Archiwum kategorii ‘Tłumaczenia’

Don’t try

piątek, 30 Grudzień 2011

Nie próbuj – głosi epitafium umieszczone na nagrobku Charlesa Bukowskiego. Nie jest to bynajmniej pochwała nihilizmu egzystencjalnego, czy innej dekadencji znanych powszechnie pod wdzięczną nazwą mamtowdupizmu. Jak wyjaśniła żona pisarza, jest to skondensowane przesłanie cytatu z jego powieści Factotum (oryginalnie wydanej w 1975 roku). Rzeczony cytat prezentuje się następująco:

If you’re going to try, go all the way. Otherwise, don’t even start. This could mean losing girlfriends, wives, relatives and maybe even your mind. It could mean not eating for three or four days. It could mean freezing on a park bench. It could mean jail. It could mean derision. It could mean mockery–isolation. Isolation is the gift. All the others are a test of your endurance, of how much you really want to do it. And, you’ll do it, despite rejection and the worst odds. And it will be better than anything else you can imagine. If you’re going to try, go all the way. There is no other feeling like that. You will be alone with the gods, and the nights will flame with fire. You will ride life straight to perfect laughter. It’s the only good fight there is.

Z angielskiego na nasze brzmi to tak (tłumaczenie własne)

Jeśli zamierzasz spróbować, daj z siebie wszystko. W przeciwnym razie nie trudź się. Przez taką próbę można stracić dziewczyny, żony, krewnych, a nawet poczytalność. Może to się wiązać z niejedzeniem przez trzy czy cztery dni, spaniem na parkowej ławce, pobytem w więzieniu lub z tym, że będą z nas drwić. Może też oznaczać kpiny i odosobnienie. Odosobnienie jest darem, wszystko inne jest sprawdzianem Twojej wytrzymałości, oraz tego jak bardzo pragniesz celu swoich dążeń. I będziesz działać pomimo odrzucenia i niewielkiego prawdopodobieństwa sukcesu. I będzie to lepsze niż cokolwiek, co jesteś w stanie sobie wyobrazić. Jeśli zamierzasz spróbować, daj z siebie wszystko. Nie istnieje inne uczucie równe temu. Staniesz sam na sam z bogami, a noce będą płonąć żywym ogniem. Pokierujesz swoje życie wprost do szczęścia totalnego. To jedyna walka, jaką warto stoczyć.

Dlaczego o tym piszę? Zawsze przeczuwałem, że w tych słowach tkwi coś co osobiście nazywam Prawdziwą Mądrością. Mądrość prawdziwa nie opiera się na tanich chwytach koncepcyjnych, bo potrafi obronić się sama. Gardzi patosem, gloryfikuje potęgę jednostki.

Przeczuwać to jedno. a zobaczyć tę potęgę w całej jej krasie to drugie. Otóż byłem wczoraj w kinie na filmie Służące (The help) powstałym na kanwie książki o tym samym tytule. Koncepcyjnie film był prosty: źli biali, uciśnieni, ale szlachetni czarni (z nielicznymi wyjątkami w obu grupach). Był też, jak stwierdził mój brat, ugrzeczniony. Co najważniejsze jednak, pokazał , że wolność zaczyna się w głowie i zilustrował zaprezentowany wyżej cytat. Dlatego w skali 1-10, film ma u mnie solidną dziewiątkę.

Parafrazując klasyka jedno co warto to działać warto i niech to będzie moim mottem na najbliższe dni.

Madness

poniedziałek, 23 Maj 2011

Zaprawdę powiadam Wam, strzeżcie się poetów, albowiem jesteśmy szaleni. Dzisiaj wiersz Sylvii Plath, poetki wyklętej, paranoiczki. Spierałbym się z tym pierwszym określnikiem, bo czy można mówić o paranoicznym strachu przed zdradą i odrzuceniem u kobiety, która została wielokrotnie zdradzona? Owszem, Sylvia Plath była nadwrażliwa, co doprowadziło do jej przedwczesnej, samobójczej śmierci. Ogrom bólu, wyzierający z Tulipanów wzbudza moją sympatię. Szkoda, że nie wzbudził sympatii kogoś z jej znajomych zanim się zabiła.

