Archiwum kategorii ‘komentarz’

Double standards

niedziela, 25 Marzec 2012

Ostatnio jestem z boku medialnej zawieruchy. Słyszałem coś wprawdzie o jakiejś oburzającej reklamie Coca-coli, przez którą moi rodacy nawołują się do bojkotu napojów PepsiCo, jednak dopiero dzisiaj za sprawą kolegi z liceum zobaczyłem, o co chodzi.  Ale zaraz, czy ja na pewno jestem Polakiem, skoro mnie ta reklama nie oburza? Dobre pytanie. Gdyby ktoś jeszcze nie znał tego spotu, to najwyższa pora go poznać i wyrobić sobie własne zdanie na jego temat, bo ja za chwilę zaprezentuję swoje (no a poza tym, zaraz Polaczki wymogą usunięcie jej z wszelkich mediów):

Ewidentnie mamy tu do czynienia z podwójnymi standardami. Kiedy narzekamy na naszą sytuację geo-polityczno-materialną to naturalne i wszyscy mają nam współczuć i głaskać nas po wynędzniałych główkach, natomiast gdy jakaś nacja wykorzysta ten motyw to jest już potwarz gruba i zniewaga, która krwi wymaga?

Najwyraźniej. Bo czy ktoś w tym materiale powiedział o nas coś złego? Ja tam widzę uczciwie pracującego faceta, którego narodowość jest ważna tylko i wyłącznie w kontekście państwa-organizatora Mistrzostw Europy. Widzę jego nostalgię i tęsknotę za synem.   Skądinąd na moje laickie oko mężczyzna ten całkiem nieźle mówi po hiszpańsku, zwłaszcza jak na obcokrajowca. Czy nie należy tego poczytać za dobrą monetę?

Widzę wreszcie grupkę Hiszpanów, którzy wykazali się odrobiną empatii, domyślając się co chłopina przeżywał w tej chwili. A że Polacy zarabiają zwykle najniższą krajową lub mniej, także za granicą to jakieś novum?  Czyżbyśmy naprawdę już byli na tym etapie, żeby obrażać się za prawdę, a uprzejmość nazywać wywyższaniem się? No tak, Polak by nigdy nie uraził obcokrajowca w ten sposób. Wprost przeciwnie. On by jeszcze kombinował jak tu zwinąć Pedrowi czy innemu Żałpolowi butelkę Coli. Nie dość, że z kodem, to jeszcze pełną, tak żeby się nie opił, bo przecież niezdrowa i wo’gle, nie?

Oj, chyba napisałem za dużo – jak nic będzie bojkot bloga! Jeśli jednak ktoś  czyta dalej to pragnę złożyć gratulacje społeczeństwu, które wyręcza naszych polityków w wymyślaniu tematów zastępczych. Zresztą, może to jakaś metoda? Nie będą mieli czego wymyślić, szybciej wyczerpią to i do roboty się wezmą? Jeśli tak to wykombinowano to pardonu upraszam,  zzuwam czapkę i biję czołem o podłogę!

 

Never say forever

środa, 20 Kwiecień 2011

Dwa dni temu nawiązałem początkowo ostrą polemikę z serdeczną koleżanką odnośnie stwierdzeń i obietnic zawierających określenia czasu nieokreślonego. Gdyby ktoś miał wątpliwości o czym mówię, chodzi mi o nigdy, zawsze i na pewno.

Niezbyt często zgadzam się z moim tatą, ale udało mu się skutecznie nauczyć mnie, że obietnica jest świętością. Zawsze. Zdarza się tak, że nie da się jej dotrzymać i nie ma sensu się z tego powodu katować. Jak jednak stwierdzić, czy można sobie takie niedotrzymanie wybaczyć?

Recepta jest jedna, za to składa się z dwóch kroków. Po pierwsze: trzeba wiedzieć co się obiecuje i na tym się dzisiaj skoncentrujemy. Po drugie, trzeba zrobić absolutnie wszystko, co jest w naszej mocy, aby tej obietnicy dotrzymać. Nie po to, żeby nikt nam nie mógł niczego zarzucić. Po to, żebyśmy nie musieli się usprawiedliwiać przed sobą. Wiem, potrafimy to doskonale, ale jeśli zaczynamy, to najlepszy dowód, że coś nam nie wyszło.

