każdy się ze mną zgodzi, że żadna możliwość nie jest satysfakcjonująca…

Wracając do współczesnej muzyki rozrywkowej, to paradoksalnie kierunek w jakim ta zmierza jest tak dziwnie niezaskakujący, że aż chce się to skomentować. Po komercyjnym sukcesie Piotra Rubika, którego utwory, mówiąc nawiasem, zakrawają dla mnie na kpinę (przynajmniej w warstwie tekstowej, bo to prawie poezja, ale prawie robi wielką różnicę), co widzę dziś w telewizji? Nagranie Leszczy (cóż za wyszukana nazwa, określająca zarazem ich pozycję na arenie dobrej muzyki), z solistką operową (bodajże Małgorzatą Walewską)… I o to mamy przykład jak machina show-biznesu przystawia sztuce do głowy rewolwer. Bo przez łączenie muzyki poważnej z rozrywkową powstaje miszmasz, który w znacznym stopniu degeneruje tę pierwszą i bezczelnie kłamie prostym ludziom, że się ukulturalniają… A dlaczego kłamie? Bo jeżeli kultura zejdzie poniżej pewnego poziomu, staje się popkulturą. Nędzną namiastką swojej starszej i zacniejszej siostry… Trochę się rozpisałem, więc zastanawiam się czy jeszcze męczyć Was wierszem… Chyba pozwolę Wam odpocząć…

Gdy sens jest, ale coś przyćmiewa jego blask

czwartek, 28 Czerwiec 2007

Dzisiejszy dzień był zaiste ciekawy, skonfigurowałem wifi, więc mam neta w całym domku. Kiedy po raz pierwszy usiłowałem zabezpieczyć tę sieć, zrobiłem to tak skutecznie, że sam nie mogłem się do niej podłączyć ( ^_^ ). W tej chwili testuję świeżutką Mor.w.ę, ale będąc na etapie piątego tracka stwierdzam, że, jak na Mor w.ę ten materiał jest zwyczajnie słaby… Dobra, koniec głupot, pora na dalszy ciąg cyklu:

Gdy się Słońce chmurzy (2.2.2006)

Gdy się Słońce chmurzy
Mnie się każda minuta dłuży
Każdy kilometr ciąży
i boję się i tak bardzo chcę zdążyć
Powiedzieć o tym
O czym myślę od niedzieli do soboty
Lecz słów nie starcza wszystkich
By przekazać te myśli
Wiesz nikt nie miał tego co sobie wyśnił

Marne są słowa wobec potęgi uczuć co mną targają
Ludzie w moje oczy spoglądają
lecz nie mogę wychwycić tego ważnego spojrzenia
które sprawia że jeszcze krystalizuję wszystkie te uniesinia
Tak bliskie duszy lecz tak dalekie ciału
więc nic już nie mów, dziś nie zniosę banału
pozwól spojrzeć oczyma wyobraźni
Może sama zaśnij
I wsłuchaj się w mój głos
Spójrz w moje oczy
Powiedz mi co boli
a potem przytul mocno wedle swojej woli
i zrozum że chcę towarzyszyć Twojej doli

Joka, fanka i “gwałt”

czwartek, 24 Maj 2007

Media bombardują nas doniesieniami o gwałcie, którego miał się dopuścić na fance… Cała sprawa wydaje mi się chora. O ile winie Joki nie da się zaprzeczyć, o tyle można ją usprawiedliwić chociażby upojeniem alkoholowym… Nie rozumiem natomiast czego mogła oczekiwać 29-letnia kobieta od rapera, który zabiera ją do hotelu… „Fanka” powinna zdawać sobie sprawę, z czym wiąże się afterparty w hotelu z artystą, który przyznaje się do używania alkoholu i narkotyków… Jeżeli nie wykazała tyle znajomości życia, to gratuluję… Ciekawe ile nieznajomych dziewczyn poszłoby ze mną do hotelu nawet bez podtekstów… Wydaje mi się, że domniemana ofiara chciała zarobić na znajomości z Joką lub przynajmniej się wylansować, a że wszystko poszło nie po jej myśli to chociaż zrobiła trochę szumu… Cóż niektóre kobiety to hipokrytki, najpierw chcą być grupiz, a później wszystkich obwiniają o swoją głupotę… W każdym razie, Abradab i Joka, jestem po Waszej stronie

Po przesłuchaniu utworu Szał baj najt wszystko zdaje się być jasne, jak widać, nie dla wszystkich