Archiwum kategorii ‘komentarz’

Agnostic Proclamation & jubilee

sobota, 17 Styczeń 2009

Kilka czynników skłoniło mnie do przemyśleń na temat religii. Celowo podkreślam, że nie mówię o wierze, a o sformalizowanych spojrzeniach na transcendencję. W związku z tym wszelkie posądzenia o ateizm są bezzasadne. Jeżeli w ogóle można będzie uznać ten tekst za jakikolwiek manifest, to niechże to będzie manifest teizmu agnostycznego.

Dlaczego określam to tak dokładnie? Ano dlatego, że rzadko zdarza się, aby moje poglądy mogła w pełni odzwierciedlić jakakolwiek definicja. W omawianym przypadku tak właśnie jest. Za wikipedią (z hasła Ateizm): Teizm agnostyczny stwierdza, że niemożliwe jest poznanie boga ani dowiedzenie jego egzystencji (lub jej braku), ale zachowuje teistyczną wiarę. Kryterium odróżniającym słaby ateizm od agnostycyzmu jest więc odrzucenie wiary. Uzewnętrzniam to wszystko teraz, bo w jakimś programie informacyjnym usłyszałem o sloganie reklamowym, który można zobaczyć na brytyjskich autobusach: Boga prawdopodobnie nie ma. Dlatego przestań się martwić i ciesz się życiem.

Ja nie jestem tak radykalny w swoich poglądach, chociaż dla wszystkich ortodoksów religijnych jestem z pewnością szatanem, a dla ateistów, tchórzem. Tak jednych, jak drugich zapewniam: to kwestia wyboru.

Kolejnym powodem do refleksji tego typu było odgrzebanie starego wywiadu z Eldoką, w którym wypowiada on następujące słowa: Jestem Muzułmaninem i forma, jaką ta religia przyjmuje, jest najbardziej adekwatna do tego, co ja czuję, jak powinno się traktować relację między człowiekiem a Bogiem. Nie potrzebuję żadnych pośredników. Wystarczy Święty Koran, ja i to, co myślę.

Nie wiem zbyt wiele o islamie, więc nie będę się kłócił przyjmowanymi przez tę religię formami traktowania relacji z Bogiem, ale zasadniczy problem polega na tym, że ekumenizm lansowany głównie przez kościół katolicki, gwarantuje innym wyznaniom tolerancję, nie zaś równoprawność. Trzeba tu nadmienić, że katoliccy duchowni podkreślają na każdym kroku, że tolerancja nie jest synonimem akceptacji. Funkcjonujące w świadomości zbiorowej przeświadczenie, że każdy dobry człowiek pójdzie do nieba jest raczej elementem folkloru ludowego niż którejkolwiek z religii. Radykalne modyfikowanie założeń którejkolwiek z nich, budzi oburzenie społeczności lokalnych, ale te same społeczności pozwalają na niewielkie, ich zdaniem, zmiany, byleby tylko pozostały ich suwerenami. A stąd już prosta droga do powstawania licznych, radykalnych odłamów lub, jak kto woli, pospolitych sekt.

Grzechem czynienia z zaświatów, sfery przeznaczonej wyłącznie dla wyznawców określonych nurtów, obciążone są jednak zbiorowe sumienia wszystkich istniejących kościołów. Zabawne lub tragiczne jest to, że religie monoteistyczne mają te same fundamenty, a różnice które dzieliły je przez tysiąclecia, w skali zbawienia są niuansami.

