Archiwum kategorii ‘komentarz’

Responsibility

środa, 14 Październik 2009

Wczoraj byłem w kinie na Galeriankach. Na film ten czekałem odkąd tylko usłyszałem, że powstaje, czyli co najmniej od pół roku. Budzi on skrajne emocje, co widać chociażby po spektrum komentarzy na filmwebie. Oprócz prawd, które wynikają wprost z treści filmu, potwierdza się tu prawo, które od dawien dawna rządzi światem rozrywki – „Jeśli coś <<zagotuje>> choćby część odbiorców, to dobrze się sprzedaje” ( w ciągu siedemnastu dni wyświetlania – prawdopodobnie liczone do niedzieli włącznie – obraz ten obejrzało ponad 312 tysięcy widzów).

Internauci skarżą się na słabą grę aktorską odtwórczyń głównych ról, dialogi nieudolnie naśladujące młodzieżowy slang i tym podobne. Czy można jednak wymagać profesjonalizmu od debiutantek? Jakimkolwiek doświadczeniem dysponują tutaj Magdalena Ciurzyńska (w wersji kinowej Julia, w etiudzie główna bohaterka) i Dagmara Krasowska (Milena), która zagrała dotąd w zaledwie trzydziestominutowej produkcji o jakże ambitnym tytule W krainie jaskrawych zabawek. Drugi zarzut jest o tyle kuriozalny, że fragmentaryczne kwestie z filmu pojawiły się już na płycie O.S.T.R-a wydanej 27 lutego. Znaczy to ni mniej ni więcej tyle, że całość była prawdopodobnie sfilmowana do końca 2008 roku. Slang ma zaś to do siebie, że zmienia się niemal z miesiąca na miesiąc, a ponadto różni się niuansami w różnych regionach i grupach wiekowych.

Jedyny zarzut z jakim po części się zgadzam to za bardzo otwarte zakończenie. W filmie, co prawda nie wszystko trzeba powiedzieć dosłownie, ale popularyzatorzy łatwych w odbiorze seriali i schematycznych produkcyjek, gdzie jak ktoś wygrywa to jednoznacznie, rozleniwili przeciętnego widza. Ze smutkiem przyznaję, że i ja padłem ich ofiarą, bo choć Katarzyna Rosłaniec chciała zakończyć swój film nieszablonowo, nie do końca trafił do mnie sposób w jaki to zrobiła.

Chciałbym się jednak skupić na tych aspektach powyższej produkcji, które zainteresują psychologów i socjologów. Nastolatki sprzedają się – oczywiście nie wszystkie – ale jednak. Mer stwierdził kilka tygodni temu w rozmowie ze mną, że omawiany obraz wyolbrzymia całe zjawisko. Nie mogę się z tym zgodzić. Cztery dziewczęta w słabej klasie niezbyt dobrego warszawskiego gimnazjum, to nie jest liczba przesadzona, chociaż wystarczająca, aby wywołać niepokój lub przynajmniej debatę publiczną.

Konsekwentnie zmierzam do stwierdzenia, że wszyscy jesteśmy rodzicami galerianek. Podkreślam, że nie posądzam każdej gimnazjalistki o prostytucję. Abyście jednak zrozumieli, co mam na myśli, muszę napisać co rozumiem pod pojęciem rodzicielstwa. Otóż rodzicielstwo to dla mnie bezpośredni wkład w stworzenie jednostki ludzkiej, a w późniejszej fazie także wychowanie tej jednostki. Dziecko w pierwszej kolejności uczy się podpatrując. I widzi, że w życiu liczą się przede wszystkim pieniądze, które nigdy nie śmierdzą; że mężczyźni zrobią niemal wszystko o co poprosi półnaga kobieta i że nawet jeśli taka kobieta nie ma żadnego talentu, wystarczy gdy wypnie pupę i poudaje że jej się podoba. Tak tworzą się podwaliny systemu wartości i podświadomość. Kiedy przychodzi czas na wychowanie, mówimy dzieciom że niektóre zachowania są niedobre, ale albo sami robimy to, co okrzyknęliśmy złym, albo zdajemy się na telewizję, która utrwala  hedonistyczne postawy. I koło się zamyka.

