Archiwum kategorii ‘muzyka’

Never say forever

środa, 20 Kwiecień 2011

Dwa dni temu nawiązałem początkowo ostrą polemikę z serdeczną koleżanką odnośnie stwierdzeń i obietnic zawierających określenia czasu nieokreślonego. Gdyby ktoś miał wątpliwości o czym mówię, chodzi mi o nigdy, zawsze i na pewno.

Niezbyt często zgadzam się z moim tatą, ale udało mu się skutecznie nauczyć mnie, że obietnica jest świętością. Zawsze. Zdarza się tak, że nie da się jej dotrzymać i nie ma sensu się z tego powodu katować. Jak jednak stwierdzić, czy można sobie takie niedotrzymanie wybaczyć?

Recepta jest jedna, za to składa się z dwóch kroków. Po pierwsze: trzeba wiedzieć co się obiecuje i na tym się dzisiaj skoncentrujemy. Po drugie, trzeba zrobić absolutnie wszystko, co jest w naszej mocy, aby tej obietnicy dotrzymać. Nie po to, żeby nikt nam nie mógł niczego zarzucić. Po to, żebyśmy nie musieli się usprawiedliwiać przed sobą. Wiem, potrafimy to doskonale, ale jeśli zaczynamy, to najlepszy dowód, że coś nam nie wyszło.

Wracając do dzisiejszego tematu w rozmowie z Asią padły słowa w rodzaju kiedy budujesz most nie zakładasz, że się on załamie. Możesz więc stwierdzić, że na pewno się nie załamie. I tu jest podstawowa różnica w naszym postrzeganiu. Gdyby rzeczony most się zawalił w godzinach szczytu powodując zgon setek osób, jak miałbym spojrzeć w oczy rodzinom ofiar skoro zapewniałem wszystkich w koło, że most mojej konstrukcji na pewno, ale to na pewno (!) się nie zawali? Będąc budowniczym powiedziałbym raczej: Skonstruowałem ów most najlepiej jak mogłem. Na tyle na ile mi wiadomo nie powinien się zawalić. Różnica subtelna, ale dla mnie kluczowa.

Ergo, nie powiem żadnej kobiecie zawsze będę Cię kochał, bo zawsze to zawsze i, wbrew temu, do czego usiłowała mnie przekonać Asia, nawet najgorsze przewinienie ze strony takiej niewiasty, nie zwolniłoby mnie z obietnicy kochania jej. Czy to znaczy, że moja miłość będzie mniejsza niż gdybym nie wzdragał się przed użyciem zawsze? Wprost przeciwnie. To znaczy, że szanuję każde wymawiane słowo, a nie wymawiając słów pochopnie, okazuję szacunek rozmówcy.

Koncept szacunku do słów i obietnic, które niosą, nie został zresztą całkowicie zapomniany. Eldo nagrał o tym świetny utwór.

Angels’ knock-off

wtorek, 5 Kwiecień 2011

W marcu było jakoś tak niebiańsko tutaj (vide A year from heaven i Spiritually). Pójdźmy dalej tym tropem. Dzisiaj prezentuję Wam tłumaczenie utworu Kaczmarskiego pt. Strącenie Aniołów. Co mnie tchnęło do przetłumaczenia tegoż? Nie mam obecnie wejść od osób anglojęzycznych, o których bym wiedział.  Utwór ten przemówił do mnie (zabijcie, ale nie potrafię znaleźć lepszego sformułowania),  jednak do tego stopnia, że czułem wewnętrzny przymus, aby go oddać w języku Szekspira.

Zanim jednak zaprezentuję przekład, oryginał w wersji dla słuchowców

A według mnie po angielsku wyglądałoby to tak:

Angels’ knock-off

Hosts were singing, the voice remained silent
Who should have justified it
White crowds were marching
Towards the established abyss
Towards the established abyss
Towards the established abyss

There they were standing and there he was
Their wings got numb from their bondage
And their temples and their temples
Were not graced with haloes
Were not graced with haloes
Were not graced with haloes

The defiance is proved
The rebels will be punished
In well-known faces glimmers
Non-celestial glow
Non-celestial glow
Non-celestial glow

Some of them feel much proud
When the fiery sword pushes them down
The crowd comments on it
Not pride is it but vainglory
Not pride is it but vainglory
Not pride is it but vainglory

Some are crying screaming aloud
Hosts are shouting them down though
Others are jumping willingly
They are longing to be damned
They are longing to be damned
They are longing to be damned

The greatest of them is the last to fall
Corrupting in his journey for the crown
What remains of him what remains of him
Is white crowd and muffled shout
Is white crowd and muffled shout
Is white crowd and muffled shout

