Archiwum kategorii ‘kultura’

HGW, thank you!

sobota, 3 Październik 2009

W czwartek widziałem bardzo dobry film. Mianowicie Życie na podsłuchu. Opowiada on historię pisarza z NRD, który pomimo swojego komformizmu jest podsłuchiwany przez Stasi. Przydzielony mu oficer, choć do tej pory zachowywał się profesjonalnie, czyli bezwzględnie, zaczyna współczuć figurantowi. Nie chcę zdradzać założeń fabuły wprost, więc ograniczę się do wiersza, który powstał po powrocie z seansu.

(…)

Zabili człowieka
Nie używając nawet broni
Czasem sobie myślałem
Że to wszystko jest po nic
Skoro są oni
Nie można było ufać
Nawet uściskom ich dłoni

Grałem na fortepianie
Kontemplując co się stanie
Przyjaciel mój pojechał
Do lepszego świata
Mam nadzieję
Że sie będzie miał z kim bratać
Bo kupił bilet w jedna stronę
Kawal sznura przez cokolwiek
Przewieszony

Stała za mną nierządnica
Gładziła mnie dłońmi po plecach
Zapewniała o miłości
By później wysłać za mną pościg

Nie mogła wiedzieć że wyjdę z tego cało
Już mi przed oczami życie przeleciało
Lecz ktoś czuwał
Jak się jednak okazało

Trudno ją winić
Że wybrała tak a nie inaczej
Nie raz jeszcze w nocy płaczę
Że żyliśmy w takich czasach

Nie każda zdrada złem jest
Na swej skórze to poczułem
Winien jestem dziś powiedzieć
HGW dziękuję

„Evviva l’arte” or „Dura lex”?

środa, 30 Wrzesień 2009

Świat kultury i mediów wrze. Wrze za sprawą zatrzymania jednego z najbardziej znanych Polaków – Romana Polańskiego. Jak na nasze polskie piekiełko przystało, zarówno obrońcy reżysera, jak i zwolennicy jego ukarania posługują się argumentami cokolwiek niemerytorycznymi.

Jaki jest mój stosunek do tej sprawy? Złożony. Spróbuję go Wam nieco przybliżyć puentując pewne wypowiedzi i argumenty. Na początek cytat z Seweryna Blumsztajna, który niejako zainspirował refleksje na temat

Apeluję tylko o pokorę wobec wielkiego talentu. To dar, wobec którego jesteśmy bezradni w naszych sądach moralnych…

Ciekawe… Artyści zawsze uważali się za szczególną grupę społeczną, już choćby dlatego, że mogli pokazywać prawdę poprzez fikcję. Ich stosunkowi do reszty świata, bodajże najpełniej dał w wierszu Evviva l’arte młodopolski poeta Kazimierz Przerwa-Tetmajer, pisząc

[...]

Evviva l’arte! Duma naszym bogiem,
sława nam słońcem, nam, królom bez ziemi,
możemy z głodu skonać gdzieś pod progiem,
ale jak orły z skrzydły złamanemi -
więc naprzód! Cóż jest prócz sławy co warte?[...]
Tetmajer miał jednak skłonności do kobiecych wdzięków i alkoholu, przez co zmarł jako zapijaczona ofiara syfilisu. Nie zapominał jednak o swoich słabościach, pisząc
choć życie nasze splunięcia niewarte:
evviva l’arte!
Zmierzam do tego, że powinniśmy pozwolić historii zweryfikować, czy Polański jest bardziej artystą czy szubrawcem. Naszym obowiązkiem, jako współczesnych jemu, jest dostarczyć przyszłym pokoleniom możliwie dużo informacji na temat jasnych i ciemnych kart jego życiorysu. Obrona w rodzaju Polański wielkim artystą jest i basta!, jest poniżej poziomu krytyki. Bezdyskusyjnie należy oceniać jego winę w oderwaniu od dokonań. Jeśli zaś za argument ku amnestii podają talent reżyserzy i aktorzy, pachnie to tak zwanym kolesiostwem.
Zwolennicy ukarania reżysera powołują się na niedawne zaostrzenie polskiego kodeksu karnego umożliwiające chemiczną kastrację pedofilów. I abstrachując od kwestii czy Polańskiego można nazywać pedofilem, czy nie, jego przestępstwo zostało popełnione w Stanach Zjednoczonych, gdzie nawet kara śmierci orzekana w postępowaniach wojskowych przedawnia się jeśli nie zostanie wykonana w ciągu pięciu lat od jej orzeczenia (odsyłam do angielskiej Wikipedii).
Na rozmaitych portalach roi się od pytań w rodzaju Jak on mógł nie odróżnić trzynastolatki od dorosłej kobiety? Otóż mógł. Bo o ile nie wszystkie 13-latki same pchają się do łóżka, o tyle kiedy się postarają, nie wyglądają, ani nie zachowują się jak przystało na dziecko. W świetle prawa nie jest to jednak istotne.
Podsumowując, Polański powinien odsiedzieć karę, z tym że jakieś trzydzieści jeden lat temu (lub możliwie najkrócej po popełnieniu przestępstwa). Apelować należy zatem nie o pokorę, lecz o rozsądek. Świętym zaś jest oburzenie osób, które piętnują chęć zaistnienia poprzez wsparcie kolegi. Bo penetrowanie dziewczyny, której się ułatwiło start w artystycznym światku – niezależnie od tego czy była ona pełnoletnia czy nie – jest nadużyciem pozycji społecznej. Taki czyn, jeśli nawet nie na karę, zasługuje na potępienie.

