Archiwum kategorii ‘refleksje ogólne’

Never say forever

środa, 20 Kwiecień 2011

Dwa dni temu nawiązałem początkowo ostrą polemikę z serdeczną koleżanką odnośnie stwierdzeń i obietnic zawierających określenia czasu nieokreślonego. Gdyby ktoś miał wątpliwości o czym mówię, chodzi mi o nigdy, zawsze i na pewno.

Niezbyt często zgadzam się z moim tatą, ale udało mu się skutecznie nauczyć mnie, że obietnica jest świętością. Zawsze. Zdarza się tak, że nie da się jej dotrzymać i nie ma sensu się z tego powodu katować. Jak jednak stwierdzić, czy można sobie takie niedotrzymanie wybaczyć?

Recepta jest jedna, za to składa się z dwóch kroków. Po pierwsze: trzeba wiedzieć co się obiecuje i na tym się dzisiaj skoncentrujemy. Po drugie, trzeba zrobić absolutnie wszystko, co jest w naszej mocy, aby tej obietnicy dotrzymać. Nie po to, żeby nikt nam nie mógł niczego zarzucić. Po to, żebyśmy nie musieli się usprawiedliwiać przed sobą. Wiem, potrafimy to doskonale, ale jeśli zaczynamy, to najlepszy dowód, że coś nam nie wyszło.

Wracając do dzisiejszego tematu w rozmowie z Asią padły słowa w rodzaju kiedy budujesz most nie zakładasz, że się on załamie. Możesz więc stwierdzić, że na pewno się nie załamie. I tu jest podstawowa różnica w naszym postrzeganiu. Gdyby rzeczony most się zawalił w godzinach szczytu powodując zgon setek osób, jak miałbym spojrzeć w oczy rodzinom ofiar skoro zapewniałem wszystkich w koło, że most mojej konstrukcji na pewno, ale to na pewno (!) się nie zawali? Będąc budowniczym powiedziałbym raczej: Skonstruowałem ów most najlepiej jak mogłem. Na tyle na ile mi wiadomo nie powinien się zawalić. Różnica subtelna, ale dla mnie kluczowa.

Ergo, nie powiem żadnej kobiecie zawsze będę Cię kochał, bo zawsze to zawsze i, wbrew temu, do czego usiłowała mnie przekonać Asia, nawet najgorsze przewinienie ze strony takiej niewiasty, nie zwolniłoby mnie z obietnicy kochania jej. Czy to znaczy, że moja miłość będzie mniejsza niż gdybym nie wzdragał się przed użyciem zawsze? Wprost przeciwnie. To znaczy, że szanuję każde wymawiane słowo, a nie wymawiając słów pochopnie, okazuję szacunek rozmówcy.

Koncept szacunku do słów i obietnic, które niosą, nie został zresztą całkowicie zapomniany. Eldo nagrał o tym świetny utwór.

Why bother?

piątek, 15 Kwiecień 2011

Seans Yo, tambien! na Bialskich Spotkaniach Filmowych utwierdził mnie w przekonaniu, że jestem malkontentem. Oto obejrzałem bezpretensjonalny film, który w swojej głębi uniknął sztucznego patosu, a jednak coś mi w nim nie pasuje.

Co dokładnie? Przecież było zabawnie, kiedy miało być zabawnie. Było refleksyjnie, a wszystko odmierzone, jak gdyby reżyserowie znali przepis na film doskonały. Nie wiem czego się spodziewałem po tym filmie, skoro doskonale wiedziałem, że nie ma on prawa zakończyć się tzw. klasycznym happyendem.

Ja też oddało niezaprzeczalną usługę tematyce tolerancji. Ale mnie, będącemu (podobnie jak główny bohater omawianego filmu) poniekąd przedmiotem tolerancji, potwierdziło to, co z lękiem przeczuwałem od dawna – tolerancja z definicji zakłada poczucie wyższości. Wystarczy przywołać słowa współpracowników Daniela: Biedaczek świata nie widzi poza tą lafiryndą, a może tak właśnie powinniśmy odbierać innych? Przez pryzmat tego, co widzimy tu i teraz, a nie przeszłych pomyłek, jakkolwiek wielkie by były? Ryzykujemy ogromne nadużycia ze strony osób, którym zaufamy, oczywiście, ale jednym ufamy, a innym już niezbyt chętnie. Według mnie każdy zasługuje na to, żeby traktować go jak czystą kartkę.

