Archiwum kategorii ‘polityka’

Nothing left to hide

środa, 25 Styczeń 2012

Zaiste, nie mogłem przypuszczać, że słowa umieszczone na końcu ostatniego wpisu sprawdzą się tak szybko. Nazywajcie mnie lewakiem, masonem, żydem czy innym wrogiem publicznym. W zasadzie możecie mnie nazywać jak Wam się żywnie podoba, ale zbliżają się bardzo nieciekawe czasy. 2. czerwca bieżącego roku wchodzi w życie nowelizacja ustawy o Najwyższej Izbie Kontroli, która pozwoli jej szeregowym pracownikom zbierać tzw. dane wrażliwe, czyli informacje o wyznaniu, poglądach politycznych, orientacji seksualnej, stanie zdrowia czy nawet kodzie DNA (sic!).

A to wszystko nie stało się za rządów PiS-u tylko zostało uchwalone głosami PO, PSL i SLD. I po co Tuskowi czy Millerowi formalna koalicja skoro wspierają się wzajemnie przy forsowaniu tak oburzających projektów?! Ja nie wiem, czy premier jest tak pewny reelekcji, czy po prostu strzela sobie w stopę, żeby dorównać szefom poprzednich rządów w zadufaniu?

Z tego miejsca biję się w piersi, jako że omawiana ustawa była głosowana kiedy PO miało ode mnie kredyt zaufania, czytaj: jeszcze w poprzedniej kadencji. I nie interesują mnie zapewnienia rzecznika NIK-u, że

(…)NIK nigdy nie przeprowadzała ani nie zamierza przeprowadzać kontroli, które wymagałyby dostępu do zapisu DNA, preferencjami seksualnymi czy poglądami politycznymi i wyznaniem(…)

Nie wiem jak Wy na to patrzycie, ale mnie się to wszystko układa w logiczną, ale przerażającą całość. I chyba pora ponownie rozważyć studia w Anglii i osiedlenie się tam na stałe. Kłopot w tym, że tam już chyba funkcjonują regulacje zbliżone do niniejszym opisywanych. :roll:

Alea iACTA est

wtorek, 24 Styczeń 2012

Jakże aktualne są dzisiaj słowa rzekomo wypowiedziane przez Juliusza Cezara jakieś 2061 lat temu. Bo oto kości w sprawie ACTA, przez którą kipi cały Internet zostały rzucone. Rząd prawdopodobnie podpisze rzeczoną umowę i pozostaje tylko mieć nadzieję, że jej postanowienia będą realizowane równie opieszale co inne przepisy prawne. I chowa się tutaj pewna ironia, bo oto ja, jednostka, która woła o zmianę w polskim życiu społeczno-politycznym, mam nadzieję na utrzymanie się status quo.

Bardzo długo nie zabierałem głosu w sprawie, o której niniejszym piszę, bo jestem zdania, że to, jak ktoś ładnie to określił bodajże na Antywebie, pospolite ruszenie polskich internautów, nie zmieni decyzji rządu w sprawie podpisania rzeczonej umowy. Z  dwunastogodzinnym opóźnieniem dołączam jednak do protestu. Ma to wymiar czysto symboliczny, jako że zasięg mojego bloga jest bardzo mały.

Przywykliśmy do swobód, odrzucając myśl, że ktoś kiedyś może nas ich pozbawić. Wkrótce może się jednak okazać, że trzeba będzie odkurzyć tzw. obywatelskie nieposłuszeństwo i walczyć nie tylko przed monitorem i nie o wirtualny hydepark, który jest burzony na naszych oczach, za naszym przyzwoleniem i przez tych, których wybrała większość.

Następnym razem stawka będzie o wiele większa.

Confiteor

sobota, 12 Listopad 2011

W ostatnim czasie dość niepochlebnie wypowiadałem się o Marszu Niepodległości. Wypowiedzi te wynikały ze zdegustowania osobami, które szafują pojęciem patriotyzmu jak swoją, nieszanowaną skądinąd, własnością. Tak, jestem kaczofobem, a nawet giertychofobem. Tego akurat się nie wstydzę i zaryzykowałbym stwierdzenie, że nigdy się nie powstydzę.