Restrictions

czwartek, 30 Lipiec 2009

Zasadniczo dzielę filmy na dwie i pół kategorii. Filmy artystyczne,  rozrywkowe i rozrywkowo-artystyczne. O ile nie zakwalifikuje obrazu do pierwszej kategorii, jestem wyrozumiałym widzem. Bo widz, w odróżnieniu od krytyka filmowego, ma pełne prawo być wyrozumiały.

Kiedy zaczynałem oglądać Karmel Nadine Labaki myślałem, że będę musiał wykazać się właśnie wyrozumiałością. Ot, historia miłosna, której najmocniejszą stroną jest egzotyczna uroda aktorek. Nic bardziej mylnego. Wprawdzie już na początku było widać zderzenie konwenansów z kobiecą przewrotnością, ale nonszalancja głównej bohaterki (chociażby pokazanie języka policjantowi), dawała efekt nieco groteskowy.

Dopiero, gdy ukazano problemy moralne libańskich kobiet, odebrałem ten film głębiej.  Sytuacja kochanki w żadnej kulturze nie jest komfortowa.  Trudno jest mi jednak wskazać obszar, w którym ingerencja w prywatność kobiet i surowość oceny społecznej jest większa niż w krajach arabskich.

Nie znając filmów tego typu, nie zdajemy sobie sprawy z zakresu wolności osobistej jaką dysponujemy. W zestawieniu ze światem przedstawionym w Karmelu, polskie absurdy zdają się  mało absurdalne, roszczenia europejskich feministek okazują się błahe wobec niezręcznej sytuacji kobiety zmuszonej rekonstruować błonę dziewiczą w obronie godności, a może nawet życia.

Mówi się tyle o upadku moralności w zachodnich społeczeństwach, lecz czy moralność winna wynikać ze strachu przed napiętnowaniem, czy z praw naturalnych?

Pozwolę sobie jeszcze zwrócić uwagę na tytuł opisywanego filmu. Otóż, dobry tytuł nie ma prawa zdradzać założeń fabularnych dzieła do którego przylega. Wypada też jeżeli tytułowy motyw przebija się w treści utworu, ale nie jest zbyt mocno wyeksponowany. Łatwo tu jednak przesadzić w drugą stronę. W Tataraku Wajdy prawie nie było widać tataraku. Młoda reżyser, dla odmiany, osiągnęła złoty środek. Parafrazując teoretyków literatury Każdy film artystyczny powinien mieć swój karmel.

Debiut reżyserski Labaki zestawia się z twórczością Almodowara. Tego rodzaju porównania zostawmy jednak krytykom, pamiętając że w sztuce wszystko już było i nie sposób dziś znaleźć dzieło zupełnie niepodobne do innych. Warto skupić się na tym czy polecilibyśmy komuś dany „kawałek sztuki”, zamiast kopiować często przeintelektualizowany bełkot znawców. Jeśli zapytacie mnie, czy warto zobaczyć Karmel, bez wahania odpowiem twierdząco.