Tulipany

Tulipany za bardzo mnie poruszają a jest zima
Spójrzcie jak jest biało jak cicho jak śnieżnie
Uczę się spokoju leżąc samotnie
A światło błąka się po ścianach i łóżku i po rękach
Jestem nikim nic nie uczynię z wewnętrznymi eksplozjami
Oddałam pielęgniarkom codzienne ubrania a z nimi swe imię
Moje wspomnienia ma anestezjolog a ciało chirurdzy

Wcisnęli mi głowę w poduszkę i skuli prześcieradłem
Jestem teraz niby oko o dwóch białych niezamykalnych powiekach
Głupia źrenica musi wszystko rejestrować
Pielęgniarki przychodzą i odchodzą bez kłopotu
W swoich czepkach idą drogą mew
Czyniąc rękami różne gesty, a wszystkie czynią te same
Tak że nie sposób stwierdzić ile ich jest

Ciało me jest dla jak nich żwir traktują je jak woda
Traktuje kamyki które wygładza płynąc po nich
Swymi jasnymi igłami przynoszą odrętwienie i senność
Straciłam już siebie cały mój bagaż był moją chorobą
Złowrogie sterty pigułek zmuszają mnie do życia
Ze zdjęcia uśmiechają się mąż i dziecko
A te uśmiechy wbijają się we mnie jak uśmiechnięte haczyki

Nie steruję już mojego życia łodzią
Uparcie dryfującą nieopodal nazwiska i adresu
Wypłukali ze mnie wszystką miłość i wszelkie skojarzenia
Przestraszyli i przewieźli na wyłożonym szpitalną zielenią łóżku
Odprowadzałam wzrokiem mój serwis sekretarę książki
Tonęły a i mnie woda z głową pochłonęła
Ponownie zostałam ochrzczona nigdy nie byłam tak czysta

Nie chciałam kwiatów chciałam tylko leżeć
Z wzniesionymi rękami będąc pustą do głębi
Jakże uwalnia nie wiecie jakże uwalnia
Spokój tak wielki że aż oślepia
A o nic nie pyta o imię ani o błyskotki
Tak właśnie działa śmierć w końcu widzę ich
Zamykających w ustach komunijny opłatek

Po pierwsze tulipany ranią mnie nadmierną swą czerwienią
Mimo że są opakowane słyszę ich oddech
Oddychają cicho w swoich betach jak okropne dzieci
Ich czerwień koresponduje z moją raną mówi do niej
Są subtelne zdają się dryfować choć mnie pogrążają
Denerwując mnie kolorem i swoimi nagłymi językami
Tuzin czerwonych ciężarków co ciążą ołowiem

Wcześniej nikt na mnie nie patrzył teraz mnie obserwują
Tulipany odwracają się do mnie i do okna za mną
Gdzie światło się powoli szerzy i z wolna więdnie
I widzę siebie płaską, żałosną, jakby wyciętą z papieru
Pomiędzy okiem Słońca a oczami tulipanów
I nie mam twarzy której chciałam się pozbawić
Barwne tulipany zabierają mi tlen

Zanim tu przybyły powietrze było spokojne
Wdech po wydechu bez pajacowania
Potem tulipany wypełniły przestrzeń jak hałas
Teraz powietrze zaczepia się o nie i wiruje jak rzeka
Co zaczepia się i wiruje wokół zatopionego rdzawego silnika
Skupiają moją uwagę, której było dobrze
Bawić się i wypoczywać bez zobowiązań

Ściany także jakby się ogrzewały
Tulipany należy zamknąć w klatce jak dzikiego zwierza
Gdyż otwierają się jak paszcza wielkiego kota z Afryki
A ja jestem świadoma swego serca co otwiera się i zamyka
Jego misy pełnej czerwonych kwiatów mej miłości
Woda której kosztuję jest ciepła i słona niczym morze
Z kraju tak dalekiego jak zdrowie

 