So has the justice been done
An Angel calls his brother Satan
In the name of Lord
In the name of Lord
And world’s perpetual sorrow
And world’s perpetual sorrow
And world’s perpetual sorrow

Cockney’s right!

piątek, 17 Wrzesień 2010

Długo zastanawiałem się jak zatytułować ten wpis, bo jak stwierdził Abradab w jednym ze swoich utworów tytuł jest konieczny. Współcześnie słowo cockney oznacza stereotypowego mieszkańca londyńskiego East Endu, bądź też gwarę, którą się taki mieszkaniec posługuje. Pierwotnie jednak słowem tym określano rozpieszczone lub zepsute dziecko (za Reader’s Digest: The Origins of Words & Phrases). W tym właśnie znaczeniu użyłem wspomnianego sformułowania.

Chodzi mi konkretnie o jedno zepsute dziecko polskiej sceny hip-hopowej, mianowicie o Tedego. Ku swojemu zdziwieniu przyznałem mu całkowitą rację po raz pierwszy od wydania płyty 3H – Hajs Hajs Hajs, czyli od wczesnego roku 2003, W czym mu przyznałem rację? Zobaczcie sami.

Z jednej strony Tede prawi truizmy, których można się domyślić, czy przeczytać na rozmaitych portalach, bez konieczności nasłuchiwania Radia Maryja. Z drugiej jednak, jest pierwszym raperem, który odważył się wypowiedzieć na ten temat. Szkoda jedynie, że zrobił to prozą.

Nie wiem jak Wy, ale ja chętnie usłyszałbym diss na Belzebuba z Torunia, zwłaszcza że przeciąganie beefu z Peją niczego już raczej Tedzikowi nie przyniesie. Poza tym, gdyby w końcu wypowiedziano muzyczną krucjatę przeciwko Rydzykowi, Łona okazałby się autorem natchnionym, kiedy rapował:

Nie jest dobrze, ale nic to

Radio Maryja uratuje polski hip-hop!

Rozsierdził trueschoolowców, Ludzi Ulicy, czy odważy się rozsierdzić moherowe berety? Ciekawe jaka byłaby reakcja tzw. Środowiska, gdyby się odważył.

Issues

piątek, 1 Styczeń 2010

Ostatnie kilkadziesiąt dni  2009 roku upływało mi pod znakiem nauki, ale także szeroko zakrojonych rozkmin dotyczących mniej lub bardziej osobistych tematów. Rozważałem na przykład jak wyglądają moje relacje z ludźmi, co jest w tych relacjach źle i ile z tego źle wynika z mojej winy. Tym stosunkowo mrocznym przemyśleniom, wtórowały mało wesołe pozycje z mojej playlisty, takie jak Miłości nie ma dziś. O.S.T.R’a; Nie płaczę za nimi; Mesa i spółki, czy też ostatnio Zdrada ’06, czyli zremiksowana wersja utworu z Alkopoligamii, czyli Zapisków Typa. Kilkakrotnie zasiadałem nawet do notki, którą możnaby zatytułować tłumaczeniem, któregoś z tych tytułów, a która miałaby stanowić wstęp dla któregoś z moich opowiadań. Ale teraz nie o tym.

Przy okazji sentymentalnego powrotu do teledysku do Zdrady pozwoliłem sobie na krótką wymianę zdań z użytkowniczką youtube’a. Kiedy już uznałem, że nie mam nic sensownego do dodania, z odsieczą przyszło młode wydawnictwo Alkopoligamia.com publikujące na swoich stronach teledysk do utworu  pod chwytliwym, choć nieco pretensjonalnym tytułem Powinnaś być ze mną.

Cały utwór może się wydawać taki jak jego tytuł, jednak za sprawą zwrotki wspomnianego już kilkakrotnie Mesa, dołącza do biblioteki piosenek, które streszczają mój pogląd na daną sprawę, w tym wypadku definiując kobietę, która jest warta, aby się przed nią otworzyć. Rzadko tu cokolwiek cytuję, ale skoro piszę o definicji, warto ją przytoczyć.

[...]wiesz, jara mnie to, że masz swoje zdanie i styl
Jill Scott i Aretha, wolisz te panie niż Feel
gdy słyszysz aktor myślisz teatr,  nie teleturniej
bo możesz być z artystą, nigdy z teledurniem
w łóżku krzyczysz różne rzeczy ale nigdy a – ua!
gdy idziemy na koncert Ty klaszczesz na dwa[...]
wiesz to, kochasz prawdę choćby i gorzką jesteś mi panią psycholog, nie psycholożką
nie dasz wcisnąć sobie kitu choćby cały świat go chwalił [...]