Dzisiejszy tekst jest setnym, więc pora na małe podsumowanie. Jako że i tak dziś się rozpisałem jak nigdy, będzie ono naprawdę krótkie. Otóż, dzisiaj przejrzałem zamieszczane tu notki i ze zgrozą stwierdziłem, że ich lwia część nie trzyma się kupy pod względem gramatycznym. Więcej grzechów nie pamiętam, za wszystkie serdecznie żałuję i obiecuję poprawę. ;)

Fill me in!

piątek, 16 Styczeń 2009

Dzisiaj bardzo potrzebuję wypełnienia. Nie wypełnienia czasu, bo tego zawsze jest za mało, ale wypełnienia duchowo-uczuciowego, będącego gwarantem swoistego uporządkowania. Nadzieja na takie wypełnienie i tak już nikła, legła w gruzach po przeczytaniu artykułu Pardonu.
Jako Petroniusz swoich czasów, tak bardzo do nich nieprzystający, mogę najwyżej pomarzyć o estymie, jakiej doświadczył mój pierwowzór. No chyba, że nauczę się dzielić tym, kogo pokocham, a jakaś szalona białogłowa zakocha się w moich lirykach :P

Nasuwa się smutna refleksja: mężczyzna podrywający dziesiątki kobiet cieszy się może uznaniem kolegów, ale przez córy Wenus uznawany jest, nazwijmy to eufemistycznie i staromodnie, za zimnego drania. Kobiety natomiast motywują swoje skłonności do nimfomanii hormonami. Testosteron każe mężczyźnie być łowcą, ale czy któraś z pań wzięła na to poprawkę oceniając synów Marsa? A podobno kobiety są bardziej uduchowione i wyrozumiałe

Gombrowicz i kosmopolityzm

niedziela, 7 Grudzień 2008

Nie każdy musi być patriotą… Świat złożony z samych patriotów byłby nudny, przyznaję. W dzisiejszych czasach, w dobie ONZ, UE i NATO granica między patriotyzmem a kosmopolityzmem zaciera się. Kocham swoją ojczyznę, bo jest jedna, ale jeśli zapytacie o moje obywatelstwo to powiem, że czuję się nie tylko Polakiem, ale też Obywatelem Świata.

Chwilowo dosyć jednak o mnie, bo Gombrowicz z tytułu wyraźnie domaga się naszej uwagi. Tak, naszej… Nie tylko mojej, bo jeśli to czytasz, też powinieneś / powinnaś się na nim skupić, bo piszę o rzeczach, które winny być ważne dla każdego człowieka.

Otóż miał Gombrowicz tego pecha, że żył w czasach obu Wojen Światowych. Jak się zachowywał w trakcie pierwszej, trudno powiedzieć. W momencie jej wybuchu miał ledwie dziesięć lat. Za to w przeddzień drugiej był już statecznym mężczyzną i zrobił najgorsze, co mógł zrobić – wyjechał. I to nie po to, aby być ambasadorem sprawy polskiej, a po to, żeby ratować skórę.

Traktowanie ojczyzny jako formy, napiętnowanej z zasady w Ferdydurke trąci, za przeproszeniem, Różą Luksemburg, czy Feliksem Dzierżyńskim i jest, w moim mniemaniu, dalece bardziej niebezpieczne niż poddawanie się jej.

Inna sprawa, że urodził się Gombrowicz w narodzie megalomanów, którzy sami doprowadzili do upadku własnej państwowości, stawiając interesy prywatne ponad dobrem państwowym, a mimo to zachowywali się ciągle tak, jakby ich pozycja była mocarstwowa.

Nie dziwi zatem stosunek pisarza do anachronicznej kultury szlacheckiej, a sposób, w jaki go manifestował. Człowiek szanujący ojczyznę (celowo nie używam kategorii miłości), może piętnować mentalność współobywateli, ale powinien wspierać ich działania w zakresie obrony i ewentualnej odbudowy wspólnego domu. Mogłoby to zaowocować pozytywnymi zmianami w postrzeganiu siebie i innych. Niestety, nie zaowocowało.

Cudze chwalicie? Takie samo jest jak Wasze

sobota, 20 Wrzesień 2008

Jeśli ktoś mnie choć trochę zna, wie, że oglądam niemało amerykańskich seriali. Robię to tym chętniej im bardziej podoba mi się któraś z aktorek, że zaś Amerykanie mają talent do wynajdywania tych najpiękniejszych to się trochę tego nazbierało. Mógłbym sobie do tego dorobić jakąś zgrabną filozofię (jak to często czynią za oceanem), ale pozwolę sobie zostać przy zgrabnych paniach.