Marathon

piątek, 24 Lipiec 2009

W ciągu ostatnich 72 godzin obejrzałem w kinie trzy filmy. Tak się ciekawie złożyło, że wszystkie te obrazy były ekranizacjami tekstów literackich. O dziwo, najlepszym z nich okazały się Anioły i demony na motywach powieści Browna. O dziwo, bo konkurencja była nie byle jaka. Były to mianowicie Tatarak Wajdy inspirowany opowiadaniem Jarosława Iwaszkiewicza, oraz Harry Potter i Półkrwi Książę.

Dlaczego akurat film Rona Howarda był najlepszy? Ukażę to punktując wady jego konkurentów.  Jedyny polski film w stawce wzbudził mieszane uczucia. Szczegóły z ostatnich kilku tygodni życia Jandy z jej mężem, Edwardem Kłośińskim wmieszane w historię fabularną miały ze sobą najwyżej dwa wspólne mianowniki: chorobę Pani Marty i śmierć Bogusia.  Ostatecznie nie do końca wiadomo o czym w ogóle mowa. Miałem wręcz wrażenie, że aktorka pokroju Jandy posunęła się do sprzedawania własnego cierpienia.

I myślałbym pewnie, że lepiej byłoby gdyby reżyser nie czekał na tę właśnie aktorkę, lecz powierzył rolę doktorowej komu innemu. Myślałbym tak, gdyby nie słowa wstępu do filmu wygłoszone przez prowadzącego bialskie spotkania filmowe. Stwierdził on bowiem, że najbardziej sławnemu polskiemu reżyserowi całkiem słusznie zarzuca się przekłamywanie historii. Mniej więcej w połowie seansu pojawiło się w moich myślach zdanie, że artysta nigdy nie kłamie, lecz może używać fikcji, aby pokazać ogólną prawdę, będące parafrazą słów jakiegoś autorytetu z dziedziny szeroko pojętej sztuki. Pomyślałem sobie także, że ekranizacji tekstów literackich może ponadto dotyczyć prawidłowość właściwa ich przekładom, mianowicie: piękne nie są wierne, wierne nie są piękne. Bez wątpienia Tatarak promował jakieś wyższe wartości, jednak – jak na mój gust – ukryto je zbyt głęboko. Stąd też moje ambiwalentne odczucia.

Przypadek najnowszej kinowej adaptacji przygód młodego czarodzieja ukazuje natomiast, że nie wystarczy dobrze opowiedziana historia, aby zrobić warty obejrzenia film. Przed seansem, który rozpoczął się już dzisiaj, bo o godzinie 00:01 miałem przyjemność udzielić wywiadu bliżej nieokreślonym dżentelmenom z kamerą. Zapytany, czego spodziewam się po filmie, odpowiedziałem, że spodziewam się pazura, mrocznej atmosfery, która ewidentnie emanuje z szóstego tomu serii o Harrym Potterze. Takie oczekiwania, wzbudził zresztą zwiastun, który, jak śmiem twierdzić, objął niemal wszystkie ciekawe momenty filmu. Na potwierdzenie tych słów i, aby ułatwić ustosunkowanie się do sprawy w domowym zaciszu już po obejrzeniu Księcia, zamieszczam zwiastun filmu emitowany w polskich kinach.

Przyznacie chyba, że mieliśmy prawo oczekiwać obrazu, który mógłby nawet przestraszyć osobniki o słabszych nerwach. Yates zamiast tego zaserwował pseudokomedyjkę kostiumową, nudną niemal zawsze, gdy braknie podtekstów. A tych jest całkiem sporo jak na film dla młodzieży. Pominę już nieścisłości fabularne, które były widoczne nawet dla kogoś kto książkę przeczytał zaraz po jej wydaniu w Polsce, ale nie biły po oczach. Poza tym pamiętajmy o pięknie i wierności.

Obiektywnie mierny poziom filmu jako całości dziwi zwłaszcza, że za reżyserię poprzedniej części – którą to część wspominam znacznie lepiej niż tę opisywaną obecnie – odpowiada ten sam człowiek. Czyżby poszedł na łatwiznę?