Za sprawą chwytliwości, ma szanse ów utwór trafić do stacji radiowych i telewizyjnych, a przy okazji dać do myślenia paru osobom. Ja ze swojej strony mam nadzieję, że ten wpis przeczyta Hedonistka i zda sobie sprawę z faktu, że niewiele jest dziewczyn, które spełniają kryteria definicji, nawet jeśli wyłączy się z niej różne łóżkowe krzyki.

Całej reszcie internetu wklejam klip z Youtube’a i życzę do siego roku w rytmie dobrej muzyki, cokolwiek znaczy to dla każdego z moich czytelników.

Damned

czwartek, 4 Grudzień 2008

Za Blefem i Eldoką mówiąc

„Są takie wydarzenia, które tak z pozoru nieistotne, mogą stać się w mgnieniu oka mostem, gdzieś na drugą stronę, albo tylko w nicość, jest mi źle, nie mów rodzicom…”

Swoją drogą na solowej płycie Blefa, jest kilka smakowitych kąsków… Osobiście polecam utwory 6. (, z którego pochodzi zacytowany fragment), 11. i 14. Dobry jest też featuring Skubiego, ale nie pamiętam numeru, wybaczcie. W wielkim napięciu oczekuję też solówek Eldoki (już za osiem dni!) i Tego Typa Mesa. Ale wracając do wspólnego nagrania Emila i Leszka, mnie zawiodło dzisiaj w otchłanie potępienia, co zaowocowało mrocznym wierszem:

Przekleństwo (4.12.2008)

Przekleństwo przekleństwo przekleństwo
Na mą głowę
Przekleństwo
Którego nie zdejmie żadna spowiedź
Przekleństwo samotnego człowieczeństwa
Moja droga do szaleństwa
Szatańskiego błogosławieństwa

Czymże jest życie
Jeśli nie możesz go pędzić
W zachwycie
Zostaje tylko ględzić
Nużać się w beznadziei
Chociaż świat
Się ciągle śmieje
Mówili że po nocy dnieje
W moim świecie noc polarna
Tak naturalna
A zarazem fatalna

Zabija mnie forma
Niszczy pożądanie
Upodobanie w normach
Miałem pretensje do boskości
Marny człowiek w duszy gości
Zakochany w złożoności
Która jest mirażem
Fikcją za którą
Ktoś dostał gażę
O niczym już nie marzę
Nie potrafię
Nie obchodzi mnie nawet
Czy do piekła czy do nieba trafię
Ani kiedy to się stanie
Niechaj przyjdzie dzisiaj
Niechże zdejmie
Z mojej duszy liszaj
Wiem że proszę nadaremnie

Nigdy nie dał mi tego
O co prosiłem
Przestałem modlić się do Niego
Być może zbłądziłem
Teraz jestem Werterem bez pistoletu
Nie zasłużę nawet na fragment pamfletu
Bo sam o to prosiłem
Sam swoje życie
Uczyniłem zawiłem

Kate Nash

środa, 26 Grudzień 2007

Nazwisko w tytule wskazuje niechybnie, że będzie o muzyce. I to nie byle jakiej muzyce.

Mówi się, że to dwudziestoletnie dziewczę, z dnia na dzień zmienia oblicze muzyki pop. I jest w tym wiele prawdy skoro ja, który otwarcie gardzę muzyką tego rodzaju, przypisując jej cukierkowość, szablonowość i brak jakiejkolwiek wartości liryczno-artystycznej, publicznie  zachwycam się twórczością tej kobietki,  gdy tylko mam okazję. Otóż wspomniana artystka swoim dokonaniem, w postaci jeszcze świeżego albumu, zaprzecza wszystkim wymienionym przeze mnie wadom muzyki popularnej. Mimo to nie da się jej umieścić w żadnej innej kategorii. Teksty skłaniające do głębokich przemyśleń (, mimo że operuje kolokwializmami, a czasem nawet wulgaryzmami, robi to w sposób świadomy i zasadniczo nie przekracza granic dobrego smaku); urzekający brytyjski akcent (, nie wiedzieć czemu, tak brutalnie tłumiony przez większość wokalistów pochodzących z tego rejonu); sposób śpiewania nieco podobny do Bjork, choć może to tylko moje skojarzenie, a także fakt, iż posiada ona realną umiejętność śpiewania (jej głos nie brzmi jakby, był poddany wielogodzinnym przemianom komputerowym) i gra na kilku instrumentach sprawia, że powstał ktoś, kogo mogę nazwać artystą idealnym, subiektywnie rzecz jasna.

