Archiwum kategorii ‘refleksje ogólne’

Don’t try

piątek, 30 Grudzień 2011

Nie próbuj – głosi epitafium umieszczone na nagrobku Charlesa Bukowskiego. Nie jest to bynajmniej pochwała nihilizmu egzystencjalnego, czy innej dekadencji znanych powszechnie pod wdzięczną nazwą mamtowdupizmu. Jak wyjaśniła żona pisarza, jest to skondensowane przesłanie cytatu z jego powieści Factotum (oryginalnie wydanej w 1975 roku). Rzeczony cytat prezentuje się następująco:

If you’re going to try, go all the way. Otherwise, don’t even start. This could mean losing girlfriends, wives, relatives and maybe even your mind. It could mean not eating for three or four days. It could mean freezing on a park bench. It could mean jail. It could mean derision. It could mean mockery–isolation. Isolation is the gift. All the others are a test of your endurance, of how much you really want to do it. And, you’ll do it, despite rejection and the worst odds. And it will be better than anything else you can imagine. If you’re going to try, go all the way. There is no other feeling like that. You will be alone with the gods, and the nights will flame with fire. You will ride life straight to perfect laughter. It’s the only good fight there is.

Z angielskiego na nasze brzmi to tak (tłumaczenie własne)

Jeśli zamierzasz spróbować, daj z siebie wszystko. W przeciwnym razie nie trudź się. Przez taką próbę można stracić dziewczyny, żony, krewnych, a nawet poczytalność. Może to się wiązać z niejedzeniem przez trzy czy cztery dni, spaniem na parkowej ławce, pobytem w więzieniu lub z tym, że będą z nas drwić. Może też oznaczać kpiny i odosobnienie. Odosobnienie jest darem, wszystko inne jest sprawdzianem Twojej wytrzymałości, oraz tego jak bardzo pragniesz celu swoich dążeń. I będziesz działać pomimo odrzucenia i niewielkiego prawdopodobieństwa sukcesu. I będzie to lepsze niż cokolwiek, co jesteś w stanie sobie wyobrazić. Jeśli zamierzasz spróbować, daj z siebie wszystko. Nie istnieje inne uczucie równe temu. Staniesz sam na sam z bogami, a noce będą płonąć żywym ogniem. Pokierujesz swoje życie wprost do szczęścia totalnego. To jedyna walka, jaką warto stoczyć.

Dlaczego o tym piszę? Zawsze przeczuwałem, że w tych słowach tkwi coś co osobiście nazywam Prawdziwą Mądrością. Mądrość prawdziwa nie opiera się na tanich chwytach koncepcyjnych, bo potrafi obronić się sama. Gardzi patosem, gloryfikuje potęgę jednostki.

Przeczuwać to jedno. a zobaczyć tę potęgę w całej jej krasie to drugie. Otóż byłem wczoraj w kinie na filmie Służące (The help) powstałym na kanwie książki o tym samym tytule. Koncepcyjnie film był prosty: źli biali, uciśnieni, ale szlachetni czarni (z nielicznymi wyjątkami w obu grupach). Był też, jak stwierdził mój brat, ugrzeczniony. Co najważniejsze jednak, pokazał , że wolność zaczyna się w głowie i zilustrował zaprezentowany wyżej cytat. Dlatego w skali 1-10, film ma u mnie solidną dziewiątkę.

Parafrazując klasyka jedno co warto to działać warto i niech to będzie moim mottem na najbliższe dni.

Confiteor

sobota, 12 Listopad 2011

W ostatnim czasie dość niepochlebnie wypowiadałem się o Marszu Niepodległości. Wypowiedzi te wynikały ze zdegustowania osobami, które szafują pojęciem patriotyzmu jak swoją, nieszanowaną skądinąd, własnością. Tak, jestem kaczofobem, a nawet giertychofobem. Tego akurat się nie wstydzę i zaryzykowałbym stwierdzenie, że nigdy się nie powstydzę.