Na koniec przyszła pora na kilka słów o najlepszej z wspomnianych dziś produkcji. Nie czytałem jej literackiego pierwowzoru, ale już scena niszczenia pierścienia rybaka po śmierci papieża, otwierająca film, sprawia bardzo dobre wrażenie. W zasadzie możnaby na tym zakończyć mówienie o Aniołach i demonach. Warto jednak pochwalić konsekwentne prowadzenie widza po fałszywym tropie, aby ostatecznie go zaskoczyć. Widać tu wyraźny postęp od czasu Kodu da Vinci, w którym stosunkowo szybko można było się domyślić kto jest potomkiem, czy raczej potomkinią Chrystusa.

Co może razić, to nadzwyczajna zręczność i przebiegłość zabójcy. Mniemam jednak, że ma to swoje źródło już w tekście powieści.

O czym świadczy zaskakująca nierówność przedstawionych przeze mnie filmów? O tym, że w kinie nie ma nic pewnego. Dobrego filmu nie gwarantują ani uznane nazwiska jego twórców, ani najlepsze ich chęci, ani nawet dobrze napisana książka będąca dla nich bazą. Co ciekawsze, przekładając kontrowersyjną książkę na język filmu udaje się czasem – choć stosunkowo rzadko – wyeksponować coś, poza samą kontrowersją.

Le choc pour le choc

piątek, 17 Lipiec 2009

Nie jest dla mnie nowością, że aby zaistnieć w popkulturze należy podziałać na odbiorcę feerią barw, doznań czy czegokolwiek. Właśnie wróciłem z pierwszego w moim mieście seansu Wojny polsko-ruskiej i postanowiłem podzielić się swoimi przemyśleniami na temat tegoż obrazu.

Byłem niezmiernie ciekaw, kim i czym bezustannie zachwycał się Robert Leszczyński w pierwszej edycji Idola (tak, kiedy emitowano ten program, chłonąłem jeszcze popkulturę całym sobą). W kinie obejrzałem właśnie coś, co jest stuprocentowo zgodne z kanonem popkultury właśnie, który streścić można w jednym bezokoliczniku szokować!

Moje uprzedzenie do tego filmu, wynika z niechęci do groteski. Jest to, w moim przekonaniu, konwencja, która wymaga efekciarskich środków. I taka właśnie była Wojna polsko-ruska. Ot, niewinne połącznie Matriksa, Requiem dla snu Bruce’a wszechmogącego, gdzie Szyc (Silny) to jednocześnie Neo i Harry, zaś Masłowska to taki Morgan Freeman (Bóg) w spódnicy.

Czy mam cokolwiek przeciwko wymienionym filmom? Zasadniczo uważam, że były na swój sposób nowatorskie. No właśnie były, odpowiednio  w latach 1999, 2001 i 2003. Serwowanie podobnej mikstury w roku pańskim dwa tysiące dziewiątym jest dla mnie cokolwiek niezrozumiałe.

Mój brat jest zdania, że film jest, jak na polskie warunki, wykonany bardzo dobrze i trudno się z tym nie zgodzić. Fabuła gdzieś się rozmywa. ale całość przyciąga oko, a chyba o to chodziło.

Kolejną zaletą obrazu jest jego sugestywność. Tę cechę cenię najbardziej. O ile na przykład Juno nie był filmem pretensjonalnym, o tyle ostatnia rzeczą, którą miałem ochotę zobaczyć były narządy płciowe Szyca. Niestety zobaczyłem je kilkakrotnie, co wydało mi się aż nazbyt dosłowne. Mniemam jednak, że to ukłon w stronę żeńskiej części publiczności.

Ponadto, mam wrażenie, że purytańskiej Polsce, trzeba od czasu do czasu filmów na miarę Requiem dla snu. Może w końcu zrozumiemy skąd biorą się narkomani. Dotrze do nas, że za doznaniami można podążać tak uparcie, aby ostatecznie je wypaczyć. Bo czy Siwy, który w gruncie rzeczy szukał dla siebie miejsca poza szeregiem niewolników, nie mógł istnieć naprawdę? Mniemam, że znalazłoby się conajmniej kilku takich jak on.