Biorąc pod uwagę fakt, że często porównuje się ją z Lily Allen należy wziąć pod uwagę fakt, że panna Nash jest skromniejsza. Podczas gdy styl życia Lily, zalatuje naszą Dodą (, mimo że utwory angielki są ambitniejsze), Kate sprzedaje swoją muzykę bez skandaliczno-medialno-seksualnej otoczki.

Tym, którzy dotrwali do końca moich „ochów i achów” szczerze i gorąco polecam album „Made of bricks”. Aby uprzedzić pytania, skąd się o niej dowiedziałem, napiszę: „Kawa czy herbata”

“Diabeł na oknie” i interes życia

czwartek, 6 Wrzesień 2007

Dzisiejszy dzień spędziłem na rozkosznym nic-nie-robieniu. I szkoda, że Artur tak późno zapytał czy uczę się na geografię, bo mógłbym się wykuć i miałbym spokój z odpowiedziami przez pół do całego półrocza. Olać i tak sobie czytam i stwierdzam, że temat łatwy, więc może się jeszcze zgłoszę. Ostatnie dwa dni spędziłem na pisaniu opowiadania na konkurs Dekalog89+, doprawdy ciekawe przedsięwzięcie. Ciekawe czy coś zdziałam. Dzisiaj na  języku polskim odczytałem pierwszą zwrotkę „Diabła na oknie” z CKCUA Eldoki. Posłużyła mi ona za wyborną charakterystykę Mefistofelesa. Pewnie wywołany wyżej wymienionym tekstem Mefisto, podkusił mnie do sprzedania książki z biologii, kiedy okazała jeszcze potrzebna. Dzięki należą się Jewrykowi, który zasponsorował mi najbliższy miesiąc nauki tego przedmiotu, pożyczając książkę.

Swoją drogą, „Faust” wydaje mi się świetnym utworem „pre-fantasy”, chętnie go sobie łyknę kiedy kolejka książek do przeczytania znowu stopnieje. Nie wróże tego zbyt szybko niestety

Zdalnie

wtorek, 31 Lipiec 2007

Fakt, ostatnio więcej tu komentarzy niż prezentacji twórczości wyższej, ale zwyczajnie mam potrzebę odniesienia się do pewnych spraw. Wczoraj późnym wieczorem obejrzałem na TVNie jakąś powtórkę Kuby Wojewódzkiego. Doprawdy, tym razem „najmniejszemu z jurorów Idola”, jak go określił kiedyś Łona, towarzyszyło doborowe towarzystwo w osobach Iwana Komarenko i Marcina Millera (?), lidera grupy (, bo nie ośmielę się tego nazwać zespołem muzycznym) Boys. Dlaczego o tym piszę? Bo wiedząc kogo Kuba zaprosił obejrzałem program z ciekawością. Wiecie czego tak naprawdę chciałem się dowiedzieć? Czy to, że ci dwaj panowie przyjęli zaproszenie największego drapieżnika współczesnych mediów, było przejawem skrajnej odwagi czy skrajnej głupoty. i jak to Kuba ładnie określił „parcia na szkło”. Wyszło na to drugie, bo ofiarom Wojewódzkiego nie udało się zbudować sensownej linii obrony, co pozwoliło mu szczypać czepiając się słów. Co ciekawe Iwan powiedział, że szanuje Peję, bo udało mu się zrobić karierę. Widać, że Rosjanin nie oglądał „Blokersów”, gdzie Peja nagrywał nielegala w pokoju z pecetem, deckiem, mikrofonem powleczonym starą pończochą i łóżkiem. Niewielkie ma też nasz wschodni przyjaciel na temat sceny hip-hopowej w Polsce i tego, kto zrobił karierę.

U pana M.M ukłuło mnie, że człowiek ten uzurpuje sobie miano artysty. Ok, jeżeli dane sprzedaży płyt czy frekwencja na koncertach wskazują, że może mówić o sobie „gwiazda”, nie przyczepię się do tego, ale artyzmu nie ma w jego gwiazdorstwie za grosz i wydaje się, że prowadzący program był podobnego zdania, Miłą przeciwwagą dla obu megalomanów jest Ania Dąbrowska. Nienachalna, soulowa, uspokajająca, mimo że trafia do mas. Właśnie przesłuchałem jej ostatni album („Kilka historii na ten sam temat”) i jest to bodaj pierwszy wynalazek mojej siostry, którego nie wstydziłbym się pokazać na lastfm. Teksty poprawne językowo (nie jak „pytam się gwiazdy” Rubika) i skłaniające do refleksji (nie jak u Dody, Mandaryny czy innej Gosi Andrzejewicz). Naprawdę miła odskocznia od rapu. Polecam.