Translator’s dilemmas

piątek, 20 Maj 2011

Dzisiaj pokażę Wam, proszę państwa, tłumaczenie opowiadania Job history, autorstwa Edny Annie Proulx, wydane w tym samym zbiorze opowiadań co Brokeback Mountain. Tłumaczenie to wykonałem najlepiej jak potrafiłem,  Otrzymałem tekst źródłowy w wersji bez tytułu, toteż i moja praca nie była tytułem opatrzona. Tytuł, który nasunął mi się po lekturze i korekcie własnego przykładu to Kroniki rodziny Lee, choć jeśli chcielibyśmy być zupełnie wierni tytułowi oryginału, polski tytuł składałby się z dwóch znaków w takiej oto kompozycji: CV. Zapraszam do lektury i oceny mojego przekładu:

Dzieje rodziny Lee a.k.a CV

Leeland Lee urodził się 17. listopada 1947 roku w swoim domu rodzinnym w Cora, w stanie Wyoming. Miał pięcioro starszego rodzeństwa. W latach pięćdziesiątych jego matka odziedziczyła małą farmę w Unique przypominającą kształtem kość, na którą przeprowadziła się wraz z rodziną. Farma państwa Lee leżała kilka kilometrów poza miastem. Hodowano tam owce, parę kur i tuczników. Ojciec był cholerykiem, więc dzieci opuszczały dom, gdy tylko stawało się to możliwe. Leeland śpiewał bez końca „That Doggie in the Window”. Ojciec trzepnął go packą na muchy i kazał mu się zamknąć. Radio milczało, śnieżyca uszkodziła przewody elektryczne.

Po matce Leeland miał wyraziste kości policzkowe. Miał też szeroki kark, a rudo-złota grzywka okalała jego czoło. Już w dzieciństwie miał oczy mętne jak u alkoholika z wieloletnim stażem. Nad tymi rozbieganymi oczyma brwi prężyły się niczym dwie strzały. Miał szeroki nos, a jego usta wyglądały jak wyrzeźbione jednym uderzeniem dłuta. W piątej klasie wygłupiając się z kolegami spadł z drabinki pożarowej i złamał miednicę. Spędził trzy miesiące w gipsie. W wiadomościach mówili, że przeciętny Amerykanin zjada około 3,9 kilogramów margaryny rocznie, ale już tylko 3,7 kilogramów masła. Zapamiętał tę informację na zawsze.

W wieku lat siedemnastu, Leeland ożenił się z Lori Bovee. Oboje rzucili szkołę, a Lori zaszła w ciążę co napawało jej męża dumą. Złamana kiedyś miednica już mu nie doskwierała. Żona była od niego o rok młodsza. Miała niczym nie wyróżniającą się, owalną twarz i średniej długości włosy. Była nieco korpulentna, ale w pastelowych swetrach wyglądała słodko. Matce Leelanda nie podobało się to małżeństwo, więc młodzi opuścili farmę. Aby utrzymać rodzinę chłopak zatrudnił się na stacji Egge’a, gdzie obsługiwał dystrybutor paliw.

- Jak będziesz gotowy, to możesz odpalać Gridley – roześmiał się Ed Egge.

Wspomniana stacja obsługi mieści się na skrzyżowaniu autostrady nr 16 z drogą lokalną. Szesnastka leży na najczęściej uczęszczanej trasie do parku Yellowstone. Za pięćdziesiąt dolarów Leeland kupił od ojca Lori starą ciężarówkę, a Ed odrestaurował jej silnik. W wiadomościach mówili o wojnie w Wietnamie i zamieszkach w Selmie, w stanie Alabama.

W ramach federalnego programu rozbudowy czterdzieści kilometrów od szesnastki powstała nowa, równoległa, czteropasmowa droga międzystanowa. Z dnia na dzień runął cały przemysł turystyczny Unique. Zamiast setki samochodów wypełnionej pasażerami kupującymi paliwo, hamburgery i schłodzoną wodę sodową, pojawiło się jedynie dwóch miejscowych pytających jak idą interesy. W ciągu kilku miesięcy w oknie warsztatu pojawiła się tabliczka Na sprzedaż, a Ed jeździł po pijanemu dopóki zginął w wypadku, zderzając się z dwoma wołami.