Mam nieodparte wrażenie, że film ten powstał głównie po to, aby wzbudzić nową falę zainteresowania powieścią Masłowskiej. Publika to kupi. Bo publika od wieków pragnie chleba i igrzysk. Jeżeli wyżej wymieniona książka jest w połowie tak zakręcona jak jej filmowa adaptacja to:

a) boję się po nią sięgać;

b) zamiast pierwszą polską powieścią dresiarską, należy ją nazywać pierwszą polską powieścią ćpuńską.

Is it trendy to be a killer?

środa, 25 Marzec 2009

Za czasów Goethego była moda na samobójswa. I to za sprawą „Cierpień młodego Wertera”. No i stał się Werter kimś w rodzaju „Pra-emo”. Wprawdzie jego powierzchowność różniła się dalece od dzisiejszych emo, ale w swoich czasach jego twórca zainicjował przy okazji swoistą modę. Za wikipedią:

Wśród młodzieży romantyczej zapanowała moda na ubiór werterowski, czyli żółtą kamizelkę i niebieski frak. Wiele osób, które przyjęły w życiu postawę werteryczną, tak jak główny bohater powieści Goethego, popełniło samobójstwo.

Dzisiaj mamy modę wielokrotnie bardziej niebezpieczną. Modę na młodocianych „samobójco-zabójców”. I jak to zwykle bywa w przypadku takich mód, społeczeństwo jest wobec nich zupełnie bezradne. Wiecie już do czego piję, prawda?

Ale zaraz, przecież Tim Kretschmer był tylko jeden. Bzdura, powiadam! Nikt już nie pamięta Harrisa i Klebolda, którzy dziesięć lat temu dokonali masakry w amerykańskim liceum, niewielu wie jeszcze o młodym Czechu, którego policja ujęła zanim zdołał doprowadzić do tragedii.

I co na to wszystko prawo? Za tvn24:

Niedoszłemu zamachowcowi – jeśli zostanie uznany za winnego – grozi pięć lat więzienia.

Co dobrego przyniesie więzienie w tej sytuacji? Nic. Co może przynieść niedobrego? Wiele rzeczy. Na przykład narastającą chęć zemsty na społeczeństwie, które go nie zrozumiało.

Można w tych przypadkach doszukiwać się wpływu brutalności, którą ociekają filmy i gry komputerowe. Można dopatrywać się tzw. „Cywilizacji śmierci”, o której trąbi kościół katolicki. Odnośnie brutalnej rozrywki bardzo prawdopodobne, że nie pozostała ona bez wpływu na młodych zabójców. Czy ktoś jednak zadbał o to, żeby ograniczyć im dostęp do pewnych treści? Starożytni patrzyli jak ludzie i dzikie zwierzęta rozszarpują się nawzajem. Jak wielu z nich podniosło rękę na drugiego człowieka? Gdyby zabójstwa inspirowane zaobserwowaną przemocą były powszechne, na pewno pozostałaby o tym choć mała wzmianka.

Co zaś się tyczy wspomnianej przeze mnie „Cywilizacji śmierci” to trudno zaprzeczyć jej istnieniu. Jest ona jednak starsza niż sam Kościół. Człowiek zawsze odczuwał osobliwą przyjemność stając się panem życia i śmierci drugiego człowieka. Jedni mordowali „w słusznej sprawie”, inni dla zabawy.

Można szukać winnych pojawiania się młodocianych zbrodniarzy wśród kreatorów masowej rozrywki, można winić za to Szatana i jego zgubny wpływ na ludzką duszę. To łatwiejsze niż przyznać się do własnych błędów.

Dopóki materia będzie królować nad duchem, dopóki nie zaczniemy zaglądać w dusze naszym sąsiadom, kolegom z klasy i w ogóle całemu ludzkiemu otoczeniu, będą dziać się tragedie. Tragedie gorsze od wyżej wspomnianych.

Że zaś nie zanosi się na zmianę mentalności ogólnoludzkiej, jesteśmy skazani na zło.

