Archiwum kategorii ‘książka’

Literary translation

wtorek, 22 Marzec 2011

Zaprawdę powiadam Wam: moje parcie na szkło jest wprost nieprzyzwoite. Jutro kolokwium z literatury, ja nie odróżniam poszczególnych typów sonetów, a co mi zaprząta głowę? Chęć podzielenia się z Wami przekładem fragmentu Uciekaj Króliku. Nie czytajcie ogólnodostępnego tłumaczenia, bo jest starsze ode mnie, a nawet brzydsze ( ;) ). Tyle tytułem wstępu, bo naprawdę nie mam czasu, a jakby ktoś chciał koniecznie zobaczyć oryginał to niech się zgłosi. Propsy dla Kasi Małek za proofreeding:

- Wspólnie z Joyce sądzimy, że są zabawne.

- Zatem oboje macie chore poczucie humoru. Ona co wieczór mnie pyta o tego cholernego kucyka Toma i co to znaczy „umrzeć”.

- To jej powiedz co to znaczy. Gdybyś, tak jak ja i Belloc, wierzyła w absolut, te zupełnie naturalne kwestie nie irytowałyby cię.

- Nie przynudzaj, Jack. Jesteś paskudny, kiedy to robisz.

- Chcesz powiedzieć, że jestem paskudny, kiedy jestem poważny.

- Ciasto się przypala. – powiedział Królik.

Lucy spojrzała na niego, a zrozumienie zmroziło jej spojrzenie. W jej oczach było jakieś chłodne wołanie, ginący krzyk istoty zewsząd otoczonej wrogami. Królik odczuł to, lecz zignorował. Powędrował spojrzeniem ku czubkowi jej głowy, ukazując swoje wrażliwe nozdrza.

- Gdybyś tylko faktycznie był poważny. – rzuciła jeszcze Lucy, a jej gołe nogi mignęły, gdy przebiegała przez posępny korytarz plebanii.

- Joyce, idź do siebie, załóż bluzkę i wtedy będziesz mogła do nas zejść – zwrócił się Jack do córki, która jednak z łoskotem zeszła trzy stopnie niżej – Słyszałaś co powiedziałem?

- Ty po nią idź tatulu.

- Dlaczego tatuś miałby ci przynosić bluzkę skoro jest na dole?

- Bo ja nie wiem, gdzie ona jest.

- Ależ wiesz. Leży na komodzie.

- Nie wiem gdzie jest kumoda.

- Oczywiście, że wiesz, skarbie. Jest w twoim pokoju. Załóż bluzkę, a będziesz mogła zejść do nas.

Ale Joyce była już w połowie drogi.

- Boję się lfa. – westchnęła, a na jej twarzyczce pojawił się uśmieszek zdradzający świadomość  jej własnego zuchwalstwa. Królik usłyszał w jej głosie tę samą przeciągłą nutę, która pojawiała się w głosie jej matki, gdy ta drażniła się z Jackiem.

- Nie ma żadnego lwa. Tylko Bonie tam śpi i wcale się nie boi.

- Proszę tatusiu. Proszę, proszę, proszę, proszę – Joyce zeszła na dół i objęła kolana ojca.

Eccles roześmiał się. Aby odzyskać równowagę, oparł się na raczej szerokiej główce córki. Była to zresztą cecha, którą podobnie jak spłaszczony czubek głowy, Joyce miała po nim.

- Dobrze – powiedział – Zaczekaj tu i porozmawiaj z tym zabawnym panem. – z nadspodziewaną energią wbiegł po schodach.

- Joyce, jesteś dobrym dzieckiem? – spytał Królik.

Dziewczynka wypchnęła brzuszek do przodu, wcisnęła głowę w ramiona, wydając przy tym nieznaczny odgłos z głębi gardła. Pokręciła głową. Królik odniósł wrażenie, że próbowała zmylić go swoim wyglądem, lecz właśnie wtedy odezwała się z nadspodziewaną mocą:

- Tak.