Nie oznacza to jednak, że nie mam czego się wstydzić. Z racji przeświadczenia, które noszę w sobie od co najmniej trzech lat, że jestem w równym stopniu dumny z bycia Polakiem, co z bycia Europejczykiem, czy nawet szerzej, Obywatelem Świata, nieco bliższe mi były ideały antify. Widząc jednak jakie jest przełożenie tych ideałów na praktykę

z całą stanowczością i powagą biję się w piersi. Ten materiał traktuję bardzo osobiście, bo postrzegałem antyfaszystów jako osobników, którzy nie zaatakują kogoś, kto tego nie sprowokował. Myliłem się i jakkolwiek przykro mi z tego powodu, nie mogę wykazać się pobłażliwością.

Oczywiście nie posunę się do stwierdzenia, że wszyscy antyfaszyści są złymi ludźmi, tak samo jak nigdy nie twierdziłem, że wszyscy sympatycy Marszu Niepodległości są nacjonalistami (zwłaszcza że mam pośród nich przyjaciela i kilka osób które z różnych względów darzę szacunkiem). Parafrazując znane polskie powiedzenie skwituję ten wpis stwierdzeniem ekstremizm gorszy od faszyzmu i komunizmu razem wziętych!

Election exclusion

czwartek, 6 Październik 2011

Wiecie, nie jestem z tych, którzy mają w zwyczaju twierdzić, że grupa społeczna, której jestem częścią jest dyskryminowana. Nie mam tu na myśli żadnej konkretnej grupy, mówię tu o wszystkich grupach, do których przynależę, tj. mężczyznach, studentach, agnostykach, osobach niepełnosprawnych, czy w węższym sensie, osobach poruszających się na wózkach inwalidzkich, czy też celebrytach (neosemantyzm odnoszący się do osób chorujących na czterokończynowe porażenie mózgowe – ang. cerebral palsy)

Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że taka właśnie dyskryminacja ma miejsce. Bo oto mało, że celebryta ma w życiu trudniej, celebryta musi się przy każdych wyborach przepisywać do przystosowanego dlań lokalu wyborczego, mimo że lokal ów znajduje się dosłownie kilka kroków (sic!) dalej od tego do którego urzędnicy zwyczajowo go zapisują. Jeśli celebryta zapomni to zrobić w terminie, państwo łaskawie umożliwia mu głosowanie na podstawie zaświadczenia o prawie do głosowania, a jakże. Tyle że celebryta musi się osobiście zgłosić po rzeczone oświadczenie, bo gdzieżby tam wydać takie zaświadczenie pełnosprawnemu najbliższemu celebryty mimo że jest on w posiadaniu celebryckiego dowodu osobistego. Oddajmy urzędnikom sprawiedliwość, takowe zaświadczenie wydaliby komukolwiek kto ligitymowałby się potwierdzonym notarialnie upoważnieniem.

Ktoś (nie wiem: ustawodawca czy urzędnik :roll: ) zapomniał, że głosowanie nie jest czyimkolwiek widzimisię, a obywatelskim obowiązkiem. Ten ktoś ewidentnie zasługuje na karę. A Ruch Palikota robi wszystko, żeby mnie do siebie zrazić. W przypływie frustracji zadzwoniłem do biura wyborczego Ruchu i naświetliłem sytuację pani, która ze mną rozmawiała. Pani ta, stwierdziła, że owszem przekaże sprawę dalej, ale nie zapytała mnie ani o nazwisko, ani o miejsce zamieszkania. W pierwszym odruchu miałem ochotę powtórzyć za Tuwimem i Fokusem:

Stwierdziłem jednak, że:

a) wolę zagłosować i pluć sobie w brodę, że wybrałem niewłaściwie, niż nie głosować i mędzić bezpodstawnie, jak typowy polaczek;

b)  przypomnieć pierdzistołkom kto jest ważny w relacji urzędnik-obywatel na zasadzie rozumowania: nie umieli załatwić prostej papierkowej roboty, to niech teraz wynoszą mi urnę przed nieprzystosowany lokal wyborczy, a co! A że nie są to te same pierdzistołki z winy których powstał cały problem, to obchodzi mnie, nie przymierzając, tak samo jak obchodziło ich, że jestem na uczelni od 8:00 do 16:00 i przy najlepszych chęciach nie mogę się zgłosić po rzeczone zaświadczenie.