Quo vadis Mundi?

niedziela, 22 Marzec 2009

Cóż, ludzie mają skłonność do wyciągania błędnych wniosków z doświadczeń innych ludzi. Chcę jasno podkreślić, że nie chodzi mi o wnioski pochopne, lecz po prostu z gruntu bezsensowne. Co gorsza, nie jest to problem żadnej konkretnej nacji, lecz ogólnoświatowej populacji.

Jako pierwszy przytoczę przykład Rumunii, która w związku ze sprawą Josefa Fritzla, zwanego szumnie potworem z Amstetten rozważa legalizację kazirodztwa. Już samo określenie tego człowieka jest kuriozalne. Fakt, dopuścił on się strasznych zbrodni, ale na przestrzeni wieków  tysiące dwunożnych, rozumnych istot robiła rzeczy podobnego kalibru. Wystarczy zresztą przytoczyć całkiem współczesny przykład „polskiego Fritzla” rodem z Radzynia Podlaskiego, o ile się nie mylę. Pod żadnym pozorem nie zamierzam gloryfikować postępków któregokolwiek z mężczyzn. Pragnę jednak zwrócić uwagę na to, że ludzkość urosła w butę – bardzo chętnie mówimy o swoich chlubnych czynach, a zapominamy o najniższych plugastwach, które wpisywali w naszą naturę tak autorzy starożytni, jak i Biblia. Ta ostatnia przedstawia różne ochydztwa, co jednoznacznie daje do zrozumienia, że nie są one miłe chrześcijańskiemu Bogu, niemniej istnieją jako integralna część świata.

Do rzeczy jednak. Według wizji Rumunów, na związek kazirodczy musiałyby się zgodzić osoby pełnoletnie. Jak się to ma do historii Fritzla i jego córki skoro ojciec odurzył ją narkotykami i zamknął w piwnicy? No właśnie – nijak… Skąd zatem ten pomysł? I po co? Ano chyba po to, żeby odwrócić uwagę opinii publicznej od kryzysu.

Pozostałe absurdy są mniej szokujące, ale tym bardziej niezrozumiałe. Weźmy na przykład partnerskie związki homoseksualne. Nawet nie musiałoby się to nazywać małżeństwem, o ile normalizowałoby prawno-podatkowo-finansową sytuację osób homoseksualnych, a przecież nie przyniosłoby najmniejszej szkody heterykom. No może poza jakimś archaicznym dyskomfortem psychicznym.

Legalizacja miękkich narkotyków. Mam niejasne wrażenie, że nie dojdzie do niej nigdy. Mimo że udowodniono, że wiele z nielegalnych substancji psychoaktywnych czyni mniejsze szkody niż alkohol i papierosy.

Czuję się, jakbym powtarzał jakąś piekielną mantrę, ale nie jest uczciwe, że do jednych nowinek podchodzimy bezkrytycznie, ignorując ich wady, a odnośnie innych nie chcemy nawet poznać bilansu  pozytywów i negatywów.

Legalize it!

piątek, 13 Luty 2009

Według wielu ludzi, polski rząd zrobił krok w tył delegalizując „dopalacze”. Nie znam dokładnej treści ustawy, ale domyślam się, że nie jest ona spójna i niedługo pojawią się osoby zdolne wykorzystywać kruczki prawne. Rzecznikiem tych substancji nie będę, bo niektóre z nich mają rzekomo działanie podobne do twardych narkotyków, więc można się spodziewać, że i spustoszenia w organizmie sieją analogiczne. Nie próbowałem, nie zamierzam, więc i kłócił się nie będę.

Chciałbym jednak zwrócić uwagę na to, że wielu inteligentnych i światłych ludzi postuluje ostatnimi czasy legalizację marihuany. Trudno takie osobowości jak Mario Vargas Llosa, Paulo Coelho, Enrique Krauze czy Tomas Eloy Martinez posądzać o używanie tego środka w stopniu, który mógłby zaburzyć ich osąd w tej sprawie. W Polsce jednym z bardziej znanych rzeczników legalizacji miękkich narkotyków był, nieżyjący już, Jacek Kaczmarski. Malkontenci stwierdzą, iż był to alkoholik, który terroryzował rodzinę. Odpowiem wtedy, że w gruncie rzeczy mają oni rację, ale gdyby zamiast upijać się „na agresora” miał legalny dostęp do „zioła”, jego bliscy zapamiętaliby go raczej jako wesołka.