Wracając do dzisiejszego tematu w rozmowie z Asią padły słowa w rodzaju kiedy budujesz most nie zakładasz, że się on załamie. Możesz więc stwierdzić, że na pewno się nie załamie. I tu jest podstawowa różnica w naszym postrzeganiu. Gdyby rzeczony most się zawalił w godzinach szczytu powodując zgon setek osób, jak miałbym spojrzeć w oczy rodzinom ofiar skoro zapewniałem wszystkich w koło, że most mojej konstrukcji na pewno, ale to na pewno (!) się nie zawali? Będąc budowniczym powiedziałbym raczej: Skonstruowałem ów most najlepiej jak mogłem. Na tyle na ile mi wiadomo nie powinien się zawalić. Różnica subtelna, ale dla mnie kluczowa.

Ergo, nie powiem żadnej kobiecie zawsze będę Cię kochał, bo zawsze to zawsze i, wbrew temu, do czego usiłowała mnie przekonać Asia, nawet najgorsze przewinienie ze strony takiej niewiasty, nie zwolniłoby mnie z obietnicy kochania jej. Czy to znaczy, że moja miłość będzie mniejsza niż gdybym nie wzdragał się przed użyciem zawsze? Wprost przeciwnie. To znaczy, że szanuję każde wymawiane słowo, a nie wymawiając słów pochopnie, okazuję szacunek rozmówcy.

Koncept szacunku do słów i obietnic, które niosą, nie został zresztą całkowicie zapomniany. Eldo nagrał o tym świetny utwór.

Why bother?

piątek, 15 Kwiecień 2011

Seans Yo, tambien! na Bialskich Spotkaniach Filmowych utwierdził mnie w przekonaniu, że jestem malkontentem. Oto obejrzałem bezpretensjonalny film, który w swojej głębi uniknął sztucznego patosu, a jednak coś mi w nim nie pasuje.

Co dokładnie? Przecież było zabawnie, kiedy miało być zabawnie. Było refleksyjnie, a wszystko odmierzone, jak gdyby reżyserowie znali przepis na film doskonały. Nie wiem czego się spodziewałem po tym filmie, skoro doskonale wiedziałem, że nie ma on prawa zakończyć się tzw. klasycznym happyendem.

Ja też oddało niezaprzeczalną usługę tematyce tolerancji. Ale mnie, będącemu (podobnie jak główny bohater omawianego filmu) poniekąd przedmiotem tolerancji, potwierdziło to, co z lękiem przeczuwałem od dawna – tolerancja z definicji zakłada poczucie wyższości. Wystarczy przywołać słowa współpracowników Daniela: Biedaczek świata nie widzi poza tą lafiryndą, a może tak właśnie powinniśmy odbierać innych? Przez pryzmat tego, co widzimy tu i teraz, a nie przeszłych pomyłek, jakkolwiek wielkie by były? Ryzykujemy ogromne nadużycia ze strony osób, którym zaufamy, oczywiście, ale jednym ufamy, a innym już niezbyt chętnie. Według mnie każdy zasługuje na to, żeby traktować go jak czystą kartkę.

Daniel spotkał się z najgorszym rodzajem tolerancji nawet ze strony swojej rodziny. Jego brat stwierdza nie zwiążesz się z kobietą o normalnej liczbie chromosomów, szukaj w swojej lidze*, ale  duchem i umysłem Daniel jest przecież w lidze ludzi zdrowych, a tylko i aż, wygląd zewnętrzny sprawia, że niemal wszyscy widzą w nim trochę mniej upośledzonego człowieka. Nawet jego matka w rozmowie z ojcem powiada: Ta kobieta jest niezrównoważona! Kto normalny zainteresowałby się naszym chłopcem. Puenta mężczyzny była bezcenna: Chciałaś mieć normalnego syna to masz. Normalni ludzie się pieprzą, przynajmniej raz na jakiś czas.