Daniel spotkał się z najgorszym rodzajem tolerancji nawet ze strony swojej rodziny. Jego brat stwierdza nie zwiążesz się z kobietą o normalnej liczbie chromosomów, szukaj w swojej lidze*, ale  duchem i umysłem Daniel jest przecież w lidze ludzi zdrowych, a tylko i aż, wygląd zewnętrzny sprawia, że niemal wszyscy widzą w nim trochę mniej upośledzonego człowieka. Nawet jego matka w rozmowie z ojcem powiada: Ta kobieta jest niezrównoważona! Kto normalny zainteresowałby się naszym chłopcem. Puenta mężczyzny była bezcenna: Chciałaś mieć normalnego syna to masz. Normalni ludzie się pieprzą, przynajmniej raz na jakiś czas.

I choć Laura traktowała swojego przyjaciela bardziej normalnie niż ktokolwiek inny, nie powinna była wprowadzać tej znajomości w sferę seksualności. Mamy tu pewną dwuznaczność. Oto ukochana Daniela stwierdza, że nie zamierza uprawiać z nim seksu z litości, ale dlatego, że go kocha. W tej samej wypowiedzi zastrzega jednak, że to się nigdy więcej nie powtórzy, a nawet posuwa się do szantażu emocjonalnego w stylu Jeśli to zrobimy, nigdy nie może Ci być w mojej obecności smutno. Wniosek? Jeśli nawet nie kochała się z nim z litości, to dlatego, żeby się dowartościować albo uspokoić wyrzuty sumienia. A to już pewna (delikatna, ale jednak) forma uprzedmiotowienia drugiej osoby.

Wiem, że Pablo Pineda portretował postać niezwykłą. Pytanie tylko co Danielowi przyszło z tej niezwykłości poza koniecznością afirmacji własnych ograniczeń? Jeśli przyjdzie Wam coś do głowy, podpowiedzcie mi w komentarzu. Ja w swojej naiwności ciągle wierzę, że kiedyś my lub nasi potomkowie będziemy żyć w świecie z Imagine Lennona. W świecie, w którym pojęcie tolerancji będzie zbędne.

*Wszelkie przytoczenia oparte są o moje zrozumienie filmu i nie są właściwymi kwestiami bohaterów. Niestety jeszcze nie rozumiem po hiszpańsku, a do ścieżki dialogowej nie jestem w stanie dotrzeć.

Strive for control

sobota, 19 Marzec 2011

Niektórzy ludzie są po prostu słabi. Dawniej opcje były dla nich dwie: a) przystosować się do panujących warunków pozbywając się słabostek lub równoważąc je nowo nabytymi zaletami, które wyróżnią delikwenta na tle ciżby ludzkiej; b) stać się solą ziemi w sensie dosłownym, czyli trwać w swoich słabościach i pozwolić im nas zabić. W dobie humanitaryzmu jest jeszcze trzecia opcja: przeżyć po swojemu, lepiej lub gorzej, ale zwykle w taki sposób, że ludzkość nie przejmie się ani naszym istnieniem, ani tym, że w którymś momencie to istnienie się zakończyło. I z punktu widzenia zwykłego śmiertelnika, to sprawiedliwe, że istnieje ta trzecia opcja. Problem w tym, że wielu takich śmiertelników łudzi się, że zostanie kimś więcej, a przeważnie brakuje im albo zdolności, albo zdecydowania, a często niestety obu tych czynników.