Jestem ojcem galerianek. Wszystkich. Czytelniku (Czytelniczko), poczuwasz się do odpowiedzialności za te dziewczęta?

„Evviva l’arte” or „Dura lex”?

środa, 30 Wrzesień 2009

Świat kultury i mediów wrze. Wrze za sprawą zatrzymania jednego z najbardziej znanych Polaków – Romana Polańskiego. Jak na nasze polskie piekiełko przystało, zarówno obrońcy reżysera, jak i zwolennicy jego ukarania posługują się argumentami cokolwiek niemerytorycznymi.

Jaki jest mój stosunek do tej sprawy? Złożony. Spróbuję go Wam nieco przybliżyć puentując pewne wypowiedzi i argumenty. Na początek cytat z Seweryna Blumsztajna, który niejako zainspirował refleksje na temat

Apeluję tylko o pokorę wobec wielkiego talentu. To dar, wobec którego jesteśmy bezradni w naszych sądach moralnych…

Ciekawe… Artyści zawsze uważali się za szczególną grupę społeczną, już choćby dlatego, że mogli pokazywać prawdę poprzez fikcję. Ich stosunkowi do reszty świata, bodajże najpełniej dał w wierszu Evviva l’arte młodopolski poeta Kazimierz Przerwa-Tetmajer, pisząc

[...]

Evviva l’arte! Duma naszym bogiem,
sława nam słońcem, nam, królom bez ziemi,
możemy z głodu skonać gdzieś pod progiem,
ale jak orły z skrzydły złamanemi -
więc naprzód! Cóż jest prócz sławy co warte?[...]
Tetmajer miał jednak skłonności do kobiecych wdzięków i alkoholu, przez co zmarł jako zapijaczona ofiara syfilisu. Nie zapominał jednak o swoich słabościach, pisząc
choć życie nasze splunięcia niewarte:
evviva l’arte!
Zmierzam do tego, że powinniśmy pozwolić historii zweryfikować, czy Polański jest bardziej artystą czy szubrawcem. Naszym obowiązkiem, jako współczesnych jemu, jest dostarczyć przyszłym pokoleniom możliwie dużo informacji na temat jasnych i ciemnych kart jego życiorysu. Obrona w rodzaju Polański wielkim artystą jest i basta!, jest poniżej poziomu krytyki. Bezdyskusyjnie należy oceniać jego winę w oderwaniu od dokonań. Jeśli zaś za argument ku amnestii podają talent reżyserzy i aktorzy, pachnie to tak zwanym kolesiostwem.
Zwolennicy ukarania reżysera powołują się na niedawne zaostrzenie polskiego kodeksu karnego umożliwiające chemiczną kastrację pedofilów. I abstrachując od kwestii czy Polańskiego można nazywać pedofilem, czy nie, jego przestępstwo zostało popełnione w Stanach Zjednoczonych, gdzie nawet kara śmierci orzekana w postępowaniach wojskowych przedawnia się jeśli nie zostanie wykonana w ciągu pięciu lat od jej orzeczenia (odsyłam do angielskiej Wikipedii).
Na rozmaitych portalach roi się od pytań w rodzaju Jak on mógł nie odróżnić trzynastolatki od dorosłej kobiety? Otóż mógł. Bo o ile nie wszystkie 13-latki same pchają się do łóżka, o tyle kiedy się postarają, nie wyglądają, ani nie zachowują się jak przystało na dziecko. W świetle prawa nie jest to jednak istotne.
Podsumowując, Polański powinien odsiedzieć karę, z tym że jakieś trzydzieści jeden lat temu (lub możliwie najkrócej po popełnieniu przestępstwa). Apelować należy zatem nie o pokorę, lecz o rozsądek. Świętym zaś jest oburzenie osób, które piętnują chęć zaistnienia poprzez wsparcie kolegi. Bo penetrowanie dziewczyny, której się ułatwiło start w artystycznym światku – niezależnie od tego czy była ona pełnoletnia czy nie – jest nadużyciem pozycji społecznej. Taki czyn, jeśli nawet nie na karę, zasługuje na potępienie.