- A twoja mamusia jest dobra?

- Tak.

- Dlaczego tak sądzisz? – Królik miał nadzieje, że pani Eccles słyszała tę rozmowę. Krzątanina przy piekarniku ucichła.

Joyce spojrzała na niego. Strach bardzo wyraźnie odznaczył się na jej twarzy. Była bliska płaczu, więc uciekła do matki. Pozostawiony sam sobie przechadzał się nerwowo po korytarzu próbując się uspokoić, skupiając uwagę na którymś z obrazów. A było z czego wybierać. Pejzaże z obcych stolic, kobieta w bieli, stojąca u stóp drzewa, którego każdy listek obramowany był na złoto, pieczołowity szkic w długopisie kościoła episkopalnego świętego Jana z finezyjnym podpisem Mildreda L. Kramera i datą 1927. W połowie korytarza, nad niewielkim stolikiem wisiało zdjęcie jakiegoś staruszka z białymi włosami i w koloratce, który to staruszek spoglądał z fotografii tak przenikliwie, jak gdyby dane mu było poznać naturę wszechrzeczy. W ramę wetknięto także wycięte z gazety, pożółkłe już zdjęcie tego samego dżentelmena w znacznym powiększeniu. Na tym drugim zdjęciu mężczyzna ściska cygaro, śmiejąc się do rozpuku z trzema innymi osobnikami w sutannach. Przypominał nieco Jacka, ale był grubszy i wyraźnie silniejszy. Cygaro trzymał pewnie w garści. Dalej widać było reprodukcję obrazu przedstawiającego cieślę pracującego w blasku aureoli. W szkle osłaniającym ten obraz, Królik widział odbicie własnej głowy. W korytarzu unosiła się jakaś cierpka woń jakby odplamiacza, świeżego lakieru, kulek na mole lub  starej tapety. Zastanawiał się nad tymi możliwościami, „ten, który zniknął”. Walka płci zaczyna się w zasadzie podczas porodu – co za suka, doprawdy. Ma jednak w sobie jakiś płomyk, który rozświetla te jej jaskrawobiałe nogi. Pewnie ma małą, niedopieszczoną piczkę. Ciacho. Seksowne, a zarazem nudne ciacho.Mimo wszystkich jej wykluczających się cech, kochał ją.

Jak widzicie, na blogu pojawiła się nowa kategoria, więc prędzej lub później możecie się spodziewać kolejnych tłumaczeń prozy, jak i wiersza, z angielskiego na nasz i odwrotnie też. Stay tuned. ;)

Marathon

piątek, 24 Lipiec 2009

W ciągu ostatnich 72 godzin obejrzałem w kinie trzy filmy. Tak się ciekawie złożyło, że wszystkie te obrazy były ekranizacjami tekstów literackich. O dziwo, najlepszym z nich okazały się Anioły i demony na motywach powieści Browna. O dziwo, bo konkurencja była nie byle jaka. Były to mianowicie Tatarak Wajdy inspirowany opowiadaniem Jarosława Iwaszkiewicza, oraz Harry Potter i Półkrwi Książę.

Dlaczego akurat film Rona Howarda był najlepszy? Ukażę to punktując wady jego konkurentów.  Jedyny polski film w stawce wzbudził mieszane uczucia. Szczegóły z ostatnich kilku tygodni życia Jandy z jej mężem, Edwardem Kłośińskim wmieszane w historię fabularną miały ze sobą najwyżej dwa wspólne mianowniki: chorobę Pani Marty i śmierć Bogusia.  Ostatecznie nie do końca wiadomo o czym w ogóle mowa. Miałem wręcz wrażenie, że aktorka pokroju Jandy posunęła się do sprzedawania własnego cierpienia.