By być uczciwym, muszę jednak coś przyznać. Ta myśl dojrzewała we mnie od wielu miesięcy. Ale żeby nie było tak łatwo to zacznę, za przeproszeniem, od tyłu. Zarzuca się polskim telenowelom (czy jak kto woli serialom), jednostajność i powielanie utartych schematów. Żaden rozsądny widz nie odważyłby się chyba z tym polemizować. Inna sprawa, że połowę naszych rodzimych produkcji pisała bądź nadal pisze jedna scenarzystka, co jest jakimś usprawiedliwieniem. Prawdziwy problem polega na tym, że amerykańskie seriale (skądinąd tak dobrze przez nas przyjmowane), różnią się od naszych dużo mniej niż myślicie. Przede wszystkim są zbiorczą emanacją wyobrażeń milionów amerykanów, ale po kolei:

- główni bohaterowie - zwykle geniusze, klony, albo inni kosmici, którzy odkrywając swoje nadnaturalne zdolności postanawiają działać dla dobra ludzkości, oczywiście tak, aby nikt się o tym nie dowiedział, bo jeszcze za dużo panienek im wskoczy do łóżka. ;) „Chlubnym” wyjątkiem (chociaż nie do końca wyjątkiem) jest tu postać Nancy Botwin z serii Weeds: matka dwóch dorastających chłopców, która zdesperowana śmiercią męża, zaczyna handlować trawką, aby nie dopuścić do pogorszenia się ich standardu życia

- główni złoczyńcy - szefowie/członkowie wielkich korporacji, którzy nie cofną się przed niczym, aby uczynić z naszych szlachetnych bohaterów swoje króliki doświadczalne lub wykorzystać ich do swoich niecnych celów. Czasem, o zgrozo, posługują się stróżami prawa, którzy uwaga, nie zawsze są skorumpowani

- wątki miłosne – istnieją, a jakże. Wybranką serca głównego bohatera okazuje się zawsze „dziewczyna z sąsiedztwa”. Ładna, miła, inteligentna, raczej nie gotowa na związek, ale kto by się tam oparł superbohaterowi? Sami bohaterowie są na ogół prawiczkami bez skazy, a mimo że mają przynajmniej 18 lat, przeżywają swoją pierwszą prawdziwą miłość. Żeby jednak nie było zbyt kolorowo, muszą ciągle wybierać pomiędzy szczęściem świata lub ewentualnie swojej najbliższej rodziny, a swoim własnym.

- sielanka, a właściwie jej brak. Kiedy tylko wydaje się, że wszystko w życiu naszych ulubionych postaci się poukładało, okazuje się, że coś się jednak psuje. Rozumiem, że wszystko, co opiera się na fabule, rządzi się swoimi prawami (szczególnie produkcje telewizyjne), ale nie miałbym nic przeciwko temu, żeby pooglądać przez 1 czy 2 odcinki jak ktoś, kto robi dla świata więcej niż ktokolwiek inny, jest w końcu szczęśliwy

- zakończenia sezonów – scenarzyści zawsze wiedzieli jak zakończyć nawet najnudniejszy sezon, tak aby przyciągnąć widzów na co najmniej dwa najbliższe odcinki. Ta prawda jest chyba wspólna dla wszystkich nacji.

Oczywiście, wszystkie te czynniki, trochę się różnią od tych występujących w naszych produkcjach, ale wynika to z odmiennej świadomości amerykanów spróbuję objaśnić różnice:

- amerykanie zawsze cenili wyjątkowość. Co więcej marzyli o kimś, kto pojawi się i rozwiąże wszystkie ich problemy. Jako młode społeczeństwo do dzisiaj mają skłonność do patetyzowania zarówno swojej historii jak też wszystkich opowiadań i przekazów. Podświadomie pragną superbohaterów, więc tworzą takie postacie.

