Zaprawdę powiadam Wam: moje parcie na szkło jest wprost nieprzyzwoite. Jutro kolokwium z literatury, ja nie odróżniam poszczególnych typów sonetów, a co mi zaprząta głowę? Chęć podzielenia się z Wami przekładem fragmentu Uciekaj Króliku. Nie czytajcie ogólnodostępnego tłumaczenia, bo jest starsze ode mnie, a nawet brzydsze (
). Tyle tytułem wstępu, bo naprawdę nie mam czasu, a jakby ktoś chciał koniecznie zobaczyć oryginał to niech się zgłosi. Propsy dla Kasi Małek za proofreeding:
- Wspólnie z Joyce sądzimy, że są zabawne.
- Zatem oboje macie chore poczucie humoru. Ona co wieczór mnie pyta o tego cholernego kucyka Toma i co to znaczy „umrzeć”.
- To jej powiedz co to znaczy. Gdybyś, tak jak ja i Belloc, wierzyła w absolut, te zupełnie naturalne kwestie nie irytowałyby cię.
- Nie przynudzaj, Jack. Jesteś paskudny, kiedy to robisz.
- Chcesz powiedzieć, że jestem paskudny, kiedy jestem poważny.
- Ciasto się przypala. – powiedział Królik.
Lucy spojrzała na niego, a zrozumienie zmroziło jej spojrzenie. W jej oczach było jakieś chłodne wołanie, ginący krzyk istoty zewsząd otoczonej wrogami. Królik odczuł to, lecz zignorował. Powędrował spojrzeniem ku czubkowi jej głowy, ukazując swoje wrażliwe nozdrza.
- Gdybyś tylko faktycznie był poważny. – rzuciła jeszcze Lucy, a jej gołe nogi mignęły, gdy przebiegała przez posępny korytarz plebanii.
- Joyce, idź do siebie, załóż bluzkę i wtedy będziesz mogła do nas zejść – zwrócił się Jack do córki, która jednak z łoskotem zeszła trzy stopnie niżej – Słyszałaś co powiedziałem?
- Ty po nią idź tatulu.
- Dlaczego tatuś miałby ci przynosić bluzkę skoro jest na dole?
- Bo ja nie wiem, gdzie ona jest.
- Ależ wiesz. Leży na komodzie.
- Nie wiem gdzie jest kumoda.
- Oczywiście, że wiesz, skarbie. Jest w twoim pokoju. Załóż bluzkę, a będziesz mogła zejść do nas.
Ale Joyce była już w połowie drogi.
- Boję się lfa. – westchnęła, a na jej twarzyczce pojawił się uśmieszek zdradzający świadomość jej własnego zuchwalstwa. Królik usłyszał w jej głosie tę samą przeciągłą nutę, która pojawiała się w głosie jej matki, gdy ta drażniła się z Jackiem.
- Nie ma żadnego lwa. Tylko Bonie tam śpi i wcale się nie boi.
- Proszę tatusiu. Proszę, proszę, proszę, proszę – Joyce zeszła na dół i objęła kolana ojca.
Eccles roześmiał się. Aby odzyskać równowagę, oparł się na raczej szerokiej główce córki. Była to zresztą cecha, którą podobnie jak spłaszczony czubek głowy, Joyce miała po nim.
- Dobrze – powiedział – Zaczekaj tu i porozmawiaj z tym zabawnym panem. – z nadspodziewaną energią wbiegł po schodach.
- Joyce, jesteś dobrym dzieckiem? – spytał Królik.
Dziewczynka wypchnęła brzuszek do przodu, wcisnęła głowę w ramiona, wydając przy tym nieznaczny odgłos z głębi gardła. Pokręciła głową. Królik odniósł wrażenie, że próbowała zmylić go swoim wyglądem, lecz właśnie wtedy odezwała się z nadspodziewaną mocą:
- Tak.
- A twoja mamusia jest dobra?
- Tak.
- Dlaczego tak sądzisz? – Królik miał nadzieje, że pani Eccles słyszała tę rozmowę. Krzątanina przy piekarniku ucichła.
Joyce spojrzała na niego. Strach bardzo wyraźnie odznaczył się na jej twarzy. Była bliska płaczu, więc uciekła do matki. Pozostawiony sam sobie przechadzał się nerwowo po korytarzu próbując się uspokoić, skupiając uwagę na którymś z obrazów. A było z czego wybierać. Pejzaże z obcych stolic, kobieta w bieli, stojąca u stóp drzewa, którego każdy listek obramowany był na złoto, pieczołowity szkic w długopisie kościoła episkopalnego świętego Jana z finezyjnym podpisem Mildreda L. Kramera i datą 1927. W połowie korytarza, nad niewielkim stolikiem wisiało zdjęcie jakiegoś staruszka z białymi włosami i w koloratce, który to staruszek spoglądał z fotografii tak przenikliwie, jak gdyby dane mu było poznać naturę wszechrzeczy. W ramę wetknięto także wycięte z gazety, pożółkłe już zdjęcie tego samego dżentelmena w znacznym powiększeniu. Na tym drugim zdjęciu mężczyzna ściska cygaro, śmiejąc się do rozpuku z trzema innymi osobnikami w sutannach. Przypominał nieco Jacka, ale był grubszy i wyraźnie silniejszy. Cygaro trzymał pewnie w garści. Dalej widać było reprodukcję obrazu przedstawiającego cieślę pracującego w blasku aureoli. W szkle osłaniającym ten obraz, Królik widział odbicie własnej głowy. W korytarzu unosiła się jakaś cierpka woń jakby odplamiacza, świeżego lakieru, kulek na mole lub starej tapety. Zastanawiał się nad tymi możliwościami, „ten, który zniknął”. Walka płci zaczyna się w zasadzie podczas porodu – co za suka, doprawdy. Ma jednak w sobie jakiś płomyk, który rozświetla te jej jaskrawobiałe nogi. Pewnie ma małą, niedopieszczoną piczkę. Ciacho. Seksowne, a zarazem nudne ciacho.Mimo wszystkich jej wykluczających się cech, kochał ją.
Jak widzicie, na blogu pojawiła się nowa kategoria, więc prędzej lub później możecie się spodziewać kolejnych tłumaczeń prozy, jak i wiersza, z angielskiego na nasz i odwrotnie też. Stay tuned.