I myślałbym pewnie, że lepiej byłoby gdyby reżyser nie czekał na tę właśnie aktorkę, lecz powierzył rolę doktorowej komu innemu. Myślałbym tak, gdyby nie słowa wstępu do filmu wygłoszone przez prowadzącego bialskie spotkania filmowe. Stwierdził on bowiem, że najbardziej sławnemu polskiemu reżyserowi całkiem słusznie zarzuca się przekłamywanie historii. Mniej więcej w połowie seansu pojawiło się w moich myślach zdanie, że artysta nigdy nie kłamie, lecz może używać fikcji, aby pokazać ogólną prawdę, będące parafrazą słów jakiegoś autorytetu z dziedziny szeroko pojętej sztuki. Pomyślałem sobie także, że ekranizacji tekstów literackich może ponadto dotyczyć prawidłowość właściwa ich przekładom, mianowicie: piękne nie są wierne, wierne nie są piękne. Bez wątpienia Tatarak promował jakieś wyższe wartości, jednak – jak na mój gust – ukryto je zbyt głęboko. Stąd też moje ambiwalentne odczucia.

Przypadek najnowszej kinowej adaptacji przygód młodego czarodzieja ukazuje natomiast, że nie wystarczy dobrze opowiedziana historia, aby zrobić warty obejrzenia film. Przed seansem, który rozpoczął się już dzisiaj, bo o godzinie 00:01 miałem przyjemność udzielić wywiadu bliżej nieokreślonym dżentelmenom z kamerą. Zapytany, czego spodziewam się po filmie, odpowiedziałem, że spodziewam się pazura, mrocznej atmosfery, która ewidentnie emanuje z szóstego tomu serii o Harrym Potterze. Takie oczekiwania, wzbudził zresztą zwiastun, który, jak śmiem twierdzić, objął niemal wszystkie ciekawe momenty filmu. Na potwierdzenie tych słów i, aby ułatwić ustosunkowanie się do sprawy w domowym zaciszu już po obejrzeniu Księcia, zamieszczam zwiastun filmu emitowany w polskich kinach.

Przyznacie chyba, że mieliśmy prawo oczekiwać obrazu, który mógłby nawet przestraszyć osobniki o słabszych nerwach. Yates zamiast tego zaserwował pseudokomedyjkę kostiumową, nudną niemal zawsze, gdy braknie podtekstów. A tych jest całkiem sporo jak na film dla młodzieży. Pominę już nieścisłości fabularne, które były widoczne nawet dla kogoś kto książkę przeczytał zaraz po jej wydaniu w Polsce, ale nie biły po oczach. Poza tym pamiętajmy o pięknie i wierności.

Obiektywnie mierny poziom filmu jako całości dziwi zwłaszcza, że za reżyserię poprzedniej części – którą to część wspominam znacznie lepiej niż tę opisywaną obecnie – odpowiada ten sam człowiek. Czyżby poszedł na łatwiznę?

Na koniec przyszła pora na kilka słów o najlepszej z wspomnianych dziś produkcji. Nie czytałem jej literackiego pierwowzoru, ale już scena niszczenia pierścienia rybaka po śmierci papieża, otwierająca film, sprawia bardzo dobre wrażenie. W zasadzie możnaby na tym zakończyć mówienie o Aniołach i demonach. Warto jednak pochwalić konsekwentne prowadzenie widza po fałszywym tropie, aby ostatecznie go zaskoczyć. Widać tu wyraźny postęp od czasu Kodu da Vinci, w którym stosunkowo szybko można było się domyślić kto jest potomkiem, czy raczej potomkinią Chrystusa.

Co może razić, to nadzwyczajna zręczność i przebiegłość zabójcy. Mniemam jednak, że ma to swoje źródło już w tekście powieści.

