Archiwum kategorii ‘kultura’

Shittiness

niedziela, 12 Luty 2012

Na fali medialnego szumu wokół filmu Sponsoring (org. Elles), postanowiłem obejrzeć poprzedni film Małgorzaty Szumowskiej, czyli 33 sceny z życia. kontrowersyjny – czytam – największy międzynarodowy sukces polskiego kina od czasów Kieślowskiego, zachwalają gdzieś w Internecie. Jestem zachęcony, nawet lekko podekscytowany tym, że za chwilę obejrzę arcydzieło.

I zawodzę się tęgo. Nie będę krytykował dłużyzn, które podobno przeszkadzają wielu odbiorcom. Na co dzień nie stronię od wulgaryzmów, ale bardzo dbam o kulturę słowa w tym miejscu. Tyle tylko, że dzisiaj nie zamierzam się silić na wysublimowaną krytykę tego filmu, bo w moim odczuciu ten obraz usiłuje usprawiedliwić kurewstwo, zarówno mentalne, jak i fizyczne, tragedią. Być może autorka chciała pokazać nędzę moralną polskiej neobohemy, bo to jej się udało. Bo bohaterowie tego filmu nie szanują ani siebie ani swoich bliskich. Zapijają się, zdradzają, a potem dziwią się, że coś jest nie tak. Na swój sposób sarkastyczny okazuje się ostatni dialog z tego filmu

- Czemu tak często mówisz „nie wiem”?

- Nie da się wszystkiego wiedzieć od razu, najpierw trzeba się zastanowić.

- Jak długo to trwa?

- No, nie wiem. Czasem kilka godzin, czasem cały dzień, a czasem dwa.

- Wiesz co, chciałabym zawsze być dzieckiem. Z moim tatą, z Piotrkiem, z moją mamą. Nie wiem. Nie wiem, czy potrafię tak żyć.

- Tam się nie da wrócić.

- I teraz tak będzie zawsze?
- Zawsze. [...]

- Będziesz na mnie czekać?

- Nie wiem.

- Odwieziesz mnie jutro na lotnisko? Proszę.

- Nie

I tylko mam ochotę zapytać bohaterkę: Warto było?!

Wiecie, lubię myśleć o sobie jako o wykształciuchu, inteligencie, czasem nawet artyście.Skoro oznacza to poklask dla takich postaw i dzieł, to wcale nie chcę być ani wykształciuchem, ani artystą. I nawet jeśli nie chodziło o promowanie tego rodzaju wartości, to czuję się zdegustowany, mimo że trudno mnie nazwać pruderyjnym. Nie wierzę w ideę godnej śmierci, co nie zmienia faktu, że śmierć bliskiego można przeżywać mężnie, z godnością.Tylko do tego trzeba dorosnąć.

 

Confiteor

sobota, 12 Listopad 2011

W ostatnim czasie dość niepochlebnie wypowiadałem się o Marszu Niepodległości. Wypowiedzi te wynikały ze zdegustowania osobami, które szafują pojęciem patriotyzmu jak swoją, nieszanowaną skądinąd, własnością. Tak, jestem kaczofobem, a nawet giertychofobem. Tego akurat się nie wstydzę i zaryzykowałbym stwierdzenie, że nigdy się nie powstydzę.

Nie oznacza to jednak, że nie mam czego się wstydzić. Z racji przeświadczenia, które noszę w sobie od co najmniej trzech lat, że jestem w równym stopniu dumny z bycia Polakiem, co z bycia Europejczykiem, czy nawet szerzej, Obywatelem Świata, nieco bliższe mi były ideały antify. Widząc jednak jakie jest przełożenie tych ideałów na praktykę

z całą stanowczością i powagą biję się w piersi. Ten materiał traktuję bardzo osobiście, bo postrzegałem antyfaszystów jako osobników, którzy nie zaatakują kogoś, kto tego nie sprowokował. Myliłem się i jakkolwiek przykro mi z tego powodu, nie mogę wykazać się pobłażliwością.

Oczywiście nie posunę się do stwierdzenia, że wszyscy antyfaszyści są złymi ludźmi, tak samo jak nigdy nie twierdziłem, że wszyscy sympatycy Marszu Niepodległości są nacjonalistami (zwłaszcza że mam pośród nich przyjaciela i kilka osób które z różnych względów darzę szacunkiem). Parafrazując znane polskie powiedzenie skwituję ten wpis stwierdzeniem ekstremizm gorszy od faszyzmu i komunizmu razem wziętych!