- jak wyżej, przed kimś obdarzonym szczególnymi zdolnościami, nie można postawić zwykłych problemów, bo będzie za łatwo. Jest to też wynik popularności teorii spiskowych, które mówią najczęściej o tym, że świat jest sterowany przez obrzydliwie bogatych i potężnych ludzi

- ten czynnik (podobnie jak piękne panie) przyciąga rzesze młodocianych widzów, którzy często identyfikują się z problemami emocjonalnymi bohaterów, mimo że nie posiadają ich mocy. Scenarzyści zaś, najczęściej niezadowoleni z wczesnej inicjacji seksualnej swoich dzieci i ich rówieśników, podają im wzorce bohaterów, którzy szanują dziewictwo własne i swoich ukochanych

- za dużo sielanki = nuda = spadek oglądalności = mniejsze zyski

Powyższa równość jest również prawidłowa dla ostatniego punktu. Wydaje mi się, że udało mi się uzasadnić powyższą tezę. Jaka będzie konkluzja? Wszyscy jesteśmy hipokrytami. :P

Dziewictwo na sprzedaż

poniedziałek, 15 Wrzesień 2008

Zawsze kiedy piszę tu o seksie (ot, zdarzyło mi się raz czy dwa i już piszę „zawsze”) staram się, żeby był to poważny tekst, raczej analityczny niż perwersyjny, także nie ma czego się bać. Przy okazji porannego sprawdzania poczty, natrafiłem na o2 na ciekawy nagłówek: „Chce sprzedać swoje dziewictwo na aukcji”, jako że redaktorzy portalu pisali wcześniej o ludziach, którzy próbowali sprzedać całe swoje życie, byłem ciekaw szczegółów. Nie tak dawno nastolatka (Polka?) chciała oddać się pod panowanie człowieka, który ją wylicytuje, ale do rzeczy.

Natalie Dylan (nazwisko zmienione, a jakże), jest 22-letnią kobietą, która zdecydowała się sprzedać swoje dziewictwo, aby, o ironio, sfinansować sobie studia magisterskie na kierunku ”terapia małżeńska i rodzinna”.

Nie będę wdawał się w dywagacje dotyczące przeciętnego wieku inicjacji seksualnej w USA, powiem tylko, że nawet jeśli nastolatka dotrwa tam „w wianuszku” do balu maturalnego, zwykle pozbywa się go tejże nocy. Biorąc pod uwagę fakt, że starsza siostra panny Natalie w The Moonlite Bunny Ranch, zatrudniającym około 500 prostytutek, nazywanym przez nie same Stolicą Rozprawiczania Ameryki (za a11news.com).

Natalie twierdzi, że jest przygotowana na kontrowersje jakie może wzbudzić. Dlaczego zatem występuje pod zmienionym nazwiskiem? Zwłaszcza, że jej wizerunek został upowszechniony przez amerykańskie media. Twierdzi także, iż ma medyczny dowód na swoje dziewictwo. Przypomnę tylko, że możliwe są operacje rekonstrukcji błony dziewiczej (w USA są stosunkowo popularne), a sama błona nie musi pęknąć przy pierwszym stosunku.

Smutną kwestią jest fakt, że zdania na temat pomysłu 22-latki są podzielone. Jedna ze studentek, zapytana o zdanie przez CNN, pochwala jej decyzję. Pozostaje równie smutna refleksja, że w popkultura stwarza możliwości do sprzedania wszystkiego. Nawet rzecz, której prawdopodobnie się nie ma…

Sens

piątek, 1 Sierpień 2008

Mamy rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. Wiersz, który za chwilę tu wkleję, nie ma z nim zbyt wiele wspólnego, no może poza tytułem, bo niewątpliwie walka była sensem życia jego uczestników. Stała się jedynym sensem jaki znali ci, którzy zginęli. Ja mam to szczęście, że żyję w czasach względnego pokoju, toteż i sens mojego życia jest inny. O nim jest ten wiersz:

 Sens (10.7.2008)