Pragnę też nadmienić, że Donald Tusk nie jest pierwszym polskim politykiem wysokiej rangi, który przyznawał się, iż miał bezpośredni kontakt z „trawką”. Jego poprzednik w tej materii zdawał się to robić regularnie (nazwiska niestety w tej chwili nie pomnę).

Jakie są w zasadzie przeciwwskazania odnośnie uczynienia marihuany legalną? Pierwszy argument jest taki, że używanie konopii indyjskich prowokuje ludzi do szukania mocniejszych wrażeń w postaci zażywania narkotyków twardych. Nawet pomijając fakt, że po mocniejsze używki sięga mniej niż połowa palaczy, trzeba się zastanowić z czego wynika to, że niektórzy jednak sięgają. Ano wynika z tego, że czarnorynkowa marihuana „wzbogacana” jest różnymi substancjami chemicznymi, o silnym działaniu uzależniającym fizycznie  (np. eter dietylowy ). Samo zaś THC (główny składnik psychoaktywny, obecny w „zielsku”) nie uzależnia w ten sposób.

Wniosek? Przekazanie kompetentnym firmom produkcji i dystrybucji legalnej marihuany i obłożenie jej podobnymi obostrzeniami, jak w przypadku alkoholu, wydaje się całkiem rozsądnym pomysłem. Jeżeli ponadto uda się uzyskać rozsądną cenę ostateczną, będzie to znaczny cios dla osób czerpiących korzyści z nielegalnego obrotu tym środkiem.

Poprzez ten tekst nie zamierzałem nikogo nakłaniać do spożywania marihuany, w jakikolwiek sposób. Nie neguję też faktu, że może ona powodować negatywne skutki dla organizmu ludzkiego (najpopularniejszymi są zaburzenia pamięci). Pragnę tylko nadmienić, że nawet według raportu WHO z 1995, skutki używania alkoholu i nikotyny są dalece bardziej poważne niż w przypadku marihuany.

Trochę konsekwencji zatem Panowie i Panie Politycy: albo zdelegalizujmy etanol i tytoń, albo zalegalizujmy marihuanę.

Agnostic Proclamation & jubilee

sobota, 17 Styczeń 2009

Kilka czynników skłoniło mnie do przemyśleń na temat religii. Celowo podkreślam, że nie mówię o wierze, a o sformalizowanych spojrzeniach na transcendencję. W związku z tym wszelkie posądzenia o ateizm są bezzasadne. Jeżeli w ogóle można będzie uznać ten tekst za jakikolwiek manifest, to niechże to będzie manifest teizmu agnostycznego.

Dlaczego określam to tak dokładnie? Ano dlatego, że rzadko zdarza się, aby moje poglądy mogła w pełni odzwierciedlić jakakolwiek definicja. W omawianym przypadku tak właśnie jest. Za wikipedią (z hasła Ateizm): Teizm agnostyczny stwierdza, że niemożliwe jest poznanie boga ani dowiedzenie jego egzystencji (lub jej braku), ale zachowuje teistyczną wiarę. Kryterium odróżniającym słaby ateizm od agnostycyzmu jest więc odrzucenie wiary. Uzewnętrzniam to wszystko teraz, bo w jakimś programie informacyjnym usłyszałem o sloganie reklamowym, który można zobaczyć na brytyjskich autobusach: Boga prawdopodobnie nie ma. Dlatego przestań się martwić i ciesz się życiem.

Ja nie jestem tak radykalny w swoich poglądach, chociaż dla wszystkich ortodoksów religijnych jestem z pewnością szatanem, a dla ateistów, tchórzem. Tak jednych, jak drugich zapewniam: to kwestia wyboru.

Kolejnym powodem do refleksji tego typu było odgrzebanie starego wywiadu z Eldoką, w którym wypowiada on następujące słowa: Jestem Muzułmaninem i forma, jaką ta religia przyjmuje, jest najbardziej adekwatna do tego, co ja czuję, jak powinno się traktować relację między człowiekiem a Bogiem. Nie potrzebuję żadnych pośredników. Wystarczy Święty Koran, ja i to, co myślę.