O czym świadczy zaskakująca nierówność przedstawionych przeze mnie filmów? O tym, że w kinie nie ma nic pewnego. Dobrego filmu nie gwarantują ani uznane nazwiska jego twórców, ani najlepsze ich chęci, ani nawet dobrze napisana książka będąca dla nich bazą. Co ciekawsze, przekładając kontrowersyjną książkę na język filmu udaje się czasem – choć stosunkowo rzadko – wyeksponować coś, poza samą kontrowersją.

Le choc pour le choc

piątek, 17 Lipiec 2009

Nie jest dla mnie nowością, że aby zaistnieć w popkulturze należy podziałać na odbiorcę feerią barw, doznań czy czegokolwiek. Właśnie wróciłem z pierwszego w moim mieście seansu Wojny polsko-ruskiej i postanowiłem podzielić się swoimi przemyśleniami na temat tegoż obrazu.

Byłem niezmiernie ciekaw, kim i czym bezustannie zachwycał się Robert Leszczyński w pierwszej edycji Idola (tak, kiedy emitowano ten program, chłonąłem jeszcze popkulturę całym sobą). W kinie obejrzałem właśnie coś, co jest stuprocentowo zgodne z kanonem popkultury właśnie, który streścić można w jednym bezokoliczniku szokować!

Moje uprzedzenie do tego filmu, wynika z niechęci do groteski. Jest to, w moim przekonaniu, konwencja, która wymaga efekciarskich środków. I taka właśnie była Wojna polsko-ruska. Ot, niewinne połącznie Matriksa, Requiem dla snu Bruce’a wszechmogącego, gdzie Szyc (Silny) to jednocześnie Neo i Harry, zaś Masłowska to taki Morgan Freeman (Bóg) w spódnicy.

Czy mam cokolwiek przeciwko wymienionym filmom? Zasadniczo uważam, że były na swój sposób nowatorskie. No właśnie były, odpowiednio  w latach 1999, 2001 i 2003. Serwowanie podobnej mikstury w roku pańskim dwa tysiące dziewiątym jest dla mnie cokolwiek niezrozumiałe.

Mój brat jest zdania, że film jest, jak na polskie warunki, wykonany bardzo dobrze i trudno się z tym nie zgodzić. Fabuła gdzieś się rozmywa. ale całość przyciąga oko, a chyba o to chodziło.

Kolejną zaletą obrazu jest jego sugestywność. Tę cechę cenię najbardziej. O ile na przykład Juno nie był filmem pretensjonalnym, o tyle ostatnia rzeczą, którą miałem ochotę zobaczyć były narządy płciowe Szyca. Niestety zobaczyłem je kilkakrotnie, co wydało mi się aż nazbyt dosłowne. Mniemam jednak, że to ukłon w stronę żeńskiej części publiczności.

Ponadto, mam wrażenie, że purytańskiej Polsce, trzeba od czasu do czasu filmów na miarę Requiem dla snu. Może w końcu zrozumiemy skąd biorą się narkomani. Dotrze do nas, że za doznaniami można podążać tak uparcie, aby ostatecznie je wypaczyć. Bo czy Siwy, który w gruncie rzeczy szukał dla siebie miejsca poza szeregiem niewolników, nie mógł istnieć naprawdę? Mniemam, że znalazłoby się conajmniej kilku takich jak on.

Mam nieodparte wrażenie, że film ten powstał głównie po to, aby wzbudzić nową falę zainteresowania powieścią Masłowskiej. Publika to kupi. Bo publika od wieków pragnie chleba i igrzysk. Jeżeli wyżej wymieniona książka jest w połowie tak zakręcona jak jej filmowa adaptacja to:

a) boję się po nią sięgać;

b) zamiast pierwszą polską powieścią dresiarską, należy ją nazywać pierwszą polską powieścią ćpuńską.

Is it trendy to be a killer?