Wpuszczam głośną muzykę wprost do uszu
Na coś trzeba umrzeć
Ona dodaje animuszu
Nigdy nie byłem w Luwrze
Pewnie nigdy tam nie będę
Piszę pewnie bo sam nie mogę wiedzieć
Jakie niziny zobaczę i jakie szczyty zdobędę
A może będę tylko siedzieć
Śnić swe sny o potędze nieziszczalne
Takie to prawdopodobne
A zarazem takie banalne

I dlaczegóż świat się dziwi
Że chcę jeszcze zaśmiać się jowialnie
Że gdy chodzi o doznania piekielnie jestem chciwy
Że żyję tylko po to żeby ciągle gdzieś gonić
Żeby świat mieć na dłoni
Żeby włożyć na skronie
Laur co zastąpi mi koronę

Laur włożony rękami własnymi
Co stworzone są po to
Aby świat opisywać słowami zgrabnymi

“Każdy ma prawo do orgazmu!”?

poniedziałek, 5 Maj 2008

Już sam tytuł jest co najmniej kontrowersyjny, ale warto podjąć rozważania krążące wokół niego zwłaszcza, że pozwala on zahaczyć więcej niż o jedną sprawę. Ale po kolei. Jeszcze w chwili kiedy zaczynam pisać ten tekst, portal o2.pl każe nam przygotować się na seksualną rewolucję. Fajnie. Zaciekawiony czytam na czym ma polegać owa rewolucja. No i ogólnie wygląda na tępienie pruderii w najgorszym tego słowa znaczeniu. Pozbawianie ludzi przeświadczenia, że seks jest tematem tabu, jest czymś istotnym, ale z wiadomych przyczyn, moją uwagę zwraca pewien fragment. Mianowicie:

W ramach programu profesor Zbigniew Izdebski będzie promował seks wśród osób niepełnosprawnych

Ciśnie się na usta pytanie, jak ma wyglądać taka promocja, bo problem niskiej aktywności seksualnej niepełnosprawnych nie wynika bynajmniej wyłącznie z niskiej samoświadomości czy też ograniczonych możliwości fizycznych. Znacznie bardziej istotny jest fakt, że niewielu niepełnosprawnych potrafi zbudować na tyle stabilny emocjonalnie związek, aby oddać się partnerowi w sensie łóżkowym lub też wydać jednoznaczny komunikat, że oczekują od partnera tego rodzaju oddania. Ci którzy żyją w poważnych związkach, z pewnością korzystają z uciech alkowy w taki sposób, w jaki pozwala im ich zdrowie, a przede wszystkim sprawność fizyczna. Tym bardziej, że wielu określa seks jako doskonałą formę rehabilitacji.

Czyżby zatem szanowni Panowie Seksuolodzy zamierzali pomagać spragnionym seksu niepełnosprawnym na sposób szwajcarski (fundując im zaspokojenie potrzeb). U nas to nie przejdzie. Nie w kraju, w którym lewicowi radni planują odebranie majątków niepełnosprawnym. Nie w kraju, gdzie niepełnosprawni są poniżani wielokrotnie częściej niż na zachodzie (chociażby przez wyrzucanie ich z klubów). Jak można sądzić, że ludzie nierzadko pozbawiani honoru skorzystają z czegoś, co niezależnie od tego, jak to nazwiemy, ogółowi społeczeństwa kojarzyć się będzie z pospolitą prostytucją. Nie wspomnę o tym, że wielu niepełnosprawnych to osoby głęboko wierzące. Dalej

Ekwador chce zapisać w konstytucji prawo kobiet do osiągania satysfakcji seksualnej. Szczytne w kraju, w którym kobietę traktuje się niewiele lepiej od dmuchanej lalki. Tylko jak udowodnić winę mężczyzny, jeżeli kobieta nie czuje się zaspokojona. I idąc krok dalej: jak takiego mężczyznę ukarać?