Nie wiem zbyt wiele o islamie, więc nie będę się kłócił przyjmowanymi przez tę religię formami traktowania relacji z Bogiem, ale zasadniczy problem polega na tym, że ekumenizm lansowany głównie przez kościół katolicki, gwarantuje innym wyznaniom tolerancję, nie zaś równoprawność. Trzeba tu nadmienić, że katoliccy duchowni podkreślają na każdym kroku, że tolerancja nie jest synonimem akceptacji. Funkcjonujące w świadomości zbiorowej przeświadczenie, że każdy dobry człowiek pójdzie do nieba jest raczej elementem folkloru ludowego niż którejkolwiek z religii. Radykalne modyfikowanie założeń którejkolwiek z nich, budzi oburzenie społeczności lokalnych, ale te same społeczności pozwalają na niewielkie, ich zdaniem, zmiany, byleby tylko pozostały ich suwerenami. A stąd już prosta droga do powstawania licznych, radykalnych odłamów lub, jak kto woli, pospolitych sekt.

Grzechem czynienia z zaświatów, sfery przeznaczonej wyłącznie dla wyznawców określonych nurtów, obciążone są jednak zbiorowe sumienia wszystkich istniejących kościołów. Zabawne lub tragiczne jest to, że religie monoteistyczne mają te same fundamenty, a różnice które dzieliły je przez tysiąclecia, w skali zbawienia są niuansami.

Dzisiejszy tekst jest setnym, więc pora na małe podsumowanie. Jako że i tak dziś się rozpisałem jak nigdy, będzie ono naprawdę krótkie. Otóż, dzisiaj przejrzałem zamieszczane tu notki i ze zgrozą stwierdziłem, że ich lwia część nie trzyma się kupy pod względem gramatycznym. Więcej grzechów nie pamiętam, za wszystkie serdecznie żałuję i obiecuję poprawę. ;)

Gombrowicz i kosmopolityzm

niedziela, 7 Grudzień 2008

Nie każdy musi być patriotą… Świat złożony z samych patriotów byłby nudny, przyznaję. W dzisiejszych czasach, w dobie ONZ, UE i NATO granica między patriotyzmem a kosmopolityzmem zaciera się. Kocham swoją ojczyznę, bo jest jedna, ale jeśli zapytacie o moje obywatelstwo to powiem, że czuję się nie tylko Polakiem, ale też Obywatelem Świata.

Chwilowo dosyć jednak o mnie, bo Gombrowicz z tytułu wyraźnie domaga się naszej uwagi. Tak, naszej… Nie tylko mojej, bo jeśli to czytasz, też powinieneś / powinnaś się na nim skupić, bo piszę o rzeczach, które winny być ważne dla każdego człowieka.

Otóż miał Gombrowicz tego pecha, że żył w czasach obu Wojen Światowych. Jak się zachowywał w trakcie pierwszej, trudno powiedzieć. W momencie jej wybuchu miał ledwie dziesięć lat. Za to w przeddzień drugiej był już statecznym mężczyzną i zrobił najgorsze, co mógł zrobić – wyjechał. I to nie po to, aby być ambasadorem sprawy polskiej, a po to, żeby ratować skórę.

Traktowanie ojczyzny jako formy, napiętnowanej z zasady w Ferdydurke trąci, za przeproszeniem, Różą Luksemburg, czy Feliksem Dzierżyńskim i jest, w moim mniemaniu, dalece bardziej niebezpieczne niż poddawanie się jej.

Inna sprawa, że urodził się Gombrowicz w narodzie megalomanów, którzy sami doprowadzili do upadku własnej państwowości, stawiając interesy prywatne ponad dobrem państwowym, a mimo to zachowywali się ciągle tak, jakby ich pozycja była mocarstwowa.

Nie dziwi zatem stosunek pisarza do anachronicznej kultury szlacheckiej, a sposób, w jaki go manifestował. Człowiek szanujący ojczyznę (celowo nie używam kategorii miłości), może piętnować mentalność współobywateli, ale powinien wspierać ich działania w zakresie obrony i ewentualnej odbudowy wspólnego domu. Mogłoby to zaowocować pozytywnymi zmianami w postrzeganiu siebie i innych. Niestety, nie zaowocowało.