Sprawa się komplikuje, kiedy taki słabeusz odkrywa w sobie talent. I wydawać by się mogło, że dobrze, że go odkrył, bo może go zamienić w swoją siłę (w krajach anglojęzycznych uroczo określa się coś takiego jako redeeming feature, co znaczy dosłownie wybawiającą cechę). Czasem bywa jednak tak, że ten talent jest co najmniej obiecujący, a zamiast ułatwić słabeuszowi funkcjonowanie w tym okrutnie rywalizującym świecie, staje się gwoździem do jego trumny. Tak właśnie było w przypadku Iana Curtisa, wokalisty zespołu Joy Division (o ile oczywiście film Control nie wprowadza jakiegoś radykalnego przekłamania) i zapewne wielu innych przedwcześnie zmarłych artystów i, w sumie nie tylko artystów, których główną winą było to, że poświęcili się czemuś tak bardzo, że ocknęli się na skraju przepaści i jedynym, co im pozostało było skoczyć w nią, bo już nie wyobrażali sobie życia na powierzchni.

I to, że tacy jak Ian w końcu skaczą to w moim mniemaniu właśnie szczątkowa forma naturalnej selekcji zaszczepiona gdzieś w ich wątłej podświadomości. Prowadzi to jednak do paradoksalnego wniosku, że czynnikiem, który utrzymuje ludzkość przy życiu jest jej bezwzględność. Gdyby fani nieco bardziej utożsamiali się z Curtisem, mielibyśmy zapewne do czynienia z tzw. efektem Wertera. Znakiem czasów jest jednak to (niestety i na szczęście zarazem) , że śmierć postaci szanowanej prowadzi najwyżej do chwilowej refleksji (patrz pokolenie JPII, które pokoleniem jest już tylko z nazwy, czy utopijny postulat zmiany w polskim dyskursie politycznym po katastrofie smoleńskiej). Nie zmienia to jednak faktu, że wielu młodych ludzi cierpi dzisiaj na klasyczny weltschmerz. Niektórzy z niego wyrosną, inni nie. Nie wszyscy z tej drugiej grupy popełnią samobójstwo, ale nikt z nich nigdy (i używam tego słowa z pełną odpowiedzialnością) nie poczuje się dobrze w tym nienajlepszym ze światów.

A year from heaven

niedziela, 13 Marzec 2011

Niewiele miałem w swoim życiu kompleksów, za to te, które mam czy miałem działają / działały (niepotrzebne skreślić) na mnie potężnie. Jeden z takich kompleksów wywoływała samotność. Miałem ten kompleks na długo przed tym jak poznałem swoją przyszłą byłą, miałem go przez jakiś czas, kiedy się tą byłą stała. A był ów kompleks, przywarą tak perfidną, iż głęboko wątpiłem, że będę z kimś. Ba, wyrobił on we mnie przeświadczenie, że jestem wartościowy, bo nie jestem sam, tymczasem było zupełnie odwrotnie, tzn. nie byłem sam, bo byłem wartościowy.

- Zaraz, zaraz… – zapytają niektórzy – Czy to znaczy, że skoro znowu jesteś wolny to nie czujesz się wartościowy?

I jest to pytanie o tyle na miejscu, że do niedawna właśnie tak by to działało. Ale już tak nie działa. I o ile czegoś się przez ten rok nauczyłem o sobie, o ludziach i o życiu ogólnie to właśnie tego. Pora jednak urwać ten stanowczo przydługi wstęp i zostawić Was z wierszem:

O rok od nieba (12.3.2011)

Oto jesteśmy o rok od nieba
Z którego garściami czerpać
Nam już nie trzeba
I choć to nie lata świetlne
To ten czas gdy było świetnie
Tak odległy się wydaje
Że pamięci ledwo staje
By przywołać te wspomnienia
Może to moc zapomnienia
Ma wyjść z cienia
Na lepsze wszystko pozmieniać

Wiele lekcji jest przed nami
Jedne przyjmujemy z pokorą
Inne skutkują łzami
Doświadczenia są duszy solą
Zwłaszcza jeśli bolą

A gdy rany się zagoją
Wracasz do tych
Którzy się o Ciebie boją
A Twe czoło miast być nachmurzone
Dumnie jest znów uniesione

Carpe fallus

sobota, 5 Luty 2011

Pod tym kontrowersyjnym skąd inąd tytułem kryje się wpis zaangażowany społecznie. Dzisiaj miałem z siostrą i jej koleżanką minimararon filmowy Obejrzeliśmy sobie Czekając na sobotę i Nie jesteśmy puszczalskie. Oba filmy pochodzą ze stajni HBO Polska i pokazują, że problemy, które widzimy na ogół jako wyolbrzymione przez szukających łatwego zarobku scenarzystów, są jak najbardziej realne. Słyszałem wiele różnych dziwnych historii, ale relatywizm moralny, łatwość redefiniowania pojęć i dorabiania filozofii do swoich niezbyt mądrych czy wątpliwych moralnie postępków chyba nie przestaną mnie zaskakiwać.