I choć Laura traktowała swojego przyjaciela bardziej normalnie niż ktokolwiek inny, nie powinna była wprowadzać tej znajomości w sferę seksualności. Mamy tu pewną dwuznaczność. Oto ukochana Daniela stwierdza, że nie zamierza uprawiać z nim seksu z litości, ale dlatego, że go kocha. W tej samej wypowiedzi zastrzega jednak, że to się nigdy więcej nie powtórzy, a nawet posuwa się do szantażu emocjonalnego w stylu Jeśli to zrobimy, nigdy nie może Ci być w mojej obecności smutno. Wniosek? Jeśli nawet nie kochała się z nim z litości, to dlatego, żeby się dowartościować albo uspokoić wyrzuty sumienia. A to już pewna (delikatna, ale jednak) forma uprzedmiotowienia drugiej osoby.

Wiem, że Pablo Pineda portretował postać niezwykłą. Pytanie tylko co Danielowi przyszło z tej niezwykłości poza koniecznością afirmacji własnych ograniczeń? Jeśli przyjdzie Wam coś do głowy, podpowiedzcie mi w komentarzu. Ja w swojej naiwności ciągle wierzę, że kiedyś my lub nasi potomkowie będziemy żyć w świecie z Imagine Lennona. W świecie, w którym pojęcie tolerancji będzie zbędne.

*Wszelkie przytoczenia oparte są o moje zrozumienie filmu i nie są właściwymi kwestiami bohaterów. Niestety jeszcze nie rozumiem po hiszpańsku, a do ścieżki dialogowej nie jestem w stanie dotrzeć.

Secunda Aprilis

sobota, 2 Kwiecień 2011

Spóźniłem się z pokazaniem Wam tego zdjęcia, ale jak to mówią, lepiej późno, niż później. ;)

Nie jest to jednak jedyna rzecz, z którą się spóźniłem. Kiedy tylko zacząłem upodabniać lewą część twarzy do prawej, zdałem sobie sprawę z tego, że następnego dnia był pierwszy kwietnia. Jako moi czytelnicy dostajecie jednak kolejną ekskluzywną informację:

Jeśli nie zapomnę o tym planie, za 364 będę wyglądał właśnie tak, jak na powyższym zdjęciu.

Skoro jednak piszę dzisiaj, mogę bez żadnego ryzyka przedstawić Wam garść statystyk. Marzec 2011 zamknąłem z 437 wejściami, przy czym 207 z tychże wejść miała miejsce między 27 a 31 marca. Najstarsze słupki jakimi teraz dysponuję pochodzą wprawdzie z października 2009, ale są mniejsze niż ten marcowy. Dodam jeszcze, że w ubiegłym miesiącu napisałem najwięcej postów od grudnia 2008.

Cockney’s right!

piątek, 17 Wrzesień 2010

Długo zastanawiałem się jak zatytułować ten wpis, bo jak stwierdził Abradab w jednym ze swoich utworów tytuł jest konieczny. Współcześnie słowo cockney oznacza stereotypowego mieszkańca londyńskiego East Endu, bądź też gwarę, którą się taki mieszkaniec posługuje. Pierwotnie jednak słowem tym określano rozpieszczone lub zepsute dziecko (za Reader’s Digest: The Origins of Words & Phrases). W tym właśnie znaczeniu użyłem wspomnianego sformułowania.

Chodzi mi konkretnie o jedno zepsute dziecko polskiej sceny hip-hopowej, mianowicie o Tedego. Ku swojemu zdziwieniu przyznałem mu całkowitą rację po raz pierwszy od wydania płyty 3H – Hajs Hajs Hajs, czyli od wczesnego roku 2003, W czym mu przyznałem rację? Zobaczcie sami.

Z jednej strony Tede prawi truizmy, których można się domyślić, czy przeczytać na rozmaitych portalach, bez konieczności nasłuchiwania Radia Maryja. Z drugiej jednak, jest pierwszym raperem, który odważył się wypowiedzieć na ten temat. Szkoda jedynie, że zrobił to prozą.