Infinity of the ends

piątek, 15 Maj 2009

Nawet gdybym nie napisał tego wiersza wczoraj, zrobiłbym to dzisiaj. Wczoraj po raz drugi obejrzałem V jak Vendeta, dzisiaj zaś finał ósmego sezonu Smallville. Wiem, że długość tego serialu kojarzy się Wam pewnie z Modą na sukces, ale lubię go, mimo tego, że wielu twierdzi, że już dawno powinien się skończyć. Ja jestem nawet zdolny przymknąć oko na cały zamęt jaki wprowadza ów serial do uniwersum komiksowego. Do rzeczy jednak: V znowu skłonił mnie do przemyśleń związanych z ludzkim życiem, a konkretniej postrzeganiem jego kolejnych etapów. Co ma do tego Smallville? Mówiąc szczerze: jedną frazę, mianowicie:

Clark Kent is dead.

Wypowiadaną przez samego Kenta. Scenarzystom Smallville chodziło zatem po głowach to, co i mnie. Najwyższa jednak pora by proza ustąpiła pola poezji

(…) (14.5.2009)

Po to umarłem
By narodzić się na nowo
Jak to kiedyś pisałem
„Z trochę mniej człowieczą głową”

Pierwsza śmierć
Jest końcem Ciebie jakiego znasz
Mówią że odpada z Ciebie ćwierć
Lecz Ty cały przemijasz
Mimo że się jeszcze wczoraj śniła
Ta która życiem Ci była

Umierasz więcej niż raz
Mało kto ginie tylko dwukrotnie
Choć zewnętrznie pozostaje żywy
Reaguje gdy ktoś go dotknie

Lecz nie jest już
Tym samym człowiekiem
Słowa zmieniające znaczenia
Są trumny jego wiekiem

Inne reakcje
Dziwne myśli konotacje
Ciało to zbyt mało
Żeby to myślące coś
Człowiekiem pozostało

Patrz i widź
Jak konam ja
Jak umierasz Ty
Jak rodzą się oni
Choć to nasze line papilarne
Znajdą u ich dłoni

Is it trendy to be a killer?

środa, 25 Marzec 2009

Za czasów Goethego była moda na samobójswa. I to za sprawą „Cierpień młodego Wertera”. No i stał się Werter kimś w rodzaju „Pra-emo”. Wprawdzie jego powierzchowność różniła się dalece od dzisiejszych emo, ale w swoich czasach jego twórca zainicjował przy okazji swoistą modę. Za wikipedią:

Wśród młodzieży romantyczej zapanowała moda na ubiór werterowski, czyli żółtą kamizelkę i niebieski frak. Wiele osób, które przyjęły w życiu postawę werteryczną, tak jak główny bohater powieści Goethego, popełniło samobójstwo.

Dzisiaj mamy modę wielokrotnie bardziej niebezpieczną. Modę na młodocianych „samobójco-zabójców”. I jak to zwykle bywa w przypadku takich mód, społeczeństwo jest wobec nich zupełnie bezradne. Wiecie już do czego piję, prawda?

Ale zaraz, przecież Tim Kretschmer był tylko jeden. Bzdura, powiadam! Nikt już nie pamięta Harrisa i Klebolda, którzy dziesięć lat temu dokonali masakry w amerykańskim liceum, niewielu wie jeszcze o młodym Czechu, którego policja ujęła zanim zdołał doprowadzić do tragedii.

I co na to wszystko prawo? Za tvn24:

Niedoszłemu zamachowcowi – jeśli zostanie uznany za winnego – grozi pięć lat więzienia.

Co dobrego przyniesie więzienie w tej sytuacji? Nic. Co może przynieść niedobrego? Wiele rzeczy. Na przykład narastającą chęć zemsty na społeczeństwie, które go nie zrozumiało.