I tak na przykład, jedną z bohaterek pierwszego z wymienionych filmów jest była narkomanka, która obecnie dla utrzymania swojej córki trudni się tańcem erotycznym. Nie zrozumcie mnie źle, jak najszczerzej uważam, że żadna, ale to żadna praca nie hańbi. Zdumiewa mnie jednak, że bohaterka wyraźnie stwierdza, iż dzięki tej pracy czuje się spełniona, że sądzi, iż faceci którzy z podekscytowaniem patrzą na nią kiedy jest jeszcze w pełnym kostiumie podziwiają ją za jej umiejętne ruchy, a nie czekają na moment kiedy pokaże wszystko co ma do zaoferowania.

Ale może to lepiej, że ona tak sądzi? Po co miałaby o sobie myśleć jako o odczłowieczonym kawałku ciała wiecznie wystawionym na widok publiczny? Tylko jak ona sobie poradzi, kiedy ktoś „życzliwy” bardzo wyraźnie wyartykułuje, co większość o niej myśli? Jak spojrzy w oczy córce, z której za kilka bądź kilkanaście lat będą się w szkole naśmiewać, że jej matka była na tyle głupia, że pozwoliła sobie zlizywać z tyłka bitą śmietanę i nawet to sfilmować? Owszem, każdy ma prawo robić ze swoim życiem co mu się podoba, ale tylko dopóki nie krzywdzi innych.

Ciekawe są też skojarzenia, z jakimi młodzi Polacy wchodzą w dorosłe życie. Bohaterki Nie jesteśmy puszczalskie stwierdzają, że przecież są z dobrych domów, dobrze się uczą, więc nie są prostytutkami. Że to dziewczyny, które puszczają się za darmo, są szmatami, a one są przedsiębiorcze. Że to dobra zabawa, a pieniądze są z tego przy okazji. Że mogą z tym zawsze skończyć, a ich przyszli faceci powinni być wniebowzięci ich umiejętnościami.

Oczywiście, można dywagować nad wartością dokumentalną powyższej produkcji, bo skoro dziewczyny ukrywały swoje intratne hobby przed rodzinami to jak mogłyby wystąpić w filmie pokazując twarze? Możliwości są dwie, albo dziewczęta wykazały się bezdenną naiwnością (co znowu by mnie aż tak nie zdziwiło), albo film jest dokumentalny na takiej zasadzie jak W11 czy inny Sąd rodzinny i jednak przy tym wariancie każe pozostać mini research przeprowadzony przeze mnie

Wniosek nasuwa się za to dość prosty. Gdyby Horacy żył współcześnie, powiedziałby Carpe fallus, bo oto nasze prącia panowie, okazują się już nie tylko dżwigniami handlu, ale także swoistymi słowami-kluczami, gdy nie wiadomo o co chodzi, a nie chodzi o pieniądze.

Incomplete

sobota, 3 Kwiecień 2010

Niezdrowo tak tęsknić. Niezdrowo się do tego przyznawać przed internetową bracią, a mimo wszystko to robię. Dlaczego? Bo ostatnio widziałem moją lubą  niespełna 24 godziny temu, a już czuję się jakbym gwałtownie odstawił jakąś silnie uzależniającą substancję. Jakby część mnie oderwała się i uciekła poza widnokrąg. Moja percepcja tego uczucia odbiega jednak od standardu. Z jednej strony taki brak jest w oczywisty sposób dotkliwy. Z drugiej,  przetwarzam go na poezję i dzięki temu czuję się lepszy, silniejszy.