Blank verse

czwartek, 19 Maj 2011

Mój, jako twórcy, stosunek do wiersza białego mówiąc zwięźle i figlarnie, lecz na temat, jest analny. Nie ma jednak, z punktu widzenia tłumacza, poezji łatwiejszej formalnie do przetłumaczenia niż wytwory białe bądź też całkowicie wolne. Jest w tym pewien stopień hipokryzji, bo oto wprost Was informuję, że nie lubię pisać takiej poezji i w większości przypadków uważam ją za mało artystyczną, a jednocześnie zdradzam się z tym, że wygodnie mi ją tłumaczyć.

Ten wiersz ma coś w sobie, Skojarzył mi się on z naszym rodzimym poetą, Białoszewskim i było to skojarzenie przyjemne. Sam wprawdzie napisałem tylko jeden wiersz hołdujący estetyce rzeczy codziennych (Oda do klawisza), ale ta estetyka, użyta z pomysłem ujmuje mnie za serce.

Przyznajcie, coś jednak jest w tym wierszu, prawda?:

Koszula – Charles Simic

Ubrać się w nią
Gdy leży
Rozpostarta na podłodze
Nie naruszając jej ułożenia

Szanując mnie
Leży jak ją zrzuciłem
Zeszłej nocy
Nie myśli się poruszyć

W swoim grymasie
Jest prawie władcza
Wijąc się
Wiązanymi rękawami

Never say forever

środa, 20 Kwiecień 2011

Dwa dni temu nawiązałem początkowo ostrą polemikę z serdeczną koleżanką odnośnie stwierdzeń i obietnic zawierających określenia czasu nieokreślonego. Gdyby ktoś miał wątpliwości o czym mówię, chodzi mi o nigdy, zawsze i na pewno.

Niezbyt często zgadzam się z moim tatą, ale udało mu się skutecznie nauczyć mnie, że obietnica jest świętością. Zawsze. Zdarza się tak, że nie da się jej dotrzymać i nie ma sensu się z tego powodu katować. Jak jednak stwierdzić, czy można sobie takie niedotrzymanie wybaczyć?

Recepta jest jedna, za to składa się z dwóch kroków. Po pierwsze: trzeba wiedzieć co się obiecuje i na tym się dzisiaj skoncentrujemy. Po drugie, trzeba zrobić absolutnie wszystko, co jest w naszej mocy, aby tej obietnicy dotrzymać. Nie po to, żeby nikt nam nie mógł niczego zarzucić. Po to, żebyśmy nie musieli się usprawiedliwiać przed sobą. Wiem, potrafimy to doskonale, ale jeśli zaczynamy, to najlepszy dowód, że coś nam nie wyszło.

Wracając do dzisiejszego tematu w rozmowie z Asią padły słowa w rodzaju kiedy budujesz most nie zakładasz, że się on załamie. Możesz więc stwierdzić, że na pewno się nie załamie. I tu jest podstawowa różnica w naszym postrzeganiu. Gdyby rzeczony most się zawalił w godzinach szczytu powodując zgon setek osób, jak miałbym spojrzeć w oczy rodzinom ofiar skoro zapewniałem wszystkich w koło, że most mojej konstrukcji na pewno, ale to na pewno (!) się nie zawali? Będąc budowniczym powiedziałbym raczej: Skonstruowałem ów most najlepiej jak mogłem. Na tyle na ile mi wiadomo nie powinien się zawalić. Różnica subtelna, ale dla mnie kluczowa.

Ergo, nie powiem żadnej kobiecie zawsze będę Cię kochał, bo zawsze to zawsze i, wbrew temu, do czego usiłowała mnie przekonać Asia, nawet najgorsze przewinienie ze strony takiej niewiasty, nie zwolniłoby mnie z obietnicy kochania jej. Czy to znaczy, że moja miłość będzie mniejsza niż gdybym nie wzdragał się przed użyciem zawsze? Wprost przeciwnie. To znaczy, że szanuję każde wymawiane słowo, a nie wymawiając słów pochopnie, okazuję szacunek rozmówcy.

Koncept szacunku do słów i obietnic, które niosą, nie został zresztą całkowicie zapomniany. Eldo nagrał o tym świetny utwór.