Nihil novi

wtorek, 4 Październik 2011

Tytuł niniejszego wpisu można rozumieć dwojako. Po pierwsze, nie dzieje się u mnie nic nowego/ciekawego/wartego opisania, stąd też nie pisałem. Jego drugi sens poznacie w toku tego wpisu.

Zamierzam dzisiaj napisać o polityce. Polityka jaka jest, każdy widzi. Nikogo kto widzi nie trzeba przekonywać, że sięgnęła nizin. Choć z drugiej strony, bardziej adekwatne wydaje się stwierdzenie, że polityka ciągle przesuwa owe niziny i to nie w tym kierunku, który by sprawił, że musielibyśmy je przemianować na wyżyny, czy przynajmniej równiny.

Są jednak cechy, które łączą  prawicę i lewicę, niezależnie od tego, czy liderzy polityczni zdają sobie z tego sprawę, czy też nie i czy jest im to na rękę. Chodzi mi o skłonność do przesady i operowania komunałami mającymi usatysfakcjonować taki czy inny elektorat. Nie chcę tu kruszyć kopii, rozumiem że partie muszą projektować potencjalnego wyborcę. Nikt nie zagłosuje na partię, która jest przeciw in vitro, ale popiera małżeństwa gejów.

Zauważam tu jednak pewną miałkość. Prawicowcy gardłują, że życie ma być chronione od poczęcia do samego końca. Lewicowcy krzyczą, że pozycja kościoła jest zbyt silna. Czy przeciętny Kowalski chce kolejnych regulacji w tych kwestiach? To, że status quo jest daleko od środka, to jedno, a to że jest cała masa bardziej istotnych problemów, które nie doczekały się odpowiedzi, to drugie.

Niektóre partie  na czas kampanii łagodnieją (patrz PiS), inni uwypuklają swój radykalizm (RPP), zaś co niektórzy są wyraźnie zagubieni (SLD). Są też gracze, którzy powtarzają pomysły nie znajdujące szerszego poparcia (JKM i jego KNP).

Skupmy się jednak na SLD, bo spot, który dzisiaj zobaczyłem ilustruje bolączkę całej lewicy.

Mamy tutaj kandydatkę na posłankę, która się rozbiera. I to ilustruje pomysł lewicy na kulturę. Nawiasem mówiąc, pomysł nietrafiony. Dostęp do erotyki mam wystarczający, nie potrzebuję go poszerzać. Polityku, jesteś niezadowolony z kanonu lektur? Zamiast się rozbierać, albo pokazywać księdza, który z pliku setek wygrzebuje obrazek i płaci nim dzieciom, które umyły mu samochód, powiedz jak byś zmienił kanon i dlaczego.

Jeszcze jedna rzecz. W zeszłych wyborach oddałem głos na Platformę Obywatelską. Po części dlatego, że nie do końca widziałem jak niewiele różni Platformę i PiS, po drugie dlatego, iż uważałem, że głos na partię, która nie ma szans wygrać, jest głosem zmarnowanym. W tym roku zamierzam poprzeć RPP, mimo że nawet mnie kuje radykalny antyklerykalizm tej partii. Opowiadam się za JOW-ami i oszczędnościami, które nie będą wymierzone w szarego zjadacza chleba. Zamierzam też pokazać tzw. bandzie czworga, że nie mogą czuć się nazbyt pewnie. Chociaż gdy zobaczyłem garwolińskiego kandydata na posła, zrozumiałem skąd sformułowanie Samoobrona 2.0 :roll:

PS. Kasiu, jesteś atrakcyjną kobietą, ale kilka cycków w życiu widziałem i nie czuję potrzeby zobaczyć Twoich (a już na pewno nie jako jeden z wielu :roll: ), także program pokaż, PROGRAM! ;)

HGW, thank you!

sobota, 3 Październik 2009

W czwartek widziałem bardzo dobry film. Mianowicie Życie na podsłuchu. Opowiada on historię pisarza z NRD, który pomimo swojego komformizmu jest podsłuchiwany przez Stasi. Przydzielony mu oficer, choć do tej pory zachowywał się profesjonalnie, czyli bezwzględnie, zaczyna współczuć figurantowi. Nie chcę zdradzać założeń fabuły wprost, więc ograniczę się do wiersza, który powstał po powrocie z seansu.