Nie wiem jak Wy, ale ja chętnie usłyszałbym diss na Belzebuba z Torunia, zwłaszcza że przeciąganie beefu z Peją niczego już raczej Tedzikowi nie przyniesie. Poza tym, gdyby w końcu wypowiedziano muzyczną krucjatę przeciwko Rydzykowi, Łona okazałby się autorem natchnionym, kiedy rapował:

Nie jest dobrze, ale nic to

Radio Maryja uratuje polski hip-hop!

Rozsierdził trueschoolowców, Ludzi Ulicy, czy odważy się rozsierdzić moherowe berety? Ciekawe jaka byłaby reakcja tzw. Środowiska, gdyby się odważył.

Migraine, heartburn and dad

środa, 13 Styczeń 2010

Pani Migrena bije ostatnio rekordy nachalności. W ciągu ostatnich czterech dni nawiedziła mnie trzy razy. Z pomocą, (a konkretniej niezwykle skutecznym medykamentem Cinie) przychodzą jednak czeskie bratanki. Wygląda na to, że do listy powodów, dla których lubię naszych południowych sąsiadów dołączą talenta farmaceutyczne. Jak do tej pory na owej liście znajdują się piękne kobiety, dobre filmy, miły dla ucha język i zdrowe podejście do prostytucji (tak wiem, że robią też genialne piwa i że zalegalizowali narkotyki, ale nie jestem smakoszem żadnej z tych substancji). W zasadzie to wszystko sprawia, że mógłbym się przeprowadzić do Czech, gdyby tylko nadarzyła się okazja.

Nawiązując jednak do tytułu, co najmniej od tygodnia chodziły za mną chipsy serowo-cebulowe. Kiedy wreszcie kupiłem sobie paczkę, a ojciec na jej widok straszył zgagą, stwierdziłem, że to idealny pretekst, aby wkleić Wam ten wiersz. Co prawda powstał on z nieco bardziej górnolotnych pobudek, ale muszę się jeszcze pouczyć na jutrzejsze kolokwium z historii, więc nie mam czasu, ochoty, ani nawet chęci prezentować Wam szerzej kulisów jego powstania:

Tacie (13.10.2009)

Chociaż zawsze chcesz najlepiej
Ja czasem muszę po swojemu
To prawo do decyzji
Którego pragnę jak tlenu
Co mnie uczyni mężczyzną
Jeśli nie własne zdanie
Jeśli nie teraz to kiedy
Nim się stanę

Bardziej niż myślisz
Szanuję Twoje zdanie
Ja tylko szukam czegoś
Co po mnie zostanie
Czy to znajdę nie wiem
W ciepły dzień i obok Ciebie

Nie zawsze jestem odpowiedzialny
Nigdy też nie byłem synem idealnym
Ale wszystko kwestią pracy
I wzajemnego zaufania
Moje już masz
Tylko Twojego chcę w zamian

Morality, porn and PETA

poniedziałek, 11 Styczeń 2010

Paweł Rybicki, publicysta Pardonu, podobnie jak ja, upodobał sobie tematy okołoseksualne. Dzisiaj uraczył on swoich wiernych czytelników informacją, że PETA (organizacja walcząca o prawa zwierząt) zdecydowała się wykorzystać w jednej ze swych kampanii, wizerunek wschodzącej gwiazdy porno, Sashy Grey.

Co mnie razi w tonie tekstu Pana Rybickiego, to fakt uzurpowania sobie decyzji, kto ma prawo wypowiadać się na tematy związane z moralnością, a kto tego prawa winien być pozbawiony. Pominę już fakt, iż kwestia sterylizacji, bądź też kastracji zwierząt domowych jest raczej luźno powiązana z moralnością, gdyż publicysta wspomina, że panna Grey miała czelność wypowiadać się na tak ważkie tematy, jak prawa kobiet i ich rola w społeczeństwie, choć w mojej opinii te kwestie są bardziej powiązane z samoświadomością. kobiet, niż z moralnością. Osobie, która celowo używa swojego ciała, zamiast pozwolić go używać jakiemuś mężczyźnie, samoświadomości odmówić nie wolno.