Why bother?

piątek, 15 Kwiecień 2011

Seans Yo, tambien! na Bialskich Spotkaniach Filmowych utwierdził mnie w przekonaniu, że jestem malkontentem. Oto obejrzałem bezpretensjonalny film, który w swojej głębi uniknął sztucznego patosu, a jednak coś mi w nim nie pasuje.

Co dokładnie? Przecież było zabawnie, kiedy miało być zabawnie. Było refleksyjnie, a wszystko odmierzone, jak gdyby reżyserowie znali przepis na film doskonały. Nie wiem czego się spodziewałem po tym filmie, skoro doskonale wiedziałem, że nie ma on prawa zakończyć się tzw. klasycznym happyendem.

Ja też oddało niezaprzeczalną usługę tematyce tolerancji. Ale mnie, będącemu (podobnie jak główny bohater omawianego filmu) poniekąd przedmiotem tolerancji, potwierdziło to, co z lękiem przeczuwałem od dawna – tolerancja z definicji zakłada poczucie wyższości. Wystarczy przywołać słowa współpracowników Daniela: Biedaczek świata nie widzi poza tą lafiryndą, a może tak właśnie powinniśmy odbierać innych? Przez pryzmat tego, co widzimy tu i teraz, a nie przeszłych pomyłek, jakkolwiek wielkie by były? Ryzykujemy ogromne nadużycia ze strony osób, którym zaufamy, oczywiście, ale jednym ufamy, a innym już niezbyt chętnie. Według mnie każdy zasługuje na to, żeby traktować go jak czystą kartkę.

Daniel spotkał się z najgorszym rodzajem tolerancji nawet ze strony swojej rodziny. Jego brat stwierdza nie zwiążesz się z kobietą o normalnej liczbie chromosomów, szukaj w swojej lidze*, ale  duchem i umysłem Daniel jest przecież w lidze ludzi zdrowych, a tylko i aż, wygląd zewnętrzny sprawia, że niemal wszyscy widzą w nim trochę mniej upośledzonego człowieka. Nawet jego matka w rozmowie z ojcem powiada: Ta kobieta jest niezrównoważona! Kto normalny zainteresowałby się naszym chłopcem. Puenta mężczyzny była bezcenna: Chciałaś mieć normalnego syna to masz. Normalni ludzie się pieprzą, przynajmniej raz na jakiś czas.

I choć Laura traktowała swojego przyjaciela bardziej normalnie niż ktokolwiek inny, nie powinna była wprowadzać tej znajomości w sferę seksualności. Mamy tu pewną dwuznaczność. Oto ukochana Daniela stwierdza, że nie zamierza uprawiać z nim seksu z litości, ale dlatego, że go kocha. W tej samej wypowiedzi zastrzega jednak, że to się nigdy więcej nie powtórzy, a nawet posuwa się do szantażu emocjonalnego w stylu Jeśli to zrobimy, nigdy nie może Ci być w mojej obecności smutno. Wniosek? Jeśli nawet nie kochała się z nim z litości, to dlatego, żeby się dowartościować albo uspokoić wyrzuty sumienia. A to już pewna (delikatna, ale jednak) forma uprzedmiotowienia drugiej osoby.

Wiem, że Pablo Pineda portretował postać niezwykłą. Pytanie tylko co Danielowi przyszło z tej niezwykłości poza koniecznością afirmacji własnych ograniczeń? Jeśli przyjdzie Wam coś do głowy, podpowiedzcie mi w komentarzu. Ja w swojej naiwności ciągle wierzę, że kiedyś my lub nasi potomkowie będziemy żyć w świecie z Imagine Lennona. W świecie, w którym pojęcie tolerancji będzie zbędne.

*Wszelkie przytoczenia oparte są o moje zrozumienie filmu i nie są właściwymi kwestiami bohaterów. Niestety jeszcze nie rozumiem po hiszpańsku, a do ścieżki dialogowej nie jestem w stanie dotrzeć.

Angels’ knock-off

wtorek, 5 Kwiecień 2011

W marcu było jakoś tak niebiańsko tutaj (vide A year from heaven i Spiritually). Pójdźmy dalej tym tropem. Dzisiaj prezentuję Wam tłumaczenie utworu Kaczmarskiego pt. Strącenie Aniołów. Co mnie tchnęło do przetłumaczenia tegoż? Nie mam obecnie wejść od osób anglojęzycznych, o których bym wiedział.  Utwór ten przemówił do mnie (zabijcie, ale nie potrafię znaleźć lepszego sformułowania),  jednak do tego stopnia, że czułem wewnętrzny przymus, aby go oddać w języku Szekspira.