Można w tych przypadkach doszukiwać się wpływu brutalności, którą ociekają filmy i gry komputerowe. Można dopatrywać się tzw. „Cywilizacji śmierci”, o której trąbi kościół katolicki. Odnośnie brutalnej rozrywki bardzo prawdopodobne, że nie pozostała ona bez wpływu na młodych zabójców. Czy ktoś jednak zadbał o to, żeby ograniczyć im dostęp do pewnych treści? Starożytni patrzyli jak ludzie i dzikie zwierzęta rozszarpują się nawzajem. Jak wielu z nich podniosło rękę na drugiego człowieka? Gdyby zabójstwa inspirowane zaobserwowaną przemocą były powszechne, na pewno pozostałaby o tym choć mała wzmianka.

Co zaś się tyczy wspomnianej przeze mnie „Cywilizacji śmierci” to trudno zaprzeczyć jej istnieniu. Jest ona jednak starsza niż sam Kościół. Człowiek zawsze odczuwał osobliwą przyjemność stając się panem życia i śmierci drugiego człowieka. Jedni mordowali „w słusznej sprawie”, inni dla zabawy.

Można szukać winnych pojawiania się młodocianych zbrodniarzy wśród kreatorów masowej rozrywki, można winić za to Szatana i jego zgubny wpływ na ludzką duszę. To łatwiejsze niż przyznać się do własnych błędów.

Dopóki materia będzie królować nad duchem, dopóki nie zaczniemy zaglądać w dusze naszym sąsiadom, kolegom z klasy i w ogóle całemu ludzkiemu otoczeniu, będą dziać się tragedie. Tragedie gorsze od wyżej wspomnianych.

Że zaś nie zanosi się na zmianę mentalności ogólnoludzkiej, jesteśmy skazani na zło.

Quo vadis Mundi?

niedziela, 22 Marzec 2009

Cóż, ludzie mają skłonność do wyciągania błędnych wniosków z doświadczeń innych ludzi. Chcę jasno podkreślić, że nie chodzi mi o wnioski pochopne, lecz po prostu z gruntu bezsensowne. Co gorsza, nie jest to problem żadnej konkretnej nacji, lecz ogólnoświatowej populacji.

Jako pierwszy przytoczę przykład Rumunii, która w związku ze sprawą Josefa Fritzla, zwanego szumnie potworem z Amstetten rozważa legalizację kazirodztwa. Już samo określenie tego człowieka jest kuriozalne. Fakt, dopuścił on się strasznych zbrodni, ale na przestrzeni wieków  tysiące dwunożnych, rozumnych istot robiła rzeczy podobnego kalibru. Wystarczy zresztą przytoczyć całkiem współczesny przykład „polskiego Fritzla” rodem z Radzynia Podlaskiego, o ile się nie mylę. Pod żadnym pozorem nie zamierzam gloryfikować postępków któregokolwiek z mężczyzn. Pragnę jednak zwrócić uwagę na to, że ludzkość urosła w butę – bardzo chętnie mówimy o swoich chlubnych czynach, a zapominamy o najniższych plugastwach, które wpisywali w naszą naturę tak autorzy starożytni, jak i Biblia. Ta ostatnia przedstawia różne ochydztwa, co jednoznacznie daje do zrozumienia, że nie są one miłe chrześcijańskiemu Bogu, niemniej istnieją jako integralna część świata.

Do rzeczy jednak. Według wizji Rumunów, na związek kazirodczy musiałyby się zgodzić osoby pełnoletnie. Jak się to ma do historii Fritzla i jego córki skoro ojciec odurzył ją narkotykami i zamknął w piwnicy? No właśnie – nijak… Skąd zatem ten pomysł? I po co? Ano chyba po to, żeby odwrócić uwagę opinii publicznej od kryzysu.

Pozostałe absurdy są mniej szokujące, ale tym bardziej niezrozumiałe. Weźmy na przykład partnerskie związki homoseksualne. Nawet nie musiałoby się to nazywać małżeństwem, o ile normalizowałoby prawno-podatkowo-finansową sytuację osób homoseksualnych, a przecież nie przyniosłoby najmniejszej szkody heterykom. No może poza jakimś archaicznym dyskomfortem psychicznym.