Możemy jednak brnąć dalej. Zakładając, że wspomniane wcześniej kwestie, rozpatrywać należy w kategoriach moralności, czy powinniśmy zabraniać komukolwiek swobodnego wyrażania myśli w tej materii?  Zwłaszcza, że według Słownika Języka Polskiego moralność to zespół powszechnie uznanych warunków, poglądów na wartości, na dobro i zło, przekonań, które wartościują określone działania. Jaki z tego wniosek? Ano taki, że dopóki czyjeś poglądy w danej kwestii, nie odbiegają drastycznie od ogólnego pojęcia dobra, są zgodne z moralnością. Ujmując to obrazowo, Sasha Grey, która zarabia na życie uprawiając seks w przeróżnych konfiguracjach, nie zmuszając mniej lub bardziej masowego odbiorcy do oglądania jej wygibasów, okazuje się osobą o wyższych standardach moralnych, niż nasza rodzima Doda, która bombarduje nas swoimi silikonowymi implantami, oraz niemądrymi wypowiedziami, w których aż gęsto jest od podtekstów. Przypominam, że to wszystko miewało miejsce w publicznej telewizji, przed 23:00  (może to była ta sławetna misja TVP? – Jeśli tak, upraszam władze Dwójki, oddajcie tańce na Do… Wróć… Na lodzie!)

Wydaje mi się, jednak że wiem skąd w Pawle Rybickim niechęć do kampanii PETA. Otóż zapewne wynika ona z przekonania, że osoba, która uprawia seks z pobudek innych niż chęć poczęcia potomstwa zasługuje na ogień piekielny, a my (bliźni), winniśmy ją zepchnąć na margines społeczeństwa, żeby nieboga zrozumiała, że dla własnego dobra MUSI zacząć chadzać ścieżkami Pana. Powiadam Wam wszem i wobec: największym ze znanych zboczeń seksualnych jest abstynencja. ;)

Semi-confession

poniedziałek, 16 Listopad 2009

Chociaż byłoby to nieładne z mojej strony, mógłbym tutaj wypunktować wszystkie cechy, które mnie odpychają od rodzaju ludzkiego. Mógłbym, bo wiele razy zapewniałem Was, że nie zawsze będzie tu ładnie, za to zawsze będzie „po mojemu”. Wychodzę jednak z założenia, że jeśli już pozwalam sobie na „brzydkie” zachowanie, to nigdy bez powodu.

Już na tym etapie przewiduję , że mogę zupełnie niechcący zabawić się dzisiaj w moralizatora, co wiele osób widzi źle. Przyznaję im rację, bo taki moralizator siedzi na stołeczku, czy też innym krzesełku, kisi się we własnych bąkach i serwuje mądrości w rodzaju „Jest tak, a tak być powinno…”

Żeby moja wina była choć odrobinę mniejsza, najpierw podzielę się z Wami tym, czego szczególnie nie lubię w sobie. Wybrałem dwie najbardziej irytujące mnie rzeczy, co nie znaczy, iż uważam, że posiadam jedynie dwie wady.

Pierwsza rzecz, to brak mądrości. Nie pogrywam z Wami w żadne gierki, ani nie jestem fałszywie skromny. Ludzie, którzy mnie znają zwłaszcza z różnych szkół, mówili nieraz coś w rodzaju „Jesteś taki zdolny i mądry”. O ile z pierwszą częścią tego zdania mogę się zgodzić, muszę z całą stanowczością zaprzeczyć drugiej. To, że uczę się dość szybko i łatwo, nie ma nic wspólnego z mądrością. Mądrość to zdolność widzenia tzw. szerszego obrazu, przewidywania konsekwencji własnych czynów, czy też następstw zaniechania pewnych akcji. W tej materii jestem równie wielkim ignorantem, jak praojciec Adam. Nie zdajecie sobie sprawy, jak często mówię sobie lub moim bliskim „Nie pomyślałem o tym” (pozdrawiam Maćka ;) ). Prowadzi to do intensywnych refleksji, które ostatecznie niczego nie zmieniają lub w najlepszym wypadku zmieniają dużo mniej niż bym chciał.