Często mówiłem o sobie, że moja wartość jest wprost proporcjonalna do wartości mojej twórczości pomnożonej przez częstotliwość jej powstawania. Czasem nadal tak sądzę. Usprawiedliwiam się jednak przed samym sobą, że plik w komputerze wypełniony garstką rymów przestał być głównym powiernikiem moich najgłębszych uczuć i lęków. Przyszła mi do głowy myśl, że wszystko jest kwestią świadomości. Że nie chodzi o to, żeby zamknąć to co czujesz w szczelnym pojemniku i odstawić na półkę. Sztuką jest przeżywać to w pełni, nie niszcząc się od środka.

Spuszczając na chwilę z tego patetycznego tonu, pragnę życzyć wszystkim, którzy tu zaglądają, radosnych chwil spędzonych w gronie najbliższych, a na najbliższe miesiące, jak najmniej niekonstruktywnej tęsknoty. ;)

(…) (3.4.2010)

Czy tęskniłeś kiedyś tak
Że słów by to opisać
Było Ci brak

Czy mierzyłeś się z samotnością
Mimo świadomości
Że już wygrałeś
Swój po szczęście pościg
Nie mów mi o miłości
Jeśli nie boli Cię rozłąka
Chociaż materialnie jestem tu
To mój umysł gdzieś się błąka

Błądzi gdzieś w jej okolicach
Szuka jej ciepłego lica
Bo choć wiem że jest
Brakuje dotyku pocałunku
Niby prosty gest
A daje pewność siebie
I poczucie że choć żyję
To jestem w niebie

Go fuck yourselves!

niedziela, 28 Marzec 2010

Jestem w pełni świadomy faktu, że tony, w które za chwilę uderzę, właściwe są raczej dla zaślepionych zauroczeniem smarkaczy. Jest to jednak moja wyższość nad nastolatkami miotanymi popędami.

Jak część z Was pewnie wie, od piętnastu dni jestem w szczęśliwym związku. Ja i moja połowica słyszeliśmy już przez ten czas, że galopujemy, że nie jesteśmy wystarczająco dojrzali do takiego związku, że się sobą znudzimy, że narobimy sobie tylko nadziei i tym podobne stwierdzenia. Załóżmy na chwilę, że osoby, które mówią to wszystko mają rację. Czy którakolwiek z nich ma prawo oceniać to, jak postępuję? Na Lucyfera i Belzebuba razem wziętych, NIE! Dlaczego? Bo niezależnie od tego jak długo czy krótko potrwa moje szczęście, żadna z tych osób nie potrafiła mi zapewnić choćby cząstki tego co czuję teraz. Przez te dwa tygodnie dowiedzieliśmy się o sobie więcej, niż niejedna para dowiaduje się o sobie w ciągu kilkunastu miesięcy.

Czy to normalne? Być może nie, ale wydawało mi się oczywiste, że mój związek z kimkolwiek będzie się wymykał wszelkim szablonom, lecz ja jestem z tego dumny. Najbardziej bolą mnie odczucia i obawy mojej rodziny, zwłaszcza że część z niej czyta tego bloga, robiąc to z tak niewielkim zrozumieniem, iż nie mieści im się w głowie to, że potrzebuję pobierać i wypromieniowywać ogromne ilości uczuć.Nasuwa mi się tu cytat z utworu Eldoki i Jimsona:

[...]Chociaż bym nigdy więcej miał nie widzieć
I pokutować przez ten czyn całe życie
To każdej ceny warte te emocje
Bo chcę otworzyć oczy i zobaczyć jak wygląda Słońce[...]

Prawdopodobnie moglibyśmy mniej manifestować swoje uczucia, prawdopodobnie (powtórzenie celowe), przydałoby to nam powagi i rozsądku w oczach wielu ludzi, ale mniemałem, iż stwierdziłem tutaj wielokrotnie, że nie robię nic tylko i wyłącznie po to, żeby być postrzeganym jako taki, czy inny człowiek. Jeśli ktoś jeszcze nie rozumie, co mną powoduje, mogę mu szczerze współczuć, że przez lata życia nie udało mu się nawiązać tak głębokiego związku. Natomiast osobom, które nadal będą mówić, że jestem nierozsądny, nieodpowiedzialny, nierozważny, czy coś w tym rodzaju, mogę powiedzieć jedynie: Go fuck yourselves!