Nie oznacza to jednak, że nie mam czego się wstydzić. Z racji przeświadczenia, które noszę w sobie od co najmniej trzech lat, że jestem w równym stopniu dumny z bycia Polakiem, co z bycia Europejczykiem, czy nawet szerzej, Obywatelem Świata, nieco bliższe mi były ideały antify. Widząc jednak jakie jest przełożenie tych ideałów na praktykę

z całą stanowczością i powagą biję się w piersi. Ten materiał traktuję bardzo osobiście, bo postrzegałem antyfaszystów jako osobników, którzy nie zaatakują kogoś, kto tego nie sprowokował. Myliłem się i jakkolwiek przykro mi z tego powodu, nie mogę wykazać się pobłażliwością.

Oczywiście nie posunę się do stwierdzenia, że wszyscy antyfaszyści są złymi ludźmi, tak samo jak nigdy nie twierdziłem, że wszyscy sympatycy Marszu Niepodległości są nacjonalistami (zwłaszcza że mam pośród nich przyjaciela i kilka osób które z różnych względów darzę szacunkiem). Parafrazując znane polskie powiedzenie skwituję ten wpis stwierdzeniem ekstremizm gorszy od faszyzmu i komunizmu razem wziętych!

Glorious day

niedziela, 9 Październik 2011

Zaiste, dzień dzisiejszy jest chwalebny. Nie, nie dlatego, że mamy dziś wybory. Dokładnie 401 lat temu wojska polskie pod wodzą hetmana Żółkiewskiego wkroczyły na Kreml. Nie chcę być źle zrozumiany, nie jestem rusofobem, ani nikim tego pokroju. Trzeba jednak pamiętać, że żadna inna nacja nie powtórzyła tego wyczynu.

Oczywiście, było to wydarzenie natury czysto prestiżowej. Pamiętając o nim, zaświadczymy o tym, że przywiązanie do historii narodu wcale nie musi znaczyć rozdrapywania starych ran i upamiętniania klęsk.

Aby uhonorować naszych wielkich przodków, polecam uświadomić kilku znajomych o tym co się stało 401 lat temu, a także podnieść głowę, wypiąć dumnie pierś i po staropolsku uczcić zwycięstwo kieliszkiem czegoś mocniejszego. Można też dołączyć do stosownego wydarzenia na facebooku.

Spełniliście już obywatelski obowiązek? Jeśli nie to do urn marsz!

Election exclusion

czwartek, 6 Październik 2011

Wiecie, nie jestem z tych, którzy mają w zwyczaju twierdzić, że grupa społeczna, której jestem częścią jest dyskryminowana. Nie mam tu na myśli żadnej konkretnej grupy, mówię tu o wszystkich grupach, do których przynależę, tj. mężczyznach, studentach, agnostykach, osobach niepełnosprawnych, czy w węższym sensie, osobach poruszających się na wózkach inwalidzkich, czy też celebrytach (neosemantyzm odnoszący się do osób chorujących na czterokończynowe porażenie mózgowe – ang. cerebral palsy)

Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że taka właśnie dyskryminacja ma miejsce. Bo oto mało, że celebryta ma w życiu trudniej, celebryta musi się przy każdych wyborach przepisywać do przystosowanego dlań lokalu wyborczego, mimo że lokal ów znajduje się dosłownie kilka kroków (sic!) dalej od tego do którego urzędnicy zwyczajowo go zapisują. Jeśli celebryta zapomni to zrobić w terminie, państwo łaskawie umożliwia mu głosowanie na podstawie zaświadczenia o prawie do głosowania, a jakże. Tyle że celebryta musi się osobiście zgłosić po rzeczone oświadczenie, bo gdzieżby tam wydać takie zaświadczenie pełnosprawnemu najbliższemu celebryty mimo że jest on w posiadaniu celebryckiego dowodu osobistego. Oddajmy urzędnikom sprawiedliwość, takowe zaświadczenie wydaliby komukolwiek kto ligitymowałby się potwierdzonym notarialnie upoważnieniem.