Druga rzecz, to ten patetyczny ton, którego teraz doświadczacie. Może on odstraszać. Czasami bardzo żałuję, że nie potrafię z ludźmi rozmawiać tak, żeby mieć stuprocentową pewność, że nie daję im wrażenia, iż próbuję udowodnić swoją wyższość. Niektórzy czują wręcz, że próbuję im wejść do głowy i ja może nawet próbuję, ale to samo tak wychodzi

Co mnie irytuje w ludziach (, a więc także i we mnie samymym)? To, że nie umiemy rozmawiać. Jeśli stwierdzicie, moi drodzy, że się powtarzam, przypominając mi tekst o Dziewczynie, to Wam powiem, że guzik prawda! Bo teraz mam na myśli, osoby które się znają, albo przynajmniej tak myślą. Bo, żeby się poznać, trzeba właśnie rozmawiać. To co robi większość z nas, to jest wymienianie się informacjami, względnie poglądami lub odczuciami. Niektórzy oprócz wymieniania się słowami, dyskutują, czyli uprawiają coś na kształt słownej szermierki, która ma z założenia prowadzić do wyłonienia zwycięzcy.

Czym wymiana i dyskusja różnią się od rozmowy? Jednym szczegółem, za to bardzo istotnym. Choćby chwilowym poczuciem więzi. Jeśli decyduję się z kimś rozmawiać, nie boje się słuchać o jego problemach, a wręcz tego pragnę. Prawdziwa rozmowa ma pewne cechy modlitwy i seksu. Z jednej strony, kiedy z kimś rozmawiasz zaglądasz w swoją duszę. Jesteś też gotów zgłębić duszę swojego partnera, tak jak byłbyś gotów zgłębiać zamiary dowolnego bóstwa, gdyby tylko raczyło zesłać Ci objawienie. Oprócz tego, rozmowa „od serca” jest doświadczeniem bardzo intymnym. Tylko zboczeńcy uprawiają takie rozmowy grupowo. ;) Mówiąc jednak zupełnie poważnie, dialog który można nazwać rozmową wychodzi najlepiej dwojgu ludziom, pod warunkiem, że oboje się starają. Na ile mi wiadomo, tak samo jest w seksie.

Puentą niech będzie stwierdzenie, że każdy czasem potrzebuje się otworzyć. Im wcześniej przestaniemy się tego wstydzić, tym lepiej. Upewnijcie się jednak, że jeśli ktoś już zdecyduje się Wam zaufać, to potraktujecie go tak dobrze, jak na to zasługuje.

Shaping reality…

czwartek, 5 Listopad 2009

Prawdopodobnie nie świadczy to o mojej poularności jako blogera zbyt dobrze, ale cieszę się z obu komentarzy pod wczorajszym wpisem. Po pierwsze dlatego, że są one najlepszym dowodem na to, że ktoś jednak czyta to, co tutaj wypisuje, po drugie zaś dlatego, że pochodzą od osób, z którymi, z różnych przyczyn, miałem ostatnio mocno ograniczony kontakt.

Tyle tytułem wstępu, ale nie będzie mniej ckliwie. Może być nawet trochę pretensjonalnie, ale skoro przeżywam tydzień nietypowych wyznań, niech tak będzie. Zobaczyłem dziś dziewczynę. Moją uczelnię można określić mianem sfeminizowanej, więc to raczej naturalne, że widuje osoby płci żeńskiej. Dziewczyna, nie była ani piękna, ani brzydka, ot po prostu przeciętna. Poza jednym szczegółem: promieniowała smutkiem.

Nie lubię negatywnych emocji wokół siebie, choć czasami sam sprawiam wrażenie człowieka zgorzkniałego. Zdobyłem się nawet na kilka słów skierowanych do Dziewczyny. Odpowiadała zdawkowo, wyraźnie pragnąc jak najszybszego zakończenia dialogu. Trudno się Jej dziwić, mało kto szczerze odpowie na pytanie „Czy wszystko w porządku?”, facetowi którego kojarzy najwyżej z widzenia. Z jakichś masochistycznych powodów, których nie umiem sprecyzować, chciałem podzielić troski Dziewczyny. Chciałem mówić jej, że „wiem jak to jest”, choć wiedziałem jak banalne jest to stwierdzenie. Miałem też świadomość, że nie wypowiem tych słów, dopóki Ona nie zaprosi mnie do rozmowy, chociażby przelotnym spojrzeniem.