(…)

Zabili człowieka
Nie używając nawet broni
Czasem sobie myślałem
Że to wszystko jest po nic
Skoro są oni
Nie można było ufać
Nawet uściskom ich dłoni

Grałem na fortepianie
Kontemplując co się stanie
Przyjaciel mój pojechał
Do lepszego świata
Mam nadzieję
Że sie będzie miał z kim bratać
Bo kupił bilet w jedna stronę
Kawal sznura przez cokolwiek
Przewieszony

Stała za mną nierządnica
Gładziła mnie dłońmi po plecach
Zapewniała o miłości
By później wysłać za mną pościg

Nie mogła wiedzieć że wyjdę z tego cało
Już mi przed oczami życie przeleciało
Lecz ktoś czuwał
Jak się jednak okazało

Trudno ją winić
Że wybrała tak a nie inaczej
Nie raz jeszcze w nocy płaczę
Że żyliśmy w takich czasach

Nie każda zdrada złem jest
Na swej skórze to poczułem
Winien jestem dziś powiedzieć
HGW dziękuję

Quo vadis Mundi?

niedziela, 22 Marzec 2009

Cóż, ludzie mają skłonność do wyciągania błędnych wniosków z doświadczeń innych ludzi. Chcę jasno podkreślić, że nie chodzi mi o wnioski pochopne, lecz po prostu z gruntu bezsensowne. Co gorsza, nie jest to problem żadnej konkretnej nacji, lecz ogólnoświatowej populacji.

Jako pierwszy przytoczę przykład Rumunii, która w związku ze sprawą Josefa Fritzla, zwanego szumnie potworem z Amstetten rozważa legalizację kazirodztwa. Już samo określenie tego człowieka jest kuriozalne. Fakt, dopuścił on się strasznych zbrodni, ale na przestrzeni wieków  tysiące dwunożnych, rozumnych istot robiła rzeczy podobnego kalibru. Wystarczy zresztą przytoczyć całkiem współczesny przykład „polskiego Fritzla” rodem z Radzynia Podlaskiego, o ile się nie mylę. Pod żadnym pozorem nie zamierzam gloryfikować postępków któregokolwiek z mężczyzn. Pragnę jednak zwrócić uwagę na to, że ludzkość urosła w butę – bardzo chętnie mówimy o swoich chlubnych czynach, a zapominamy o najniższych plugastwach, które wpisywali w naszą naturę tak autorzy starożytni, jak i Biblia. Ta ostatnia przedstawia różne ochydztwa, co jednoznacznie daje do zrozumienia, że nie są one miłe chrześcijańskiemu Bogu, niemniej istnieją jako integralna część świata.

Do rzeczy jednak. Według wizji Rumunów, na związek kazirodczy musiałyby się zgodzić osoby pełnoletnie. Jak się to ma do historii Fritzla i jego córki skoro ojciec odurzył ją narkotykami i zamknął w piwnicy? No właśnie – nijak… Skąd zatem ten pomysł? I po co? Ano chyba po to, żeby odwrócić uwagę opinii publicznej od kryzysu.

Pozostałe absurdy są mniej szokujące, ale tym bardziej niezrozumiałe. Weźmy na przykład partnerskie związki homoseksualne. Nawet nie musiałoby się to nazywać małżeństwem, o ile normalizowałoby prawno-podatkowo-finansową sytuację osób homoseksualnych, a przecież nie przyniosłoby najmniejszej szkody heterykom. No może poza jakimś archaicznym dyskomfortem psychicznym.

Legalizacja miękkich narkotyków. Mam niejasne wrażenie, że nie dojdzie do niej nigdy. Mimo że udowodniono, że wiele z nielegalnych substancji psychoaktywnych czyni mniejsze szkody niż alkohol i papierosy.

Czuję się, jakbym powtarzał jakąś piekielną mantrę, ale nie jest uczciwe, że do jednych nowinek podchodzimy bezkrytycznie, ignorując ich wady, a odnośnie innych nie chcemy nawet poznać bilansu  pozytywów i negatywów.