Legalizacja miękkich narkotyków. Mam niejasne wrażenie, że nie dojdzie do niej nigdy. Mimo że udowodniono, że wiele z nielegalnych substancji psychoaktywnych czyni mniejsze szkody niż alkohol i papierosy.

Czuję się, jakbym powtarzał jakąś piekielną mantrę, ale nie jest uczciwe, że do jednych nowinek podchodzimy bezkrytycznie, ignorując ich wady, a odnośnie innych nie chcemy nawet poznać bilansu  pozytywów i negatywów.

What about communism?

piątek, 20 Marzec 2009

Wiem co chcę napisać, ale nie bardzo wiem jak zacząć, przyznaję się bez bicia. Pozwolę sobie zatem wyjść od tego, że doba kryzysu wydaje się być odpowiednim momentem do rozważań dotyczących systemów polityczno-gospodarczych. Nie tak dawno pisałem, że moja ukochana nacja nie jest przystosowana do żadnego z istniejących ustrojów. Chciałbym się mylić, ale wydaje mi się, że czas nowatorstwa w dziedzinie organizacji funkcjonowania państwa mamy już za sobą, więc albo musimy się zmienić, albo będziemy nieustannie narzekać.
Do rzeczy jednak. Zastanawia mnie fakt podziału społeczeństwa, na tych, którzy chcieliby powrotu „ustroju sprawiedliwości społecznej” i na tych, co mówią, że byłoby to najgorsze z możliwych rozwiązań (a może, nie tyle fakt podziału, co świadomość, że żadna z tych grup nie jest marginalna). Jeżeli weźmiemy pod uwagę ludzi, którzy mieli okazję względnie świadomie uczestniczyć i obserwować tamten system, więcej jest tych pierwszych. Czy nie zastanawia jednak fakt, że zdecydowana większość ludzi kultury (jeżeli nie wszyscy) od profesorów wyższych uczelni, przez pisarzy po muzyków opowiada się po tej drugiej stronie?

Zwolennicy tamtych rozwiązań ustrojowych powiedzą, że kapitalizm nie przyniósł poprawy losu warstw najbiedniejszych, a wręcz go pogorszył i trudno się nie zgodzić z tym stwierdzeniem. Pytanie brzmi natomiast w jakim położeniu byłyby teraz te warstwy, gdybyśmy nadal rozwijali się zgodnie z ideami gospodarki centralnie planowanej.

Przeciwnicy obecnego układu stwierdzają, iż zbytnio ufamy Zachodowi, który nigdy nie miał wobec nas szczerych intencji. Znowu nie zamierzam polemizować. Ba, dołożę nawet argument, że Amerykanie nie radzą sobie z kryzysem na tyle, żeby pomagać dzisiaj komukolwiek, ale czy Stalin kiedykolwiek miał na celu dobro Polski?

Można zarzucać Anglikom i Amerykanom, że zgodzili się na granicę z ZSRR na linii Curzona, ale co by było, gdyby Churchill w Jałcie zawetował tę koncepcję, a Stalin w odpowiedzi wycofał się z wojny lub spróbował ponownie ułożyć się z wrogiem? Wysoce prawdopodobne jest, że pisałbym dzisiaj po niemiecku, nie wiedząc nawet, czym była Polska.

Nie mogę zrozumieć tego, że Estończycy nazywają stan, który nastąpił po wojnie okupacją radziecką, a u nas podchodzimy do tego okresu z taką pobłażliwością. Czy to, że nazwano nasz twór państwowy PRL-em zamiast PRR-em (Polską Republiką Radziecką) przydało nam choćby odrobinę suwerenności? No może właśnie odrobinę – wciąż mówiliśmy po Polsku. Nie mogliśmy, jednak skorzystać z planu Marshalla, a teraz mamy pretensje, że w porównaniu z Europą Zachodnią jesteśmy biedni jak myszy kościelne. „Dobry wujek” ze wschodu obiecał wprawdzie coś w zamian, ale pomoc ta, albo wracała do niego, albo nie była odpowiednio wykorzystywana.