Zanim jednak zaprezentuję przekład, oryginał w wersji dla słuchowców

A według mnie po angielsku wyglądałoby to tak:

Angels’ knock-off

Hosts were singing, the voice remained silent
Who should have justified it
White crowds were marching
Towards the established abyss
Towards the established abyss
Towards the established abyss

There they were standing and there he was
Their wings got numb from their bondage
And their temples and their temples
Were not graced with haloes
Were not graced with haloes
Were not graced with haloes

The defiance is proved
The rebels will be punished
In well-known faces glimmers
Non-celestial glow
Non-celestial glow
Non-celestial glow

Some of them feel much proud
When the fiery sword pushes them down
The crowd comments on it
Not pride is it but vainglory
Not pride is it but vainglory
Not pride is it but vainglory

Some are crying screaming aloud
Hosts are shouting them down though
Others are jumping willingly
They are longing to be damned
They are longing to be damned
They are longing to be damned

The greatest of them is the last to fall
Corrupting in his journey for the crown
What remains of him what remains of him
Is white crowd and muffled shout
Is white crowd and muffled shout
Is white crowd and muffled shout

So has the justice been done
An Angel calls his brother Satan
In the name of Lord
In the name of Lord
And world’s perpetual sorrow
And world’s perpetual sorrow
And world’s perpetual sorrow

Daredevil

niedziela, 27 Marzec 2011

Jeśli ktoś liczył, że napiszę coś o filmie z Benem Affleckiem to się przeliczył. Zanim rzeczownik daredevil zaistniał w masowej świadomości za sprawą komiksu o niewidomym pogromcy zła i niegodziwości oznaczał osobę śmiałą do granic możliwości. Dziś takim przydomkiem opatrzylibyśmy zapewne większość showmenów, a na pewno tych ze świecznika. W takim właśnie znaczeniu użyłem powyższego słowa.

Na miano showmena zasługuje z pewnością Piotr Zdunkiewicz, nauczyciel akademicki i animator kultury z mojego miasta. Nie czas i nie miejsce to aby przedstawiać tu jego sylwetkę. Nadmienię tylko, że prowadzi on Bialskie Spotkania Filmowe. Tymczasem prezentuje Wam ekskluzywny (na Facebooku można wprawdzie zobaczyć sam występ, ale zdobyłem dla Was jego poszerzoną wersję) materiał z wczorajszego Must be the Music.

Za wcześnie jeszcze wprawdzie, żeby mówić o zdunkiewiczomanii (swoją drogą socjolodzy będą musieli się nabiedzić nad jakąś zgrabną nazwą dla tego zjawiska jeśli Zdunkiewicz odniesie sukces komercyjny), ale zachwyt Kory i przegadanie Łoza to całkiem przyzwoity początek. Wcale się nie pogniewam, jeśli u schyłku małyszomanii na świecznik wskoczy człowiek z Białej Podlaskiej ;)

A teraz życzcie mi szybkiego powrotu do zdrowia.

Nasir the Great

środa, 23 Marzec 2011

W duchu dzielenia się z Wami swoimi tłumaczeniami, dzisiaj zaprezentuję Wam polską wersję pseudo-biografii Nasa z defjamrecords, Wersja, którą za chwilę ujrzycie uwzględnia poprawki zasugerowane przez mgr Popławską (albowiem była to praca zaliczeniowa z przedmiotu Podstawy tłumaczeń pisemnych). Tekst wybrałem wymagający, więc co się przy nim napociłem to moje. Skomponowanie go w kształcie zbliżonym do poniższego (ponieważ nie wymagał on wielu poprawek) zajęło mi dobre kilka godzin, ale towarzyszył mi przy tym jeden ze wzmiankowanych w nim utworów, mianowicie

Swoją drogą dlaczego na yt wszystko jest w 720p, tylko nie takie klasyki? :roll: Dobra, bo już mocno przynudzam:

O Nasie i kondycji hip-hopu

W ostatnich latach zarówno krytycy, fani, jak i sami artyści narzekali na rosnącą popularność hip-hopu. Muzyka ta odniosła komercyjny sukces, stała się głosem pokolenia i zyskała ogólnoświatowe uznanie. Mogłoby się wydawać, że to same pozytywne efekty, jednak pomimo zróżnicowanej publiczności, wykonawcy nie są już tak bardzo różnorodni. Jak często czytamy taką biografię: „wspomniany raper dorastał na ulicy, żeby związać koniec z końcem handlował narkotykami, został postrzelony, potraktował to jak życiową lekcję i dla odmiany zajął się muzyką”? Jak długo jeszcze będziemy słuchać o rozmiarach felg, cukierkowych lakierach, dużych tyłkach i sprzedawaniu dużych ilości narkotyków? Ile jeszcze rapowych teledysków powstanie przy basenach wypełnionych półnagimi kobietami? Hip-hop może poderwać do tańca, to oczywiste, ale czy może też zachęcić do myślenia? Co się stało z czasami raperów o niebanalnych osobowościach, popisujących się oryginalnym stylem? Czy hip-hop stał się swoją własną parodią?

Takie oto pytania stawia Nas na swoim albumie pod tytułem „Hip-hop is dead” Któż, jeśli nie, on, człowiek uznawany przez wielu za jednego z pięciu raperów wszechczasów, miałby podgrzać te dyskusje? Jego wszechstronne zdolności takie jak gawędziarstwo, żyłka moralizatorska[1], sprawianie, że chce się tańczyć, ale też uważnie patrzeć na świat, były widoczne już na jego genialnym debiutanckim krążku „Illmatic”, z 1994 roku i następnym[2] albumie „It was written”, który jako pierwszy przedostał się do głównego nurtu, czy też w takich przebojach jak „Hate me now”, „One mic”, czy „Either” – w którym raper prezentuje jadowitą lirykę. Wspomniane umiejętności charakteryzują prawdziwie legendarnego MC[3].

Choć Nas, jak każdy, woli przyjemniejsze aspekty życia, nie ucieka w swoich tekstach  od takich tematów jak miłość, poszerzanie swoich możliwości, waga edukacji, czy bycia zorientowanym w bieżących wydarzeniach. Muzycznie, artysta również zdumiewa wszechstronnością: współpracuje z DJ-em Premierem, rapuje na podkładzie w stylu R&B wyprodukowanym przez Trackmasters, czy wraz ze swoim tatą, Olu Darą, sięga do jazzu. Nas ma nadzieję, że nowa generacja raperów ukształtuje się właśnie w duchu różnorodności artystycznej.

- Jest tylu raperów sprzedających kokainę i tak zwanych „czarnuchów handlujących prochami”. – mówi Nas z irytacja – Zastanawiam się gdzie wy to wszystko sprzedajecie? Ludzie nie wiedzą, że jest tak wiele innych rzeczy, o których można mówić.

Skupmy się teraz na albumie „Hip-hop is dead”.  Forma siódmego albumu studyjnego Nasa jest nieco prześmiewcza, ale pozwala mu objaśnić swój pogląd na stan ukochanego przezeń hip-hopu. Zjadliwy utwór tytułowy, wyprodukowany przez Will.i.ama, przenosi słuchacza w świat rodem z najgorszego koszmaru Nasa – świat, w którym hip-hop został zmieciony z powierzchni ziemi. Utwór ten stanowi oskarżenie i przestrogę dla wszystkich wytwórni, DJ-ów i fanów, którzy popadli w samozadowolenie i nie podejmują wyzwań formalnych, jakie stawia przed nimi sztuka. W inspirowanym muzyką jazzową „Can’t forget about you”, również wyprodukowanym przez Will.i.ama, Nas snuje wspomnienia związane z miłością do hip-hopu. Nie prawi przy tym morałów, ani nie jest znużony. Jak mówi,piosenka ta ma w sobie sampel z klasycznego utworu Nata Kinga Cole’a pt. „Unforgettable”, który zainspirował go ze względu na swój ponadczasowy przekaz.

- Znają go ludzie, którzy mają po 70, 80 lat. – mówi – Teraz mogą go także poznać siedmioletnie dzieciaki i to mi pasowało. To było coś wielkiego.