Shreds of hope

piątek, 5 Luty 2010

Łatwość, z jaką otwieram się na ludzi, niejednokrotnie przysporzyła mi kłopotów. Cóż jednak mogę poradzić, jeśli czasem otwarcie się jest dla mnie jedynym sposobem na odzyskanie choćby pozorów spokoju? Rozmawiałem wczoraj o mniej lub bardziej intymnych dla mnie sprawach, począwszy od mojego pogłębiającego się szowinizmu, na tytułowych strzępkach nadziei kończąc. Choć ulga przyszła z czasem, najważniejsze, że w końcu przyszła. Dziękuję Czytelniczko ;)

Pomyślałem sobie, że podobnie jak to zrobiłem w wypadku wiersza Tirade of Lucifer’s Son, warto pokusić się o tłumaczenie Ugly truth, zanim ktoś zrobi je gorzej ode mnie.

Brzydka prawda

Łudziłem się że jestem ponad to
Ale okazało się oczywistym
Że jest jak jest
Jestem niespełnioną obietnicą
Czymś za czym tęsknisz
Ale nigdy się za tym nie obejrzysz
Jakbyś nie mogła nic zrobić żeby tego nie stracić

Przeznaczone mi być zagubionym na zawsze
Ponieważ ci którzy mogliby mnie odnaleźć
Nie chcą tego zrobić
Ci którzy może i by chcieli
Nie mogą sobie na to pozwolić jednakże
Moje życie wciąż trwa
Chociaż nie ma sensu

Niektórzy mówią zawsze jest nadzieja
Ale kłamią z premedytacją
Lub po prostu się mylą
Nie sądzicie że widzę
Na czym stoi świat

Więc piszę te słowa
Odnawiam stare rany
Ale to jedyne potomstwo
Jakie dane mi będzie przyzwać
Prawda może być wyczerpująca
Ale tylko ona nadal się liczy

Morality, porn and PETA

poniedziałek, 11 Styczeń 2010

Paweł Rybicki, publicysta Pardonu, podobnie jak ja, upodobał sobie tematy okołoseksualne. Dzisiaj uraczył on swoich wiernych czytelników informacją, że PETA (organizacja walcząca o prawa zwierząt) zdecydowała się wykorzystać w jednej ze swych kampanii, wizerunek wschodzącej gwiazdy porno, Sashy Grey.

Co mnie razi w tonie tekstu Pana Rybickiego, to fakt uzurpowania sobie decyzji, kto ma prawo wypowiadać się na tematy związane z moralnością, a kto tego prawa winien być pozbawiony. Pominę już fakt, iż kwestia sterylizacji, bądź też kastracji zwierząt domowych jest raczej luźno powiązana z moralnością, gdyż publicysta wspomina, że panna Grey miała czelność wypowiadać się na tak ważkie tematy, jak prawa kobiet i ich rola w społeczeństwie, choć w mojej opinii te kwestie są bardziej powiązane z samoświadomością. kobiet, niż z moralnością. Osobie, która celowo używa swojego ciała, zamiast pozwolić go używać jakiemuś mężczyźnie, samoświadomości odmówić nie wolno.

Możemy jednak brnąć dalej. Zakładając, że wspomniane wcześniej kwestie, rozpatrywać należy w kategoriach moralności, czy powinniśmy zabraniać komukolwiek swobodnego wyrażania myśli w tej materii?  Zwłaszcza, że według Słownika Języka Polskiego moralność to zespół powszechnie uznanych warunków, poglądów na wartości, na dobro i zło, przekonań, które wartościują określone działania. Jaki z tego wniosek? Ano taki, że dopóki czyjeś poglądy w danej kwestii, nie odbiegają drastycznie od ogólnego pojęcia dobra, są zgodne z moralnością. Ujmując to obrazowo, Sasha Grey, która zarabia na życie uprawiając seks w przeróżnych konfiguracjach, nie zmuszając mniej lub bardziej masowego odbiorcy do oglądania jej wygibasów, okazuje się osobą o wyższych standardach moralnych, niż nasza rodzima Doda, która bombarduje nas swoimi silikonowymi implantami, oraz niemądrymi wypowiedziami, w których aż gęsto jest od podtekstów. Przypominam, że to wszystko miewało miejsce w publicznej telewizji, przed 23:00  (może to była ta sławetna misja TVP? – Jeśli tak, upraszam władze Dwójki, oddajcie tańce na Do… Wróć… Na lodzie!)