A na koniec odniesienie do tytułu, jest to pierwsza notka, którą napisałem bez użycia przeglądarki, mianowicie dzięki linuksowemu „Blog Entry Poster”

…, bo rzeczywistość trzeba komentować…

piątek, 29 Czerwiec 2007

Na świeżo kilka spostrzeżeń, które umknęły mi wczoraj lub pojawiły się dzisiaj… Pozwolę sobie ustosunkować się do komentarza Mera na temat nowej Morwy… Ciężko jest mi obiektywnie ocenić płytę składu, który robił kawał tłustego trueschoolu, a teraz serwuje coś w klimatach Liroya czy Molesty (wiesz, co mam na myśli? „To już dziesięć lat…” blablabla, po prostu na tej płycie nie było dla mnie nic nowego, a płyt retrospekcyjnych mamy już w Polsce kilka, mimo że staż kultury hip-hopowej jest raczej marny w porównaniu z tym amerykańskim. Trochę się boję, że za dwa-trzy lata już zupełnie nie będzie czego słuchać, bo na płytach będą gadki w stylu „Jestem świetny, bo nagrywam od piętnastu lat”

Dalej, Euro 2012. Miałem szczerą nadzieję, że to będzie bodziec, żeby coś się w tym dziwnym kraju zmieniło. I jakaś szansa dla tego śmiesznego rządu na częściową rehabilitację, ale co się okazało? Na staranie się o pieniądze z Unii Europejskiej jest już za późno, autor wczorajszego przeglądu prasy w „kawie czy herbacie” bardzo ładnie to podsumował mówiąc, że albo zapłacimy wyższe podatki, albo obejrzymy Euro z Włoch. Chyba każdy się ze mną zgodzi, że żadna możliwość nie jest satysfakcjonująca…

Wracając do współczesnej muzyki rozrywkowej, to paradoksalnie kierunek w jakim ta zmierza jest tak dziwnie niezaskakujący, że aż chce się to skomentować. Po komercyjnym sukcesie Piotra Rubika, którego utwory, mówiąc nawiasem, zakrawają dla mnie na kpinę (przynajmniej w warstwie tekstowej, bo to prawie poezja, ale prawie robi wielką różnicę), co widzę dziś w telewizji? Nagranie Leszczy (cóż za wyszukana nazwa, określająca zarazem ich pozycję na arenie dobrej muzyki), z solistką operową (bodajże Małgorzatą Walewską)… I o to mamy przykład jak machina show-biznesu przystawia sztuce do głowy rewolwer. Bo przez łączenie muzyki poważnej z rozrywkową powstaje miszmasz, który w znacznym stopniu degeneruje tę pierwszą i bezczelnie kłamie prostym ludziom, że się ukulturalniają… A dlaczego kłamie? Bo jeżeli kultura zejdzie poniżej pewnego poziomu, staje się popkulturą. Nędzną namiastką swojej starszej i zacniejszej siostry… Trochę się rozpisałem, więc zastanawiam się czy jeszcze męczyć Was wierszem… Chyba pozwolę Wam odpocząć…

Joka, fanka i “gwałt”

czwartek, 24 Maj 2007

Media bombardują nas doniesieniami o gwałcie, którego miał się dopuścić na fance… Cała sprawa wydaje mi się chora. O ile winie Joki nie da się zaprzeczyć, o tyle można ją usprawiedliwić chociażby upojeniem alkoholowym… Nie rozumiem natomiast czego mogła oczekiwać 29-letnia kobieta od rapera, który zabiera ją do hotelu… „Fanka” powinna zdawać sobie sprawę, z czym wiąże się afterparty w hotelu z artystą, który przyznaje się do używania alkoholu i narkotyków… Jeżeli nie wykazała tyle znajomości życia, to gratuluję… Ciekawe ile nieznajomych dziewczyn poszłoby ze mną do hotelu nawet bez podtekstów… Wydaje mi się, że domniemana ofiara chciała zarobić na znajomości z Joką lub przynajmniej się wylansować, a że wszystko poszło nie po jej myśli to chociaż zrobiła trochę szumu… Cóż niektóre kobiety to hipokrytki, najpierw chcą być grupiz, a później wszystkich obwiniają o swoją głupotę… W każdym razie, Abradab i Joka, jestem po Waszej stronie

Po przesłuchaniu utworu Szał baj najt wszystko zdaje się być jasne, jak widać, nie dla wszystkich