Z powyższych przykładów wynika, że niektórzy nie mają się czym zajmować, albo przynajmniej nie chcą dostrzec prawdziwych przyczyn poruszanych problemów. Pół biedy, jeśli jest to grupka naukowców. Gorzej jeśli dotyczy to rządu jakiegokolwiek kraju, kiedy ten mógłby w tym czasie zaostrzyć prawo dotyczące czynności seksualnych z udziałem nieletnich. Wiecie już do czego piję? Ano do R Kelly’ego, który miał zmusić 13-letnie dziewczę do udziału w trójkącie. Żałosne? Chore? To za mało. Czy, aby zatem każdy ma prawo do orgazmu?

Jednak mieszkam na wsi

środa, 23 Kwiecień 2008

Nad wstępem do tej recenzji zastanawiałem się już wczoraj. Miałem zamiar zacząć od tego, że nie spodziewałem się, aby dyrektor mojej szkoły (człowiek znany z konserwatywnych poglądów) zgodził się na to, abyśmy poszli na film, który zapewne według nadgorliwych promuje aktywność seksualną nastolatków.

Do rzeczy jednak. Od początku: czołówka. Zwykle ogranicza się ona do dużego napisu z tytułem filmu, a nazwiska odtwórców głównych ról są „wkomponowywane” w obraz. Twórcy Juno zaserwowali animację, która w zasadzie nic nie wnosi do filmu, a jeszcze okraszona jest piosenką, która szybko zaczyna irytować. Umieszczenie tego dziwnego tworu kilka minut po rozpoczęciu filmu trąci serialem.

Skoro zacząłem o muzyce, to powiem, że w dalszej części jest ona utrzymana w podobnym tonie, ale w jakiś dziwny sposób człowiek przyzwyczaja się do niej, a nawet stwierdza, że nadaje ona swoisty filmowi klimat. Na szczególne wyróżnienie zasługuje jednak piosenka końcowa, która odbiega od tego klimatu, ale bardzo przyjemnie się jej słucha

Komizm. Jak przystało na komedię, występuje. Trzeba go jednak podzielić na komizm sytuacyjny i słowny.Wartość pierwszego, znacznie przewyższa wartość drugiego, chociaż komizm słowny mógł się najzwyczajniej w świecie rozmywać przez totalnie beznadziejne tłumaczenie. Nie udało mi się zapamiętać żadnego naprawdę śmiesznego zdania, mimo że parę razy się uśmiechnąłem. Kolega miał podobne odczucia, a zwykle po naprawdę śmiesznych filmach, sypiemy cytatami przez co najmniej kilka dni.

Komizm sytuacyjny. Żeby ukazać, że istnieje, a jednocześnie nie zepsuć ewentualnego oglądania, przytoczę tylko scenę, w której Bleek smaruje uda antyperspirantem.

Realizm. Tutaj film wypada naprawdę nieźle. Po pierwsze, dialogi nie są na siłę cenzurowane. Po drugie, początek obfituje w kilka sugestywnych ujęć, które nie przekraczają granic dobrego smaku, a jednocześnie przemycają między wierszami pewną dawkę erotyzmu (vide spadające majtki Juno podczas retrospekcji stosunku). Po trzecie sylwetki bohaterów są wiarygodne. Juno – znudzona zwyczajnym życiem outsiderka; Bleek – nieporadny sportowiec; Leah (przyjaciółka Juno) – nastawiona typowo konsumpcyjnie laleczka.

Model rodziny w jakiej wychowała się Juno, także wydaje się być typowy dla USA: ojciec, który nie jest zachwycony wpadką córki, ale też nie wyciąga wobec niej żadnych konsekwencji z tego powodu; macocha, która nie pała do niej szczególną miłością, ale potrafi stanąć w jej obronie kiedy trzeba (USG) i przyrodnia siostra, z którą bohaterka nie czuje się szczególnie związana

Wypadałby w końcu nawiązać do tytułu. Otóż kino zafundowało nam dodatkową atrakcję w postaci gasnącego projektora. Stało się to wtedy, kiedy Juno miała poznać Marka i Venessę (obejrzycie to dowiecie się kto to). Obsługa kina otrzymała brawa. Jak długo żyję, nie słyszałem o podobnym incydencie. Mógł on wpłynąć na mój odbiór filmu i trudno powiedzieć czy nie wpłynął. W żadnym większym mieście nie mogłoby się zdarzyć coś takiego