środa, 25 Marzec 2009

Za czasów Goethego była moda na samobójswa. I to za sprawą „Cierpień młodego Wertera”. No i stał się Werter kimś w rodzaju „Pra-emo”. Wprawdzie jego powierzchowność różniła się dalece od dzisiejszych emo, ale w swoich czasach jego twórca zainicjował przy okazji swoistą modę. Za wikipedią:

Wśród młodzieży romantyczej zapanowała moda na ubiór werterowski, czyli żółtą kamizelkę i niebieski frak. Wiele osób, które przyjęły w życiu postawę werteryczną, tak jak główny bohater powieści Goethego, popełniło samobójstwo.

Dzisiaj mamy modę wielokrotnie bardziej niebezpieczną. Modę na młodocianych „samobójco-zabójców”. I jak to zwykle bywa w przypadku takich mód, społeczeństwo jest wobec nich zupełnie bezradne. Wiecie już do czego piję, prawda?

Ale zaraz, przecież Tim Kretschmer był tylko jeden. Bzdura, powiadam! Nikt już nie pamięta Harrisa i Klebolda, którzy dziesięć lat temu dokonali masakry w amerykańskim liceum, niewielu wie jeszcze o młodym Czechu, którego policja ujęła zanim zdołał doprowadzić do tragedii.

I co na to wszystko prawo? Za tvn24:

Niedoszłemu zamachowcowi – jeśli zostanie uznany za winnego – grozi pięć lat więzienia.

Co dobrego przyniesie więzienie w tej sytuacji? Nic. Co może przynieść niedobrego? Wiele rzeczy. Na przykład narastającą chęć zemsty na społeczeństwie, które go nie zrozumiało.

Można w tych przypadkach doszukiwać się wpływu brutalności, którą ociekają filmy i gry komputerowe. Można dopatrywać się tzw. „Cywilizacji śmierci”, o której trąbi kościół katolicki. Odnośnie brutalnej rozrywki bardzo prawdopodobne, że nie pozostała ona bez wpływu na młodych zabójców. Czy ktoś jednak zadbał o to, żeby ograniczyć im dostęp do pewnych treści? Starożytni patrzyli jak ludzie i dzikie zwierzęta rozszarpują się nawzajem. Jak wielu z nich podniosło rękę na drugiego człowieka? Gdyby zabójstwa inspirowane zaobserwowaną przemocą były powszechne, na pewno pozostałaby o tym choć mała wzmianka.

Co zaś się tyczy wspomnianej przeze mnie „Cywilizacji śmierci” to trudno zaprzeczyć jej istnieniu. Jest ona jednak starsza niż sam Kościół. Człowiek zawsze odczuwał osobliwą przyjemność stając się panem życia i śmierci drugiego człowieka. Jedni mordowali „w słusznej sprawie”, inni dla zabawy.

Można szukać winnych pojawiania się młodocianych zbrodniarzy wśród kreatorów masowej rozrywki, można winić za to Szatana i jego zgubny wpływ na ludzką duszę. To łatwiejsze niż przyznać się do własnych błędów.

Dopóki materia będzie królować nad duchem, dopóki nie zaczniemy zaglądać w dusze naszym sąsiadom, kolegom z klasy i w ogóle całemu ludzkiemu otoczeniu, będą dziać się tragedie. Tragedie gorsze od wyżej wspomnianych.

Że zaś nie zanosi się na zmianę mentalności ogólnoludzkiej, jesteśmy skazani na zło.

Gombrowicz: karykatura socjalizacji

sobota, 6 Grudzień 2008

Dzisiaj zaserwuję Wam notę luźno powiązaną z teorią literatury i z socjologią. Otóż, książki Gombrowicza to książki trudne, ale również książki które realizują szczytny cel: pokazują, że poddawanie życia społecznego jakimkolwiek formom może być niebezpieczne. Problem w tym, że są całe rzesze ludzi, których przejaskrawienie doprowadza niemalże do wymiotów. Sam nie dokończyłem ani Ferdydurke ani Trans-Atlantyku, ale w trakcie omawiania obu lektur, zobaczyłem cel tych udziwnień: ośmieszenie procesu socjalizacji poprzez pozorną akceptację skrajnie dziwacznych postaw i reagowanie na te postawy, w równie groteskowy sposób. W Trans-Atlantyku jawi się też Gombrowicz jako pierwszy polski piewca kosmopolityzmu, ale to już temat na oddzielny tekst.