Ktoś (nie wiem: ustawodawca czy urzędnik :roll: ) zapomniał, że głosowanie nie jest czyimkolwiek widzimisię, a obywatelskim obowiązkiem. Ten ktoś ewidentnie zasługuje na karę. A Ruch Palikota robi wszystko, żeby mnie do siebie zrazić. W przypływie frustracji zadzwoniłem do biura wyborczego Ruchu i naświetliłem sytuację pani, która ze mną rozmawiała. Pani ta, stwierdziła, że owszem przekaże sprawę dalej, ale nie zapytała mnie ani o nazwisko, ani o miejsce zamieszkania. W pierwszym odruchu miałem ochotę powtórzyć za Tuwimem i Fokusem:

Stwierdziłem jednak, że:

a) wolę zagłosować i pluć sobie w brodę, że wybrałem niewłaściwie, niż nie głosować i mędzić bezpodstawnie, jak typowy polaczek;

b)  przypomnieć pierdzistołkom kto jest ważny w relacji urzędnik-obywatel na zasadzie rozumowania: nie umieli załatwić prostej papierkowej roboty, to niech teraz wynoszą mi urnę przed nieprzystosowany lokal wyborczy, a co! A że nie są to te same pierdzistołki z winy których powstał cały problem, to obchodzi mnie, nie przymierzając, tak samo jak obchodziło ich, że jestem na uczelni od 8:00 do 16:00 i przy najlepszych chęciach nie mogę się zgłosić po rzeczone zaświadczenie.

Nihil novi

wtorek, 4 Październik 2011

Tytuł niniejszego wpisu można rozumieć dwojako. Po pierwsze, nie dzieje się u mnie nic nowego/ciekawego/wartego opisania, stąd też nie pisałem. Jego drugi sens poznacie w toku tego wpisu.

Zamierzam dzisiaj napisać o polityce. Polityka jaka jest, każdy widzi. Nikogo kto widzi nie trzeba przekonywać, że sięgnęła nizin. Choć z drugiej strony, bardziej adekwatne wydaje się stwierdzenie, że polityka ciągle przesuwa owe niziny i to nie w tym kierunku, który by sprawił, że musielibyśmy je przemianować na wyżyny, czy przynajmniej równiny.

Są jednak cechy, które łączą  prawicę i lewicę, niezależnie od tego, czy liderzy polityczni zdają sobie z tego sprawę, czy też nie i czy jest im to na rękę. Chodzi mi o skłonność do przesady i operowania komunałami mającymi usatysfakcjonować taki czy inny elektorat. Nie chcę tu kruszyć kopii, rozumiem że partie muszą projektować potencjalnego wyborcę. Nikt nie zagłosuje na partię, która jest przeciw in vitro, ale popiera małżeństwa gejów.

Zauważam tu jednak pewną miałkość. Prawicowcy gardłują, że życie ma być chronione od poczęcia do samego końca. Lewicowcy krzyczą, że pozycja kościoła jest zbyt silna. Czy przeciętny Kowalski chce kolejnych regulacji w tych kwestiach? To, że status quo jest daleko od środka, to jedno, a to że jest cała masa bardziej istotnych problemów, które nie doczekały się odpowiedzi, to drugie.

Niektóre partie  na czas kampanii łagodnieją (patrz PiS), inni uwypuklają swój radykalizm (RPP), zaś co niektórzy są wyraźnie zagubieni (SLD). Są też gracze, którzy powtarzają pomysły nie znajdujące szerszego poparcia (JKM i jego KNP).

Skupmy się jednak na SLD, bo spot, który dzisiaj zobaczyłem ilustruje bolączkę całej lewicy.

Mamy tutaj kandydatkę na posłankę, która się rozbiera. I to ilustruje pomysł lewicy na kulturę. Nawiasem mówiąc, pomysł nietrafiony. Dostęp do erotyki mam wystarczający, nie potrzebuję go poszerzać. Polityku, jesteś niezadowolony z kanonu lektur? Zamiast się rozbierać, albo pokazywać księdza, który z pliku setek wygrzebuje obrazek i płaci nim dzieciom, które umyły mu samochód, powiedz jak byś zmienił kanon i dlaczego.