What about communism?

piątek, 20 Marzec 2009

Wiem co chcę napisać, ale nie bardzo wiem jak zacząć, przyznaję się bez bicia. Pozwolę sobie zatem wyjść od tego, że doba kryzysu wydaje się być odpowiednim momentem do rozważań dotyczących systemów polityczno-gospodarczych. Nie tak dawno pisałem, że moja ukochana nacja nie jest przystosowana do żadnego z istniejących ustrojów. Chciałbym się mylić, ale wydaje mi się, że czas nowatorstwa w dziedzinie organizacji funkcjonowania państwa mamy już za sobą, więc albo musimy się zmienić, albo będziemy nieustannie narzekać.
Do rzeczy jednak. Zastanawia mnie fakt podziału społeczeństwa, na tych, którzy chcieliby powrotu „ustroju sprawiedliwości społecznej” i na tych, co mówią, że byłoby to najgorsze z możliwych rozwiązań (a może, nie tyle fakt podziału, co świadomość, że żadna z tych grup nie jest marginalna). Jeżeli weźmiemy pod uwagę ludzi, którzy mieli okazję względnie świadomie uczestniczyć i obserwować tamten system, więcej jest tych pierwszych. Czy nie zastanawia jednak fakt, że zdecydowana większość ludzi kultury (jeżeli nie wszyscy) od profesorów wyższych uczelni, przez pisarzy po muzyków opowiada się po tej drugiej stronie?

Zwolennicy tamtych rozwiązań ustrojowych powiedzą, że kapitalizm nie przyniósł poprawy losu warstw najbiedniejszych, a wręcz go pogorszył i trudno się nie zgodzić z tym stwierdzeniem. Pytanie brzmi natomiast w jakim położeniu byłyby teraz te warstwy, gdybyśmy nadal rozwijali się zgodnie z ideami gospodarki centralnie planowanej.

Przeciwnicy obecnego układu stwierdzają, iż zbytnio ufamy Zachodowi, który nigdy nie miał wobec nas szczerych intencji. Znowu nie zamierzam polemizować. Ba, dołożę nawet argument, że Amerykanie nie radzą sobie z kryzysem na tyle, żeby pomagać dzisiaj komukolwiek, ale czy Stalin kiedykolwiek miał na celu dobro Polski?

Można zarzucać Anglikom i Amerykanom, że zgodzili się na granicę z ZSRR na linii Curzona, ale co by było, gdyby Churchill w Jałcie zawetował tę koncepcję, a Stalin w odpowiedzi wycofał się z wojny lub spróbował ponownie ułożyć się z wrogiem? Wysoce prawdopodobne jest, że pisałbym dzisiaj po niemiecku, nie wiedząc nawet, czym była Polska.

Nie mogę zrozumieć tego, że Estończycy nazywają stan, który nastąpił po wojnie okupacją radziecką, a u nas podchodzimy do tego okresu z taką pobłażliwością. Czy to, że nazwano nasz twór państwowy PRL-em zamiast PRR-em (Polską Republiką Radziecką) przydało nam choćby odrobinę suwerenności? No może właśnie odrobinę – wciąż mówiliśmy po Polsku. Nie mogliśmy, jednak skorzystać z planu Marshalla, a teraz mamy pretensje, że w porównaniu z Europą Zachodnią jesteśmy biedni jak myszy kościelne. „Dobry wujek” ze wschodu obiecał wprawdzie coś w zamian, ale pomoc ta, albo wracała do niego, albo nie była odpowiednio wykorzystywana.

Ludzie sympatyzujący z lewicą mówią, że dzisiaj też jest cenzura, że układy, że niesprawiedliwość etc. Nawet jeśli to prawda to osobiście wolę państwo, które przede mną udaje, że jestem wolny, dając mi poczucie spełnienia duchowego (nawet jeśli nie mam własnego mieszkania), od takiego, które kiedy patrzą inni głaszcze mnie po głowie, a kiedy tamci odchodzą, wali mnie w twarz pięścią i poprawia butem.