Mam mieszane uczucia. Film nie powala, ale też nie jest tragiczny. Jeżeli zamierzacie na niego pójść to nie będę Was odwodził od tego zamiaru, ale tylko jeżeli znacie angielski na tyle dobrze, żeby odpuścić sobie czytanie napisów. Nie jest to jednak film na miarę Supersamca, mimo że odtwórca roli Bleeka, grał tam jedną z głównych ról.

Technika pisania recenzji

wtorek, 22 Kwiecień 2008

Tytuł przypomina temat lekcji języka polskiego, ale treść tego wpisu ma z nim w zasadzie tyle wspólnego, że faktycznie jest to artykuł podejmujący zagadnienia czysto teoretyczne. Postanowiłem odnieść się do komentarzy pod recenzją poniżej, a wybrałem ten sposób, bo jest bardziej widoczny.

Otóż, nigdy nie twierdziłem, że nie potrafię pisać recenzji. Przyznałem się tylko do braku doświadczenia w tej materii. Zdarza mi się czasem napisać coś zgrabnego, ale muszę mieć o tym pojęcie wykraczające poza wiedzę elementarną.

Filmy oglądamy wszyscy, jeśli nie w telewizji, to w kinie, jeśli nie w kinie to na komputerze. Gdziekolwiek byśmy je oglądali, to oglądamy je od dziecka, więc zakładając, że oglądamy jeden film tygodniowo (znam ludzi, którzy oglądają po kilka filmów dziennie, sam oglądam coś częściej niż raz na tydzień, ale takie założenie przyjąłem po pierwsze dlatego, aby wyłączyć z rachunku bzdurne seriale, a po drugie dlatego, żeby każdy indywidualnie i w łatwy sposób mógł moje szacunki odnieść do siebie choćby w przybliżeniu), po przeżyciu osiemnastu lat obejrzymy około 940 filmów, pomnożone przez 7 dni tygodnia, daje to 6570. Jeśli wyciągniemy z tego średnią daje to 3755 tytułów, które jako osiemnastolatek najpewniej obejrzałem.

Od kilku lat czuję się świadomym widzem. Toteż mój odbiór ruchomych obrazów nie ogranicza się do bezkrytycznego mówienia o nich. Nawet jeśli ogólne wrażenie było dobre. Po co te wszystkie obliczenia? Ano po to, żeby zestawić „doświadczenie” kinomana z doświadczeniem fantasty. Liczba przeczytanych przeze mnie książek o tej tematyce, z pewnością nie przekracza 20, w parę crpgów się grało, ale te, które udało mi się przejść od początku do końca, mogę chyba policzyć na palcach jednej ręki. Dlatego, mimo że pochlebia mi zaproszenie do ekipy Wrót Wyobraźni wystosowane przez Frosta jakiś czas temu, nie czuję się osobą kompetentną, aby z takiego zaproszenia skorzystać. Dla niewtajemniczonych, Frost zlecił mi jako wprawkę i próbę napisanie recenzji serii Final Fantasy, ale nie sprostałem minimum formalnemu, jakie przede mną postawił. Po części dlatego, że w całości przeszedłem tylko siódmą i ósmą część serii, a w wiele innych nawet nie grałem. Nie bez znaczenia był tu też z pewnością mój sentyment do tych gier, który utrudniałby mi napisanie o nich czegoś złego.