Jeszcze jedna rzecz. W zeszłych wyborach oddałem głos na Platformę Obywatelską. Po części dlatego, że nie do końca widziałem jak niewiele różni Platformę i PiS, po drugie dlatego, iż uważałem, że głos na partię, która nie ma szans wygrać, jest głosem zmarnowanym. W tym roku zamierzam poprzeć RPP, mimo że nawet mnie kuje radykalny antyklerykalizm tej partii. Opowiadam się za JOW-ami i oszczędnościami, które nie będą wymierzone w szarego zjadacza chleba. Zamierzam też pokazać tzw. bandzie czworga, że nie mogą czuć się nazbyt pewnie. Chociaż gdy zobaczyłem garwolińskiego kandydata na posła, zrozumiałem skąd sformułowanie Samoobrona 2.0 :roll:

PS. Kasiu, jesteś atrakcyjną kobietą, ale kilka cycków w życiu widziałem i nie czuję potrzeby zobaczyć Twoich (a już na pewno nie jako jeden z wielu :roll: ), także program pokaż, PROGRAM! ;)

Madness

poniedziałek, 23 Maj 2011

Zaprawdę powiadam Wam, strzeżcie się poetów, albowiem jesteśmy szaleni. Dzisiaj wiersz Sylvii Plath, poetki wyklętej, paranoiczki. Spierałbym się z tym pierwszym określnikiem, bo czy można mówić o paranoicznym strachu przed zdradą i odrzuceniem u kobiety, która została wielokrotnie zdradzona? Owszem, Sylvia Plath była nadwrażliwa, co doprowadziło do jej przedwczesnej, samobójczej śmierci. Ogrom bólu, wyzierający z Tulipanów wzbudza moją sympatię. Szkoda, że nie wzbudził sympatii kogoś z jej znajomych zanim się zabiła.

Tulipany

Tulipany za bardzo mnie poruszają a jest zima
Spójrzcie jak jest biało jak cicho jak śnieżnie
Uczę się spokoju leżąc samotnie
A światło błąka się po ścianach i łóżku i po rękach
Jestem nikim nic nie uczynię z wewnętrznymi eksplozjami
Oddałam pielęgniarkom codzienne ubrania a z nimi swe imię
Moje wspomnienia ma anestezjolog a ciało chirurdzy

Wcisnęli mi głowę w poduszkę i skuli prześcieradłem
Jestem teraz niby oko o dwóch białych niezamykalnych powiekach
Głupia źrenica musi wszystko rejestrować
Pielęgniarki przychodzą i odchodzą bez kłopotu
W swoich czepkach idą drogą mew
Czyniąc rękami różne gesty, a wszystkie czynią te same
Tak że nie sposób stwierdzić ile ich jest

Ciało me jest dla jak nich żwir traktują je jak woda
Traktuje kamyki które wygładza płynąc po nich
Swymi jasnymi igłami przynoszą odrętwienie i senność
Straciłam już siebie cały mój bagaż był moją chorobą
Złowrogie sterty pigułek zmuszają mnie do życia
Ze zdjęcia uśmiechają się mąż i dziecko
A te uśmiechy wbijają się we mnie jak uśmiechnięte haczyki

Nie steruję już mojego życia łodzią
Uparcie dryfującą nieopodal nazwiska i adresu
Wypłukali ze mnie wszystką miłość i wszelkie skojarzenia
Przestraszyli i przewieźli na wyłożonym szpitalną zielenią łóżku
Odprowadzałam wzrokiem mój serwis sekretarę książki
Tonęły a i mnie woda z głową pochłonęła
Ponownie zostałam ochrzczona nigdy nie byłam tak czysta

Nie chciałam kwiatów chciałam tylko leżeć
Z wzniesionymi rękami będąc pustą do głębi
Jakże uwalnia nie wiecie jakże uwalnia
Spokój tak wielki że aż oślepia
A o nic nie pyta o imię ani o błyskotki
Tak właśnie działa śmierć w końcu widzę ich
Zamykających w ustach komunijny opłatek