Mój wujek mawia, że świat jeszcze upomni się o „ustrój sprawiedliwości społecznej”. Na zdrowie! Niektóre tezy doktryny Marksa i Engelsa były sensowne, przyznaję. Problem pojawił się, jak zwykle, wtedy, gdy ideę zaczęto dostosowywać do rzeczywistości i pojawił się ktoś zbyt ambitny i zaczął budować swój prywatny dobrobyt. Fakt, było mniej takich ludzi, ludzi niż dzisiaj, ale osiągali to większym kosztem. Nie materialnym, rzecz jasna, lecz ludzkim, albowiem wbrew wszelkim zapewnieniom ówczesnej władzy, jednostka liczyła się najmniej. Istotne było podtrzymanie panującego ładu.

Zatem, dopominajcie się, potomni o komunizm! Radzę Wam jednak, niech to nie będzie ustrój w wydaniu z lat 1945-1989

Legalize it!

piątek, 13 Luty 2009

Według wielu ludzi, polski rząd zrobił krok w tył delegalizując „dopalacze”. Nie znam dokładnej treści ustawy, ale domyślam się, że nie jest ona spójna i niedługo pojawią się osoby zdolne wykorzystywać kruczki prawne. Rzecznikiem tych substancji nie będę, bo niektóre z nich mają rzekomo działanie podobne do twardych narkotyków, więc można się spodziewać, że i spustoszenia w organizmie sieją analogiczne. Nie próbowałem, nie zamierzam, więc i kłócił się nie będę.

Chciałbym jednak zwrócić uwagę na to, że wielu inteligentnych i światłych ludzi postuluje ostatnimi czasy legalizację marihuany. Trudno takie osobowości jak Mario Vargas Llosa, Paulo Coelho, Enrique Krauze czy Tomas Eloy Martinez posądzać o używanie tego środka w stopniu, który mógłby zaburzyć ich osąd w tej sprawie. W Polsce jednym z bardziej znanych rzeczników legalizacji miękkich narkotyków był, nieżyjący już, Jacek Kaczmarski. Malkontenci stwierdzą, iż był to alkoholik, który terroryzował rodzinę. Odpowiem wtedy, że w gruncie rzeczy mają oni rację, ale gdyby zamiast upijać się „na agresora” miał legalny dostęp do „zioła”, jego bliscy zapamiętaliby go raczej jako wesołka.

Pragnę też nadmienić, że Donald Tusk nie jest pierwszym polskim politykiem wysokiej rangi, który przyznawał się, iż miał bezpośredni kontakt z „trawką”. Jego poprzednik w tej materii zdawał się to robić regularnie (nazwiska niestety w tej chwili nie pomnę).

Jakie są w zasadzie przeciwwskazania odnośnie uczynienia marihuany legalną? Pierwszy argument jest taki, że używanie konopii indyjskich prowokuje ludzi do szukania mocniejszych wrażeń w postaci zażywania narkotyków twardych. Nawet pomijając fakt, że po mocniejsze używki sięga mniej niż połowa palaczy, trzeba się zastanowić z czego wynika to, że niektórzy jednak sięgają. Ano wynika z tego, że czarnorynkowa marihuana „wzbogacana” jest różnymi substancjami chemicznymi, o silnym działaniu uzależniającym fizycznie  (np. eter dietylowy ). Samo zaś THC (główny składnik psychoaktywny, obecny w „zielsku”) nie uzależnia w ten sposób.

Wniosek? Przekazanie kompetentnym firmom produkcji i dystrybucji legalnej marihuany i obłożenie jej podobnymi obostrzeniami, jak w przypadku alkoholu, wydaje się całkiem rozsądnym pomysłem. Jeżeli ponadto uda się uzyskać rozsądną cenę ostateczną, będzie to znaczny cios dla osób czerpiących korzyści z nielegalnego obrotu tym środkiem.

Poprzez ten tekst nie zamierzałem nikogo nakłaniać do spożywania marihuany, w jakikolwiek sposób. Nie neguję też faktu, że może ona powodować negatywne skutki dla organizmu ludzkiego (najpopularniejszymi są zaburzenia pamięci). Pragnę tylko nadmienić, że nawet według raportu WHO z 1995, skutki używania alkoholu i nikotyny są dalece bardziej poważne niż w przypadku marihuany.