Jutro idę z klasą na film Juno, więc o ile znajdę czas, podzielę się wrażeniami. ;) Aha, Frost, mam nadzieję, że nie zdradziłem żadnej tajemnicy? :roll:

Papież-playboy

niedziela, 13 Kwiecień 2008

Wbrew tytułowi, nie umiejscowię Benedykta XVI w środku wyuzdanej seksafery :P Jakiś czas temu wróciłem z seansu Nie kłam kochanie w miejscowym kinie i mówiąc szczerze nie jestem zawiedziony. Aż trudno uwierzyć, że autorka tak topornych dialogów, z jakimi mamy do czynienia chociażby w M jak Miłość, napisała coś tak świeżego i na czasie. Ale cóż, za produkcje kinowe lepiej płacą ;)

Teraz coś o obsadzie. Bardzo przyjemnie ogląda się Martę Żmudę Trzebiatowską w głównej kobiecej roli. Martwi mnie tylko to, że reżyserowie tak zaborczo pragną ją mieć w co drugiej produkcji. Oczywiście, to bardzo dobrze, bo ta pani ma urodę tak nienachalną, że można by ją oglądać codziennie. Problem polega na tym, że nie dalej niż za rok, pojawi się jakaś nowa pani, a koleżanka Marta pójdzie w odstawkę tylko dlatego, że przestała być trendy, albo miała zbyt mało znajomości.

Beata Tyszkiewicz – w życiu bym nie powiedział, że pierwsza dama polskiego kina, współczesny arbiter elegancji zgodzi się zagrać podstarzałą hipokrytkę, która mało, że lubi zajrzeć do kieliszka to jeszcze przegrywa w kasynie niewyobrażalną fortunę. Jak się za chwilę okaże, nie jest to najbardziej niestosowna rola w filmie

Piotr Adamczyk – rozumiem, że ktoś, kto nie tak dawno grał papieża, a nie czuje się w żadnej mierze świętym, a nawet chyba nie jest ojcem, chce się uwolnić od tego wizerunku, czy udowodnić swoją wszechstronność. Ale Fryderyk Chopin i wspomniany już Jan Paweł II z jednej strony i zubożały playboy z drugiej to trochę inna liga. Trzeba było aż tak? Nie wystarczyła rola Kornela w Testosteronie? Prawdę mówiąc byłem nieco zdziwiony widząc na sali kilkoro całkowicie siwych ludzi. Wszak większość z nich utożsamia aktorów z granymi przez nich postaciami. Gdyby się zanadto oburzyli widząc kim został ich „papież”, mogłoby to mieć kolosalne (, a nawet letalne) konsekwencje.

Sławomir Orzechowski – ta rola była jak najbardziej na miejscu. Aktor kojarzony z postaciami gangsterów potrafił się „poniżyć” i zagrać pantoflarza. Pantoflarza, który nie godzi się jednak ze sztucznością kreowaną przez jego żonę i podczas całego filmu wypowiada bodaj tylko jedną kwestię: „Dajcie wy mi wszyscy święty spokój”. Piotrek ucz się od filmowego taty ;]

Lech Wałęsa i Grzegorz Halama – pojawienie pierwszego jest więcej niż zaskakujące, zwłaszcza że następuje na końcu filmu i ciężko to uznać za reklamę dla filmu. Scenę z Halamą można porównać z epizodem u Wojewódzkiego w Testosteronie, śmieszny akcent, chociaż nie tak błyskotliwy, jak „Alicjo, w jaką miłość wierzysz?” Wojewódzkiego

Ogólnie film dobrze odmalowuje mentalność tzw. Warszawki, a także sposób myślenia i działania ludzi, którzy przyzwyczajeni do pewnego standardu życia, tracą grunt pod nogami w momencie zachwiania płynności finansowej. Kończy się tylko zbyt szczęśliwie, żeby skłonić do refleksji. Ale w końcu to komedia romantyczna.

A, jeszcze kilka słów o piosence promującej tę produkcję. Jest to zdecydowanie najsłabsza jej strona. Tekst pisała bodajże nawet Ania Dąbrowska, ale czy musiano go powierzyć Flincie i Zagrobelnemu? A przepraszam, ten pan ze swoją „Nieprawdą” (czy jak tam to szło) jest teraz bożyszczem nastolatek. :roll: I tym sposobem tekst mojej ulubionej polskiej wokalistki z kręgów niehip-hopowych ma szanse stać się większym obciachem niż Rubik…