Po pierwsze tulipany ranią mnie nadmierną swą czerwienią
Mimo że są opakowane słyszę ich oddech
Oddychają cicho w swoich betach jak okropne dzieci
Ich czerwień koresponduje z moją raną mówi do niej
Są subtelne zdają się dryfować choć mnie pogrążają
Denerwując mnie kolorem i swoimi nagłymi językami
Tuzin czerwonych ciężarków co ciążą ołowiem

Wcześniej nikt na mnie nie patrzył teraz mnie obserwują
Tulipany odwracają się do mnie i do okna za mną
Gdzie światło się powoli szerzy i z wolna więdnie
I widzę siebie płaską, żałosną, jakby wyciętą z papieru
Pomiędzy okiem Słońca a oczami tulipanów
I nie mam twarzy której chciałam się pozbawić
Barwne tulipany zabierają mi tlen

Zanim tu przybyły powietrze było spokojne
Wdech po wydechu bez pajacowania
Potem tulipany wypełniły przestrzeń jak hałas
Teraz powietrze zaczepia się o nie i wiruje jak rzeka
Co zaczepia się i wiruje wokół zatopionego rdzawego silnika
Skupiają moją uwagę, której było dobrze
Bawić się i wypoczywać bez zobowiązań

Ściany także jakby się ogrzewały
Tulipany należy zamknąć w klatce jak dzikiego zwierza
Gdyż otwierają się jak paszcza wielkiego kota z Afryki
A ja jestem świadoma swego serca co otwiera się i zamyka
Jego misy pełnej czerwonych kwiatów mej miłości
Woda której kosztuję jest ciepła i słona niczym morze
Z kraju tak dalekiego jak zdrowie

 

Hunger for glory

środa, 18 Maj 2011

Wiecie, absorbuję niepodobne ilości kofeiny. Staram się nie iść po linii najmniejszego oporu i przez to jestem wiecznie przemęczony. Ale jakkolwiek banalnie to zabrzmi, kiedy prowadząca chwali moje tłumaczenie wiersza, co do którego ja sam miałem pewne obawy, to dokładnie w tym momencie wiem kim jestem, dlaczego studiuję to co studiuję i po co wypruwam sobie żyły.

Ludzie dziwią się po co aż tak się staram. Oto jest odpowiedź. Staram się, bo robię to co lubię. Lubię tę jedną jedyną rzecz, którą umiem. Dzisiaj, pokazuję Wam tłumaczenie wiersza Emily Dickinson:

Ptaszek na chodniku – Emily Dickinson

Chodnikiem szedł Ptaszek
Nie sądził że go widziałam
Jak podgryzał dżdżownicę
Aż w końcu w dziobie mu skonała

A potem napił się rosy
Z trawy dojrzałej
I nie miał tego dosyć
Pozwolił przejść Istocie małej

Gorączkowo się rozejrzał
A jego spojrzenie przypominało
Zlęknione punkciki
Ptaszek poruszył pstrą głową

Jak ten Zagrożony
Co gdy mu dają okruchy
Woli uciec w dom znajomy
Niż ryzykować wyzionięcie ducha

Niczym Wiosła co srebrne szwy
Oceanu przecinają
Lub motyle księżycowe
Co bezgłośnie płynąć są gotowe

Saturday’s horizon

sobota, 14 Maj 2011

Krajobraz mojej soboty zmienił się dziś bezpowrotnie. Stacja CW wyemitowała wczoraj finał finałów tasiemca sciencie fiction dla młodzieży: Smallville. Biorąc pod uwagę kierunek w jakim zmierzał przez kilka sezonów ten serial, finał był całkiem niezły. Pompatyczny, fakt, miejscami nieco gorzki, ale scenarzyści i reżyserowie tego półtoragodzinnego widowiska zrobili co mogli, aby ich przeinaczone uniwersum Supermena, choć minimalnie przypominało to znane fanom poprzedniego kanonu przygód człowieka ze stali. Mówię o poprzednim kanonie, bo ów serial zbudował nowy kanon. Bardziej pretensjonalny, zgoda, ale też znacznie odświeżony.