Nas połączył także siły z pionierami hip-hopu z zachodniego wybrzeża. Na potrzeby „QB OG” współpracował ze swoim kolegą z zespołu The Firm, Dr. Dre, a także nagrał utwór ze wschodzącą gwiazdą tego rejonu, The Game’em. Łącząc styl charakterystyczny dla Queens, z tym właściwym dla Campton, głosy Nasa i Game’a pasują do siebie tak dobrze, że można byłoby powiedzieć, że nagrywają razem od lat. W „Play on player” zastajemy Nasa rapującego u boku Snoop Dogga do melodyjnego podkładu autorstwa Scotta Storcha w zrelaksowanym, kalifornijskim stylu.

- Chciałem zrobić coś, co bardzo wyraźnie zbliży wschodnie wybrzeże do zachodniego. Wspólny kawałek ze Snoopem był właśnie taką rzeczą. Nagrałem go również dlatego, że chciałem spróbować czegoś skrajnie innego niż to, co robiłem do tej pory, nagrać coś, czego nigdy wcześniej nie nagrałem, chociaż tego chciałem.

Jednym z najbardziej oczekiwanych i głośnych utworów z tego albumu jest „Black Republican”, pierwszy w karierze Nasa utwór nagrany z Jay’em Z, jego dawnym przeciwnikiem. Podkład do tego podniosłego i kategorycznego przeboju stworzył L.E.S, jeden z producentów,  z którymi Nas pracuje od lat. Jako całość spełnił on wszystkie oczekiwania fanów.

- Wiecie, to jak walka Aliego z Frazierem, jak walka Aliego z Foremanem, jak walka dwóch Alich” – powiedział Nas z uśmiechem o współpracy z Jay’em.

Nagrywając album „Hip-hop is dead”, Nas po raz kolejny zakwestionował utarte schematy muzyczne, eksperymentował z producentami o skrajnie różnych stylach, a także współpracował  z artystami, z którymi do tej pory nie zdarzyło mu się nagrywać. W „Black Republican” wcielił się w postać czarnego bojownika, w „Can’t forget about you” portretował  sentymentalnego mędrca, zaś w „Let there be light”, wyprodukowanym przez Kanyego Westa – inspirującego nauczyciela. To wszystko nie przeszkadza mówić mu (w utworze „Hip-hop is dead”) o seksie z wydepilowanymi ciziami[4]. Niektórzy zarzucają mu brak jednolitego pomysłu na płytę, ale tak naprawdę Nas pokazuje jak bardzo różnorodny może być rap, a także udowadnia, że hip-hop ma się całkiem dobrze.


[1] W subkulturze hip-hopowej (zwłaszcza w USA) dydaktyczna rola raperów sprowadza się przeważnie do ukazania młodzieży alternatywy dla zdemoralizowanego trybu życia.

[2] Ta informacja nie wynika bezpośrednio z tekstu źródłowego, niemniej jest sprawdzona.

[3] Ekwiwalent amerykańskiego słowa „emcee” funkcjonujący zarówno w języku polskim, jak i angielskim.

[4] Por.  hasło Brazilian w„Wazzup? Słownik slangu i potocznej angielszczyzny”, Kraków 2009 i http://rapgenius.com/47887 prezentujący szerszy kontekst dla wyrażenia „Get down with Brazilian dimes”.

Swoją drogą początkowy brak pomysłu jak zgrabnie oddać Brazilian dime w naszym języku niemal zmusił mnie do zmiany tłumaczonego tekstu. ;) Dodając łyżkę dziegciu do beczki miodu, Ten Typ Mes postanowił wyrazić dzisiaj prozą frustrację środowiska spowodowaną odejściem z tego świata innej ikony amerykańskiego hip-hopu, Nate Dogga. Spoczywaj w pokoju, Nathanielu!

Cockney’s right!

piątek, 17 Wrzesień 2010

Długo zastanawiałem się jak zatytułować ten wpis, bo jak stwierdził Abradab w jednym ze swoich utworów tytuł jest konieczny. Współcześnie słowo cockney oznacza stereotypowego mieszkańca londyńskiego East Endu, bądź też gwarę, którą się taki mieszkaniec posługuje. Pierwotnie jednak słowem tym określano rozpieszczone lub zepsute dziecko (za Reader’s Digest: The Origins of Words & Phrases). W tym właśnie znaczeniu użyłem wspomnianego sformułowania.