Ludzie sympatyzujący z lewicą mówią, że dzisiaj też jest cenzura, że układy, że niesprawiedliwość etc. Nawet jeśli to prawda to osobiście wolę państwo, które przede mną udaje, że jestem wolny, dając mi poczucie spełnienia duchowego (nawet jeśli nie mam własnego mieszkania), od takiego, które kiedy patrzą inni głaszcze mnie po głowie, a kiedy tamci odchodzą, wali mnie w twarz pięścią i poprawia butem.

Mój wujek mawia, że świat jeszcze upomni się o „ustrój sprawiedliwości społecznej”. Na zdrowie! Niektóre tezy doktryny Marksa i Engelsa były sensowne, przyznaję. Problem pojawił się, jak zwykle, wtedy, gdy ideę zaczęto dostosowywać do rzeczywistości i pojawił się ktoś zbyt ambitny i zaczął budować swój prywatny dobrobyt. Fakt, było mniej takich ludzi, ludzi niż dzisiaj, ale osiągali to większym kosztem. Nie materialnym, rzecz jasna, lecz ludzkim, albowiem wbrew wszelkim zapewnieniom ówczesnej władzy, jednostka liczyła się najmniej. Istotne było podtrzymanie panującego ładu.

Zatem, dopominajcie się, potomni o komunizm! Radzę Wam jednak, niech to nie będzie ustrój w wydaniu z lat 1945-1989

Curse of awareness

środa, 18 Luty 2009

Nawet nie wiem, jak zacząć ten tekst… Chyba po prostu stwierdzę, że będzie bardziej blogowo niż kiedykolwiek, a ja nawet nie mam siły się tego wstydzić… Dzieciom i niepełnoletniej młodzieży mówię: dorosłość jest do bani i zrozumiecie to, gdy tylko przekroczycie ten próg… I nie mówię tu wcale o pełnoletności, tylko o pierwszym prawdziwym zderzeniu z rzeczywistością. Dorosłym zaś mówię: „mieliście rację… I nie macie pojęcia jak bardzo wstydzę się niedojrzałego przeświadczenia, że dorosłość jest czymś na co warto czekać.” Przeświadczenie to odeszło w przeszłość, jednak mroczne rejestry pamięci będą go pilnować jak największego skarbu. Żyję na świecie dokładnie od 7181 dni, a wiem tylko tyle, że świadomość najgorszą z klątw jest. Czyli w zasadzie nie wiem nic. Według standardów Sokratesa jestem prawdziwie mądrym człowiekiem, dajcie mi zatem maturę lub od razu tytuł magistra filozofii, albo zabierzcie mi tę mądrość. Nie chcę jej! Chcę być normalnym nastolatkiem. Maturzystą, który wie, że MUSI zdać maturę, bo MUSI studiować jeśli w ogóle ma mieć szansę, żeby zarobić na życie.

Ale nie… Problemem nie jest tu brak wiedzy odnośnie poruszanej kwestii. Problemem jest to, że nie potrafię przełożyć tej wiedzy na logiczne działania. A nikt nie zrobi tego za mnie. Nie zrobi tego brat, który między innymi dlatego chce wrócić z wysp brytyjskich, nie zrobi tego Angela, która powtarza mi „ucz się!”, nie zrobi tego Ania, która próbuje we mnie tłumić tę niszczącą siłę, zwaną czasem wyrzutami sumienia. Żadne z nich tego nie zmieni… I nie piszę tych słów po to, żeby kogokolwiek zdeprymować . Po prostu w tej chwili nie jestem pewien, czy sam potrafię to zrobić…

Mam ochotę robić tysiące różnych rzeczy… Mniej lub bardziej głupich, czy bezużytecznych. Istotny jest jedynie fakt, że nie ma wśród nich nauki.  To tak, jakbym stojąc u jakiegoś mistycznego wejścia desperacko trzymał się futryny zamiast zrobić krok do przodu. W rozmowach z kilkoma osobami, często używałem zresztą tego porównania.

Mogę zdać maturę z posiadanym zasobem wiedzy i umiejętności. Mogę też jej nie zdać. Każdego normalnego człowieka pchnęło by to do działania. Mnie niszczy od środka.