Trochę konsekwencji zatem Panowie i Panie Politycy: albo zdelegalizujmy etanol i tytoń, albo zalegalizujmy marihuanę.

Children of a Lesser God?

czwartek, 29 Styczeń 2009

Czytanie o doktrynach politycznych skłoniło mnie do przemyśleń specyficznych. Otóż każda doktryna sprawdziła się lepiej lub gorzej w określonych warunkach geopolitycznych. Patrząc na naszą ojczyznę można stwierdzić, że jesteśmy dziećmi gorszego Boga. Czy muszę tłumaczyć dlaczego?

Spróbuję. Liberałowie, na przykład, hołdują jednostkom zaradnym, co oczywiście nie pasuje z lekka mazepowatym Polakom. Ponadto, postulują te szatany, rozdział kościoła od państwa, a daliśmy się  schrystianizować tak dokładnie, że nie mieści nam się w głowach nic podobnego.

Konserwatyści  to banda strachliwych durniów, którzy boją się zmian jakichkolwiek. A my we krwi mamy bunt. „Bunt dla buntu”, jak by rzekły żabodajy. I psu na budę tacy politycy jak Churchill czy Thatcher, zwłaszcza, że konserwatyzm w wydaniu polskim oznacza restaurację socjalizmu lub demokracji szlacheckiej. I tylko Ten wspomniany w tytule, raczy wiedzieć, który z wariantów byłby bardziej szkodliwy.

Socjaldemokraci mają program, pisany jakby dokładnie pod naszą mentalność, tyle że nasza lewica nie potrafi się jednoznacznie odciąć od kompromitujących ją bezustannie twarzy Kwaśniewskiego, Millera czy nawet Kalisza, o którym żartuje się powszechnie, że co kadencję przybywa mu podbródek. Stosunek lewicowych polityków do Federacji Rosyjskiej, jak też mnożące się podziały po tej stronie sceny politycznej, z pewnością nie przysparzają zwolenników żadnej z partii opowiadających się po niej

Faszyzm i nazizm odbiły się czkawką wielu Żydom i Polakom. Wypowiedzi niektórych Niemców pozwalają jednak stwierdzić, że wspominają oni rządy Hitlera z rozrzewnieniem zbliżonym do tego, z którym mamy do czynienia słuchając od starszych osób o czasach Gierka, czy bohaterstwie Jaruzelskiego, który w swoim geniuszu ochronił nas przed bójką z Wielkim Sowieckim Bratem, mogącą się skończyć zgonem słabowitego organizmu Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Wróćmy jednak do Hitlera. O obecności w niemieckiej świadomości narodowej sentymentu do jego osiągnięć, wystarczająco świadczy działalność niejakiej Eriki Steinbach. Biorąc pod uwagę fakt, że pani ta zasiada w Bundestagu nieprzerwanie od dziewiętnastu lat, jej poglądy mają wielu zwolenników.

Działalność komunistów w naszym pięknym kraju jest na szczęście zakazana. Nawet jeśli by tak nie było to czy znalazłaby się licząca ilościowo grupa osób, które zechciałyby poprzeć tę dziwaczną doktrynę? Mimo wszystko trudno zaprzeczyć jej sukcesowi, który miał zresztą miejsce tuż poza naszym podwórkiem. Jego wykładnikiem, czy jak kto woli, owocem jest mentalność Rosjan, którzy po prostu lubią być trzymani, przepraszam, za mordę, dopóki mają świadomość, że ci którzy ich trzymają, dyktują warunki niemal całej wschodniej półkuli ziemskiej. A tak dla przyzwoitości prezydenta zamieniają w premiera i myślą, że Zachód się nie zorientuje kto się tam u nich naprawdę liczy.

Na wylansowanie innych doktryn jesteśmy albo zbyt leniwi, albo zbyt kłótliwi, albo zbyt zacofani, ale mnie się już nie chce o nich pisać, a Wam nie chciałoby się czytać. Wydaje mi się jednak, że dowiodłem, iż nie istnieje doktryna, która jest w stanie zapewnić nam  nadrobienie polityczno-ewolucyjnych braków. Niestety…