Chodzi mi konkretnie o jedno zepsute dziecko polskiej sceny hip-hopowej, mianowicie o Tedego. Ku swojemu zdziwieniu przyznałem mu całkowitą rację po raz pierwszy od wydania płyty 3H – Hajs Hajs Hajs, czyli od wczesnego roku 2003, W czym mu przyznałem rację? Zobaczcie sami.

Z jednej strony Tede prawi truizmy, których można się domyślić, czy przeczytać na rozmaitych portalach, bez konieczności nasłuchiwania Radia Maryja. Z drugiej jednak, jest pierwszym raperem, który odważył się wypowiedzieć na ten temat. Szkoda jedynie, że zrobił to prozą.

Nie wiem jak Wy, ale ja chętnie usłyszałbym diss na Belzebuba z Torunia, zwłaszcza że przeciąganie beefu z Peją niczego już raczej Tedzikowi nie przyniesie. Poza tym, gdyby w końcu wypowiedziano muzyczną krucjatę przeciwko Rydzykowi, Łona okazałby się autorem natchnionym, kiedy rapował:

Nie jest dobrze, ale nic to

Radio Maryja uratuje polski hip-hop!

Rozsierdził trueschoolowców, Ludzi Ulicy, czy odważy się rozsierdzić moherowe berety? Ciekawe jaka byłaby reakcja tzw. Środowiska, gdyby się odważył.

Morality, porn and PETA

poniedziałek, 11 Styczeń 2010

Paweł Rybicki, publicysta Pardonu, podobnie jak ja, upodobał sobie tematy okołoseksualne. Dzisiaj uraczył on swoich wiernych czytelników informacją, że PETA (organizacja walcząca o prawa zwierząt) zdecydowała się wykorzystać w jednej ze swych kampanii, wizerunek wschodzącej gwiazdy porno, Sashy Grey.

Co mnie razi w tonie tekstu Pana Rybickiego, to fakt uzurpowania sobie decyzji, kto ma prawo wypowiadać się na tematy związane z moralnością, a kto tego prawa winien być pozbawiony. Pominę już fakt, iż kwestia sterylizacji, bądź też kastracji zwierząt domowych jest raczej luźno powiązana z moralnością, gdyż publicysta wspomina, że panna Grey miała czelność wypowiadać się na tak ważkie tematy, jak prawa kobiet i ich rola w społeczeństwie, choć w mojej opinii te kwestie są bardziej powiązane z samoświadomością. kobiet, niż z moralnością. Osobie, która celowo używa swojego ciała, zamiast pozwolić go używać jakiemuś mężczyźnie, samoświadomości odmówić nie wolno.

Możemy jednak brnąć dalej. Zakładając, że wspomniane wcześniej kwestie, rozpatrywać należy w kategoriach moralności, czy powinniśmy zabraniać komukolwiek swobodnego wyrażania myśli w tej materii?  Zwłaszcza, że według Słownika Języka Polskiego moralność to zespół powszechnie uznanych warunków, poglądów na wartości, na dobro i zło, przekonań, które wartościują określone działania. Jaki z tego wniosek? Ano taki, że dopóki czyjeś poglądy w danej kwestii, nie odbiegają drastycznie od ogólnego pojęcia dobra, są zgodne z moralnością. Ujmując to obrazowo, Sasha Grey, która zarabia na życie uprawiając seks w przeróżnych konfiguracjach, nie zmuszając mniej lub bardziej masowego odbiorcy do oglądania jej wygibasów, okazuje się osobą o wyższych standardach moralnych, niż nasza rodzima Doda, która bombarduje nas swoimi silikonowymi implantami, oraz niemądrymi wypowiedziami, w których aż gęsto jest od podtekstów. Przypominam, że to wszystko miewało miejsce w publicznej telewizji, przed 23:00  (może to była ta sławetna misja TVP? – Jeśli tak, upraszam władze Dwójki, oddajcie tańce na Do… Wróć… Na lodzie!)

Wydaje mi się, jednak że wiem skąd w Pawle Rybickim niechęć do kampanii PETA. Otóż zapewne wynika ona z przekonania, że osoba, która uprawia seks z pobudek innych niż chęć poczęcia potomstwa zasługuje na ogień piekielny, a my (bliźni), winniśmy ją zepchnąć na margines społeczeństwa, żeby nieboga zrozumiała, że dla własnego dobra MUSI zacząć chadzać ścieżkami Pana. Powiadam Wam wszem i wobec: największym ze znanych zboczeń seksualnych jest abstynencja. ;)