Legalize it!

piątek, 13 Luty 2009

Według wielu ludzi, polski rząd zrobił krok w tył delegalizując „dopalacze”. Nie znam dokładnej treści ustawy, ale domyślam się, że nie jest ona spójna i niedługo pojawią się osoby zdolne wykorzystywać kruczki prawne. Rzecznikiem tych substancji nie będę, bo niektóre z nich mają rzekomo działanie podobne do twardych narkotyków, więc można się spodziewać, że i spustoszenia w organizmie sieją analogiczne. Nie próbowałem, nie zamierzam, więc i kłócił się nie będę.

Chciałbym jednak zwrócić uwagę na to, że wielu inteligentnych i światłych ludzi postuluje ostatnimi czasy legalizację marihuany. Trudno takie osobowości jak Mario Vargas Llosa, Paulo Coelho, Enrique Krauze czy Tomas Eloy Martinez posądzać o używanie tego środka w stopniu, który mógłby zaburzyć ich osąd w tej sprawie. W Polsce jednym z bardziej znanych rzeczników legalizacji miękkich narkotyków był, nieżyjący już, Jacek Kaczmarski. Malkontenci stwierdzą, iż był to alkoholik, który terroryzował rodzinę. Odpowiem wtedy, że w gruncie rzeczy mają oni rację, ale gdyby zamiast upijać się „na agresora” miał legalny dostęp do „zioła”, jego bliscy zapamiętaliby go raczej jako wesołka.

Pragnę też nadmienić, że Donald Tusk nie jest pierwszym polskim politykiem wysokiej rangi, który przyznawał się, iż miał bezpośredni kontakt z „trawką”. Jego poprzednik w tej materii zdawał się to robić regularnie (nazwiska niestety w tej chwili nie pomnę).

Jakie są w zasadzie przeciwwskazania odnośnie uczynienia marihuany legalną? Pierwszy argument jest taki, że używanie konopii indyjskich prowokuje ludzi do szukania mocniejszych wrażeń w postaci zażywania narkotyków twardych. Nawet pomijając fakt, że po mocniejsze używki sięga mniej niż połowa palaczy, trzeba się zastanowić z czego wynika to, że niektórzy jednak sięgają. Ano wynika z tego, że czarnorynkowa marihuana „wzbogacana” jest różnymi substancjami chemicznymi, o silnym działaniu uzależniającym fizycznie  (np. eter dietylowy ). Samo zaś THC (główny składnik psychoaktywny, obecny w „zielsku”) nie uzależnia w ten sposób.

Wniosek? Przekazanie kompetentnym firmom produkcji i dystrybucji legalnej marihuany i obłożenie jej podobnymi obostrzeniami, jak w przypadku alkoholu, wydaje się całkiem rozsądnym pomysłem. Jeżeli ponadto uda się uzyskać rozsądną cenę ostateczną, będzie to znaczny cios dla osób czerpiących korzyści z nielegalnego obrotu tym środkiem.

Poprzez ten tekst nie zamierzałem nikogo nakłaniać do spożywania marihuany, w jakikolwiek sposób. Nie neguję też faktu, że może ona powodować negatywne skutki dla organizmu ludzkiego (najpopularniejszymi są zaburzenia pamięci). Pragnę tylko nadmienić, że nawet według raportu WHO z 1995, skutki używania alkoholu i nikotyny są dalece bardziej poważne niż w przypadku marihuany.

Trochę konsekwencji zatem Panowie i Panie Politycy: albo zdelegalizujmy etanol i tytoń, albo zalegalizujmy marihuanę.

Debut & help

środa, 11 Luty 2009

Cóż, reklama jest wszechobecna, więc i ja się pochwalę. Otóż dzisiaj na alkopoligamia.com opublikowano mój tekst. Wprawdzie mocno mi go okrojono, ale i tak jestem z siebie dumny, gdyż jest to mój debiut poza tym blogiem. Ponadto rzeczony tekst napisany był, jak to mówią, „od niechcenia”. Liczę na to, że poznam Waszą opinię na jego temat.

Jednocześnie, żeby nie być samolubnym, proszę Was o wsparcie dla mojego kolegi Frosta, który ma nadzieję osiągnąć swoim wpisem na dailytech.pl stronę główną serwisu Wykop.pl.