Kiedy myślę o tym głębiej, dochodzę do wniosku, że chodziło właśnie o Jej oczy. Zwyczajne oczy (nie zapamiętałem nawet koloru), dodajmy. Jednak takie, które w swojej zwyczajności nie zasłużyły na cierpienie, które wyrażały. Patrzyłem na Nią długo, w nadziei, że i ona spojrzy, co nie pozwoli Jej uniknąć wznowienia rozmowy. Myślami jednak była na tyle daleko, że nie mogła mnie zauważyć.

Dlaczego piszę to wszystko? Tego bloga czyta moja rodzina, znajomi, być może też przypadkowi internauci. Po co miałbym zapraszać ich do snucia teorii o tym, że prawdopodobnie znowu zakochałem się bez sensu. Takie teorie mogłyby przecież powstać nawet, a może szczególnie, gdybym temu stanowczo zaprzeczył. Poza tym, przyznanie się do wrażliwości tego rodzaju, jest dziś strzałem w stopę. Wielu z chęcią okrzyknie mnie psychopatą lub w najlepszym wypadku człowiekiem nieprzystosowanym do panujących realiów. Wychodzę jednak z założenia, że to my powinniśmy kształtować realia, a nie realia nas.

Dziewczyna zupełnie nieświadomie sprawiła, że doszedłem do wniosku, iż sytuacja, w której boimy się rozmawiać z drugim człowiekiem, nie jest dobra. Może być uzasadniona, nawet ogólnie akceptowana i praktykowana, ale nigdy naturalna. I tym przemyśleniem musiałem się z Wami podzielić.

Jeśli ktoś dobrnął do końca tej nomen omen żałosnej historii, zapraszam do rejestrowania się na blogu. Dzięki temu, drogą mailową, będziecie dostawać powiadomienia, o nowym marudzeniu prosto spod moich palców :)

Praise may be to Sailor Moon!

środa, 4 Listopad 2009

Oryginalnie ten wpis miał wylądować na flakerze, czyli na mikroblogu, z którego mój wycinek widzicie z boku. Podobnie zresztą jak przycisk „Dodaj do śledzika” i inne niewiele znaczące zabawki. Rozpisałem się jednak na tyle, że stwierdziłem, iż wklejanie takiego tekstu na flakera zaprzeczy jego idei. Zacznijmy jednak od tego, że muszę się Wam do czegoś przyznać. Po tym wyznaniu pewnie niektórzy stwierdzą, że jestem gejem, lub że mam inne zaburzenia psychiczne. Otóż w dzieciństwie bardzo chętnie oglądałem Sailor Moon, znaną w Polsce  jako Czarodziejka z Księżyca. Gdy zobaczyłem tę dziewczynę, moje serce zabiło szybciej.

Generalnie nie jestem zwolennikiem ekstensywnego makijażu, a w wielu sytuacjach wręcz jest on dla mnie rażący i nieuzasadniony, jednak w tym wypadku jest to nie tylko makijaż, lecz kreacja, która wymagała nie tylko urody, ale także kompleksowego przemyślenia. Gdyby przypadkiem okazało się, że wśród moich czytelniczek są fanki ekstremalnych metamorfoz, wklejam także film z youtube’a, w którym krok po kroku, ta niebrzydka skąd inąd dzierlatka, pokazuje w jaki sposób osiągnęła efekt końcowy( muzyka pozostawia wiele do życzenia, ale najwyżej ją wyciszycie, a jak mawia mój kolega z grupy „nie moszna mieć wszystkiego”) .

Jak widać w „podobnych filmach” Michelle, o ile to jej prawdziwe imię, specjalizuje się w tego rodzaju przebierankach (choć jest to słowo pozbawione szacunku, jaki zyskała sobie u mnie, stając się moją ulubioną bohaterką z dzieciństwa).

Na koniec pragnę przeprosić, jeśli to co dzisiaj napisałem brzmi bełkotliwie. Wiecie, między jednym kolokwium, a trzema następnymi, banalne rzeczy przestają być takimi. Podkreślmy to jednak ponownie

Chwała niech będzie Czarodziejce z Księżyca!

… i jej żywemu obrazowi. ;)