W tym odświeżonym kanonie znajdują się jednak same najlepsze elementy jego poprzednika. Oto Clark Kent przywdziewa wreszcie niebiesko-czerwony strój, z bezbarwnej smugi, stając się ucieleśnieniem nadziei wszystkich Amerykanów, a nawet takich jak nasz, narodów kulturowo zamerykanizowanych. Ponadto CK w nieco dziwnych, trochę zbyt epickich okolicznościach uczy się latać i odzyskuje swego odwiecznego wroga, Lexa Luthora, często przedstawianego z dotąd nieznanych mi pobudek w jednej skórzanej rękawicy. Mamy tu też nawiązanie do pewnego wątku, który jak mi się wydaje, był też obecny w komiksach: Nikt do końca nie wie, za co Lex tak bardzo nie lubił superbohatera, który uczynił go superzłoczyńcą. W świetle prezentowanego zakończenia, Lex sam nie będzie tego wiedział.

Szkoda tylko Tess, która zdawała się przejść na jasną stronę mocy, a jednak nie miała szansy się tym wyborem nacieszyć. Trochę dziwi nagle wynaleziony brat bliźniak Jimmiego Olsena, ale cieszy że scenarzyści w końcu oddali hołd tej postaci. Podobnie jak fakt, że CK przyzwyczaił się w końcu do roli pierdoły i że Perry White stanął na czele Daily Planet.

Gościnne występy znanych i lubianych aktorów stanowiły długo oczekiwaną osłodę dla smutku związanego z zakończeniem Smallville. Oczywiście, prym wiedzie tu Rosenbaum, chociaż Schneiderowi też niczego nie brak. Na planie zabrakło chyba tylko Kreuk, chociaż jej pojawienie się byłoby fabularnie trudne do wyjaśnienia.

Ze Smallville zaczęła się moja mania serialowa, ale jedynym serialem co do którego czuję przemożną chęć obejrzenia kolejnego odcinka jest Lie to me. Zaprawdę, moje życie się zmieniło

Question

środa, 11 Maj 2011

Wczoraj zacząłem się zastanawiać czy aby na pewno nie traktuję ludzi zbyt instrumentalnie. Doszedłem do wniosku, że mam pewne cechy socjopaty. Otóż mówię ludziom, że mi na nich zależy, czasem, że ich kocham i mam na myśli to co mówię. Czy jednak wiem co to naprawdę znaczy kochać kogoś i przejmować się nim? Tu zaczynają się schody. Do niedawna myślałem, że wiem co mówię. Czy aby na pewno?

Miłość prawdziwa, rodem z romansów lub ludzkich frazesów wszystko rozumie i wszystko wybacza. Ja potrafię z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że nie wszystko mi się podoba w osobach, które kocham (mówię tu o członkach rodziny). Czy zatem kocham je naprawdę? I idąc dalej, czy mam obowiązek wybaczać wszystko osobom, które kocham? Bo jeśli tak, to zaprawdę powiadam Wam, nigdy nie kochałem naprawdę, a zapewniając ludzi o swojej miłości, wykazałem się daleko posunięta hipokryzją. Część Was sądzi pewnie, że przyjmując tak ostre kryteria, ciężko będzie znaleźć osoby, które kiedykolwiek kogoś kochały. Dylematy tego rodzaju stanowią jednak obecnie większą część mojego życia duchowego.

Wszystkie te kwestie wskazują w jakiś stopniu na mój egoizm. Nie tylko dostosowuję definicje uczuć do swojego na nie spojrzenia, ale też otwarcie, iż postrzegam ludzi w kategoriach przydatności do swoich celów. A czy te cele wynikają z mojego widzimisię czy też z bardziej altruistycznych pobudek to kwestia drugorzędna. Czy to wszystko potęguje moje zadufanie w sobie czy jest wyrazem szczerości, na którą innych zwykle nie stać (, a przynajmniej nie w takich ilościach i natężeniu)?