Koniec reklamy. :P

Children of a Lesser God?

czwartek, 29 Styczeń 2009

Czytanie o doktrynach politycznych skłoniło mnie do przemyśleń specyficznych. Otóż każda doktryna sprawdziła się lepiej lub gorzej w określonych warunkach geopolitycznych. Patrząc na naszą ojczyznę można stwierdzić, że jesteśmy dziećmi gorszego Boga. Czy muszę tłumaczyć dlaczego?

Spróbuję. Liberałowie, na przykład, hołdują jednostkom zaradnym, co oczywiście nie pasuje z lekka mazepowatym Polakom. Ponadto, postulują te szatany, rozdział kościoła od państwa, a daliśmy się  schrystianizować tak dokładnie, że nie mieści nam się w głowach nic podobnego.

Konserwatyści  to banda strachliwych durniów, którzy boją się zmian jakichkolwiek. A my we krwi mamy bunt. „Bunt dla buntu”, jak by rzekły żabodajy. I psu na budę tacy politycy jak Churchill czy Thatcher, zwłaszcza, że konserwatyzm w wydaniu polskim oznacza restaurację socjalizmu lub demokracji szlacheckiej. I tylko Ten wspomniany w tytule, raczy wiedzieć, który z wariantów byłby bardziej szkodliwy.

Socjaldemokraci mają program, pisany jakby dokładnie pod naszą mentalność, tyle że nasza lewica nie potrafi się jednoznacznie odciąć od kompromitujących ją bezustannie twarzy Kwaśniewskiego, Millera czy nawet Kalisza, o którym żartuje się powszechnie, że co kadencję przybywa mu podbródek. Stosunek lewicowych polityków do Federacji Rosyjskiej, jak też mnożące się podziały po tej stronie sceny politycznej, z pewnością nie przysparzają zwolenników żadnej z partii opowiadających się po niej

Faszyzm i nazizm odbiły się czkawką wielu Żydom i Polakom. Wypowiedzi niektórych Niemców pozwalają jednak stwierdzić, że wspominają oni rządy Hitlera z rozrzewnieniem zbliżonym do tego, z którym mamy do czynienia słuchając od starszych osób o czasach Gierka, czy bohaterstwie Jaruzelskiego, który w swoim geniuszu ochronił nas przed bójką z Wielkim Sowieckim Bratem, mogącą się skończyć zgonem słabowitego organizmu Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Wróćmy jednak do Hitlera. O obecności w niemieckiej świadomości narodowej sentymentu do jego osiągnięć, wystarczająco świadczy działalność niejakiej Eriki Steinbach. Biorąc pod uwagę fakt, że pani ta zasiada w Bundestagu nieprzerwanie od dziewiętnastu lat, jej poglądy mają wielu zwolenników.

Działalność komunistów w naszym pięknym kraju jest na szczęście zakazana. Nawet jeśli by tak nie było to czy znalazłaby się licząca ilościowo grupa osób, które zechciałyby poprzeć tę dziwaczną doktrynę? Mimo wszystko trudno zaprzeczyć jej sukcesowi, który miał zresztą miejsce tuż poza naszym podwórkiem. Jego wykładnikiem, czy jak kto woli, owocem jest mentalność Rosjan, którzy po prostu lubią być trzymani, przepraszam, za mordę, dopóki mają świadomość, że ci którzy ich trzymają, dyktują warunki niemal całej wschodniej półkuli ziemskiej. A tak dla przyzwoitości prezydenta zamieniają w premiera i myślą, że Zachód się nie zorientuje kto się tam u nich naprawdę liczy.

Na wylansowanie innych doktryn jesteśmy albo zbyt leniwi, albo zbyt kłótliwi, albo zbyt zacofani, ale mnie się już nie chce o nich pisać, a Wam nie chciałoby się czytać. Wydaje mi się jednak, że dowiodłem, iż nie istnieje doktryna, która jest w stanie zapewnić nam  nadrobienie polityczno-ewolucyjnych braków. Niestety…