Teraz przemyślmy, jaki procent uczniów zastanawia się nad tym, co przeczytało, na tyle głęboko, aby dojść do takich wniosków? Śmiem twierdzić, że niewielki. Większość zapewne rzuca Ferdydurke w kąt, stwierdzając, że pisał to jakiś idiota.

Tu pojawia się kolejne zagadnienie: ministerstwo edukacji znowu chce pociąć kanon lektur. Pytam: dlaczego zostaje Ferdydurke, a leci np. dalece bardziej przejrzyste Przedwiośnie? Czyżby po to tylko, aby całkowicie zniechęcić młodzież do czytania? Nigdy nie myślałem, że posądzę rząd PO o tak niecne intencje.

Mamy też do czynienia z hipokryzją tzw. ludzi kulturalnych. Tępią oni wszelkie subkultury, które dają młodym ludziom alternatywę i nierzadko chronią ich przed negatywnymi zjawiskami. Robią to może w sposób kontrowersyjny, ale dlaczego kontrowersje wokół dzieł Gombrowicza traktujemy z pobłażaniem? A prawda, bo Gombrowicz tylko pisał, a przecież nikt już nie czyta.

Człowiek o podwójnym imieniu

sobota, 5 Styczeń 2008

Cóż, będzie o niejakim Michale Zygmuncie, a właściwie o jego wytworze przewrotnie zatytułowanym New romantic. Przewrotna, ot wprost idealny przymiotnik do opisania tej książki. Styl jest taki, jakby mógł ją napisać dosłownie każdy, a jednak ten dziwaczny twór jest w pewien sposób ujmujący. Wydaje się krzywdzącym wkładanie do jednego worka ludzi takich jak Lech Kaczyński, Donald Tusk i Zbigniew Religa i uśmiercanie ich wszystkich, nawet na kartach książki, tylko dlatego, że wszyscy trzej panowie są wyraźnie prawicowej orientacji, co stanowi zresztą zaprzeczenie gloryfikowanych przez autora tolerancji i inności Oczekiwałem powieści „antykaczystowskiej” czy też antypisowskiej, bo jako taka była reklamowana rzeczona książka, dostałem powieść antyprawicową. Prywatnie przykry jest też dla mnie stosunek autora do kultury hip-hopowej, który przedstawia na ostatnich trzydziestu kartach omawianego utworu. Nie on jeden brutalnie spłyca moją ukochaną subkuturę (która paradoksalnie ma wiele wspólnego z ustrojem tak zwanej „sprawiedliwości społecznej”), toteż z boleścią jestem w stanie przymknąć na to oko.

Na pochwałę zasługuje całkiem sporo mniej lub bardziej celnych spostrzeżeń, czy chociażby obraz wojny na tle religijno-seksualnym przedstawiony w drugiej części powieści. Chociaż dzisiaj coś takiego brzmi raczej egzotycznie, mamy dosadną przestrogę przed ponownym oddaniem władzy w ręce PiSu lub ich podobnych (mam tu na myśli zidiociałych hipokrytów, tępo zapatrzonych w święte obrazki, gotowych badać orientację teletubisiów czy też ogłaszać Chrystusa królem państwa, które sami nazywają Rzeczpospolitą). Mimo opisanych wcześniej minusów, warto New romantic przeczytać choćby z tego jednego powodu. Dodam jeszcze, że czyta się to naprawdę szybko i choć może nie lekko to z umiarkowaną przyjemnością rosnącą wprost proporcjonalnie do lewicowych bądź anarchistycznych odchyleń światopoglądowych.