Wydaje mi się, jednak że wiem skąd w Pawle Rybickim niechęć do kampanii PETA. Otóż zapewne wynika ona z przekonania, że osoba, która uprawia seks z pobudek innych niż chęć poczęcia potomstwa zasługuje na ogień piekielny, a my (bliźni), winniśmy ją zepchnąć na margines społeczeństwa, żeby nieboga zrozumiała, że dla własnego dobra MUSI zacząć chadzać ścieżkami Pana. Powiadam Wam wszem i wobec: największym ze znanych zboczeń seksualnych jest abstynencja. ;)

Issues

piątek, 1 Styczeń 2010

Ostatnie kilkadziesiąt dni  2009 roku upływało mi pod znakiem nauki, ale także szeroko zakrojonych rozkmin dotyczących mniej lub bardziej osobistych tematów. Rozważałem na przykład jak wyglądają moje relacje z ludźmi, co jest w tych relacjach źle i ile z tego źle wynika z mojej winy. Tym stosunkowo mrocznym przemyśleniom, wtórowały mało wesołe pozycje z mojej playlisty, takie jak Miłości nie ma dziś. O.S.T.R’a; Nie płaczę za nimi; Mesa i spółki, czy też ostatnio Zdrada ’06, czyli zremiksowana wersja utworu z Alkopoligamii, czyli Zapisków Typa. Kilkakrotnie zasiadałem nawet do notki, którą możnaby zatytułować tłumaczeniem, któregoś z tych tytułów, a która miałaby stanowić wstęp dla któregoś z moich opowiadań. Ale teraz nie o tym.

Przy okazji sentymentalnego powrotu do teledysku do Zdrady pozwoliłem sobie na krótką wymianę zdań z użytkowniczką youtube’a. Kiedy już uznałem, że nie mam nic sensownego do dodania, z odsieczą przyszło młode wydawnictwo Alkopoligamia.com publikujące na swoich stronach teledysk do utworu  pod chwytliwym, choć nieco pretensjonalnym tytułem Powinnaś być ze mną.

Cały utwór może się wydawać taki jak jego tytuł, jednak za sprawą zwrotki wspomnianego już kilkakrotnie Mesa, dołącza do biblioteki piosenek, które streszczają mój pogląd na daną sprawę, w tym wypadku definiując kobietę, która jest warta, aby się przed nią otworzyć. Rzadko tu cokolwiek cytuję, ale skoro piszę o definicji, warto ją przytoczyć.

[...]wiesz, jara mnie to, że masz swoje zdanie i styl
Jill Scott i Aretha, wolisz te panie niż Feel
gdy słyszysz aktor myślisz teatr,  nie teleturniej
bo możesz być z artystą, nigdy z teledurniem
w łóżku krzyczysz różne rzeczy ale nigdy a – ua!
gdy idziemy na koncert Ty klaszczesz na dwa[...]
wiesz to, kochasz prawdę choćby i gorzką jesteś mi panią psycholog, nie psycholożką
nie dasz wcisnąć sobie kitu choćby cały świat go chwalił [...]

Za sprawą chwytliwości, ma szanse ów utwór trafić do stacji radiowych i telewizyjnych, a przy okazji dać do myślenia paru osobom. Ja ze swojej strony mam nadzieję, że ten wpis przeczyta Hedonistka i zda sobie sprawę z faktu, że niewiele jest dziewczyn, które spełniają kryteria definicji, nawet jeśli wyłączy się z niej różne łóżkowe krzyki.

Całej reszcie internetu wklejam klip z Youtube’a i życzę do siego roku w rytmie dobrej muzyki, cokolwiek znaczy to dla każdego z moich czytelników.