Dzisiaj zatem wiersz, który w moim odczuciu, koresponduje z tymi skąd inąd posępnymi rozmyśleniami:

Pytanie upadłego wieszcza (18.1.2007)

Uwierzyłem że mogę wykreować własny świat
Nie chodzi tu o raj bez wad
lecz raczej o mój mikrokosmos
Z dala od dyfuzji czy iluzji innych osmoz
Świat z liter gdzie każdy będzie szczęśliwy
bo w swej prostocie miał on być prawdziwy
Ale cóż za dziwy
Ludzie mówią że umysł mój leniwy
Duch jest zbytnio tkliwy
i byle czym się wzrusza
Ja powiadam uczuć susza
Co raz mniej człowieka w człowieku
Proporcje zachwiane
Znowu budzą mnie te niespokojne myśli nad ranem
Czy jeszcze kiedyś będzie mi dane
Zanegować sens materii
Wrócić do źródła
Tak bym mógł określić swój cel
Bez pudła

Perfect circle

niedziela, 24 Kwiecień 2011

Moje odczucia odnośnie roli intymnych relacji interpersonalnych w moim życiu, zataczają właśnie koło. Na początku była afirmacja, o tyle słaba, że osnuta na kanwie swoistej niższości, poczucia, że niezależnie od własnych starań, zawsze będę emocjonalnie upośledzony, niekompletny. Potem przyszły one – miłostki. Platoniczne, quasi-platoniczne i te mniej lub bardziej odwzajemnione. Pierwsza z nich (miłostek, nie dziewcząt, brońcie niebiosa!) kazała mi zerwać z tą miernie ugruntowaną afirmacją.

Bo oto okazało się, że nie tylko, jak każdy, mam potrzebę czuć się zauważony przez rówieśnicę, ale też pojawiła się rówieśnica, która mnie zauważyła. Nie do końca, wprawdzie tak, jakbym sobie tego wtedy życzył, ale cóż był to jakiś początek. I choć dzisiaj idealne koło doprowadziło mnie do afirmacji na podstawie przeświadczenia o byciu pełnoprawną, samowystarczalną uczuciowo jednostką, pozwolę sobie na sentymentalną podróż do czasu kiedy odczułem dysonans między swym pokornym podejściem, a tym czego chciałem naprawdę. Jak za chwilę zobaczycie, początkowo nie spodziewałem się, że powyższy utwór kiedykolwiek ujrzy światło dzienne. Uczucia jednak, mają to do siebie, że się wypalają, a na ich stosach płoną również rozmaite niepewności i lęki:

Prywatne (13.11.2005)

Cztery męskie oczy wpatrzone w jedną w czerń odzianą postać
Dwa męskie serca, które chcą z nią w jednym miejscu zostać
Dwoje męskich ust, które chcą powiedzieć „zostaw”
Dwie głowy, które im tego zabraniają
Tysiące myśli, które w głowach ich nastają
A oprócz tego dwie dłonie, które w braterskim uścisku pozostają

Oni wiedzą, że to nie zabawa
Bacznie patrzą jak z lewa i z prawa
Nadchodzą faceci -
Boże, niech ten czas już szybciej leci
Niech ona przyjdzie tu i swym uśmiechem
Ukoi ten niepokój, który czują
Stoicka postawa na zewnątrz, w środku
- wariują

Lecz ona idzie do nich i do tamtych znowu wraca
Bracia czują nad głowami topór kata
Tamci w prawdzie też na nią patrzą
Nie byłoby w tym nic złego,
Gdyby tym spojrzeniem nie realizowali swego samczego ego
Trudno jest braciom przywyknąć do tego
Aż w końcu wszyscy wychodzą
Jest bezpieczna i to się liczy,
a żadne już serce niepokojem nie krzyczy

Byłbym zapomniał. Happy Chr… znaczy wesołych świąt. ^^