Godna choćby jednozdaniowej uwagi jest też forma. Autor opisuje wydarzenia z perspektywy i interakcji międzyludzkich trzech różnych bohaterów przy czym kończy książkę opisem śmierci tego ostatniego, spisanym z perspektywy samego bohatera… Zabieg nieczęsty, przez co ciekawy i przynajmniej w moim odczuciu, umniejszający rangę wszelakich śmierci jakie wydarzyły się w czasie trwania burzliwej akcji.

Moje uprzedzenia wynikają zapewne z nieukrywanej sympatii do PO, toteż powinno się je chyba pominąć jako niemerytoryczne. Jednym słowem: Enjoy!

“Diabeł na oknie” i interes życia

czwartek, 6 Wrzesień 2007

Dzisiejszy dzień spędziłem na rozkosznym nic-nie-robieniu. I szkoda, że Artur tak późno zapytał czy uczę się na geografię, bo mógłbym się wykuć i miałbym spokój z odpowiedziami przez pół do całego półrocza. Olać i tak sobie czytam i stwierdzam, że temat łatwy, więc może się jeszcze zgłoszę. Ostatnie dwa dni spędziłem na pisaniu opowiadania na konkurs Dekalog89+, doprawdy ciekawe przedsięwzięcie. Ciekawe czy coś zdziałam. Dzisiaj na  języku polskim odczytałem pierwszą zwrotkę „Diabła na oknie” z CKCUA Eldoki. Posłużyła mi ona za wyborną charakterystykę Mefistofelesa. Pewnie wywołany wyżej wymienionym tekstem Mefisto, podkusił mnie do sprzedania książki z biologii, kiedy okazała jeszcze potrzebna. Dzięki należą się Jewrykowi, który zasponsorował mi najbliższy miesiąc nauki tego przedmiotu, pożyczając książkę.

Swoją drogą, „Faust” wydaje mi się świetnym utworem „pre-fantasy”, chętnie go sobie łyknę kiedy kolejka książek do przeczytania znowu stopnieje. Nie wróże tego zbyt szybko niestety

Zasadniczo bez tytułu

środa, 4 Lipiec 2007

Tytuł tego wpisu określa dzisiejsze odczucia tak trafnie, jak tylko można. Dzisiejszy dzień jest bezbarwny, wieje bezwzględną nudą i deadlinem… Nie chce mi się robić zupełnie nic, zostałem obudzony jak do szkoły, mimo że mamy początek wakacji… Wymęczyłem w końcu „Zbrodnię i karę” i, o ile jest to dzieło warte przeczytania, albo chociaż wysłuchania, to było zbyt ciężkie na dni wakacyjne. Aż dziw, że jeszcze zechciało mi się coś napisać:

Egzystencjalnie (zasadniczo bez tytułu – 4.7.2007)

Ciągle głodny czegoś
Co nawet trudno nazwać
Nie patrzę w górę
Wiem że nie znajdę tego w gwiazdach
życie to wieczna jazda
Przed siebie chociaż sens jest poza zasięgiem
My jedziemy by codziennie przecinać nową wstęgę
Celebrować nowy dzień
Bo on jest dla nas by niwelować nocny cień

Przecież Ty wiesz o co chodzi
Ten moment zapomnienia nikomu nie zaszkodził
Nie raz i nie dwa świat krew nam schłodzi
Ale korzystajmy z bezmiaru godzin
Czasu kiedy jeszcze czujemy
Tych momentów kiedy znów padam w objęcia Weny

Bo istnienie to rytuał
Próżno pytasz gdzie jest kapłan i stuła
Przyjdź i stań pośrodku
Tu jest centrum
Tu wracamy do swych przodków

Jakiś ja jakaś Ty
Celowo nużamy się we wspomnień mgły
Stajemy się pyłkiem Wszechświata
By z tym co wokół po raz kolejny się bratać