Leeland zaciągnął się do wojska, zgłosił się do taboru samochodowego. Przez sześć lat stacjonował w Niemczech, ale nie nauczył się ani słowa po niemiecku. Wrócił do Wyoming cięższy i bardziej humorzasty. Wiosną i latem pracował w ekipie konstruującej zasłony odśnieżne, potem, wraz z żoną, synem i nowonarodzoną córką przeprowadził się do Casper, gdzie pracował jako kierowca cysterny. Mieszkali w przyczepie kampingowej przy Poison Spider Road, wciśnięci pomiędzy wojujących sąsiadów. W wiadomościach usłyszeli, że znaleziono ogromny diament. Urodziła im się kolejna córka. Leeland nie mógł się dogadać ze swoim dyspozytorem. Po roku, wraz z rodziną wrócił do Unique i pogodził się z matką.

Lori była oszczędna i udało jej się odłożyć trochę grosza, co pozwoliło im otworzyć własny interes.  Leeland sądził, że miejscowi chętnie zrobią zakupy w Unique, gdyż w ten sposób oszczędziliby czas i paliwo. Pani Egge nie mogła sprzedać stacji Eda po jego śmierci, więc Leeland wraz z żoną wynajęli ją i wyremontowali. Oprócz tego Leeland wspólnie z ojcem hodowali na boku tuczniki. Jego ojciec pochodził z Iowa, więc znał się na tucznikach.

Okazało się jednak, że ludzie wolą jeździć do miasta, chociażby po to, żeby zobaczyć coś nowego, zakupić wymyśle jedzenie, ubrania, wypieki, czy przyrządy codziennego użytku. Pewnej wyjątkowo mroźnej zimy wszystkie plony pomarzły przez co rodzina Lee straciła wszystkie 112 tuczników. Wyprzedawali co się dało. Półtora roku później biznes upadł. Nowy kolorowy telewizor wrócił na sklepową półkę.

Po ogłoszeniu upadłości Leeland znalazł pracę przy budowie dróg. Niby nigdy nie było go w domu, a jednak znalazł czas, żeby ponownie zapłodnić Lori, podczas „seksualnego maratonu”. Jeszcze przed porodem odszedł z pracy. Ani on, ani jego koledzy nie mogli się dogadać z brygadzistą, który często zmieniał pracowników. Jadąc ciężarówką Leeland, usłyszał w radiu, że setki wyznawców Świątyni Ludu popełniło samobójstwo poprzez wypicie cyjanku zmieszanego z oranżadą.[1]

Następnie Leeland zatrudnił się w przetwórni mięsnej starego Brose’a, stając się jej jedynym pracownikiem. Jego zadaniem było mierzenie i ćwiartowanie zwierząt. Lubił schludnie pakować mięso, odpowiadał mu zapach wilgotnych kości i chłód. Potrafił nadzwyczaj celnie rzucać tasakiem i jeśli akurat spostrzegł mysz, nie pożyła ona długo. Po wielomiesięcznych negocjacjach z Brosem, państwo Lee podpisali z nim umowę dzierżawy na okres dziesięciu lat. Ich najstarszy syn jako pierwszy w rodzinie ukończył szkołę średnią i na sześć lat zaciągnął się do wojska. W wiadomościach mówili coś o obiadach w szkołach, a także o tym, że keczup uznaje się za warzywo. Stary Brose przeprowadził się do Albuquerque.

Gospodarka zniżkowała. W wiadomościach ciągle mówili o recesji i bezrobociu. Pracowici farmerzy sami zaczęli znów zajmować się ubojem, obróbką i mrożeniem swoich wyrobów. Opłaty za dzierżawę były duże, a i cena energii poszła w górę. Państwo Lee musieli zrezygnować z interesu. Stary Brose wrócił z Albuquerque. Było między nimi wiele złej krwi.

- Nie poszło nam. – powiedział Leeland i taka była prawda.

Wydawało się, że to dobry czas, żeby spróbować szczęścia gdzieś indziej. Na czas sezonu łowieckiego mężczyzna dostał pracę w przetwórni mięsa w Thermopolis. Myśliwy z Des Moines, niedaleko miejsca, gdzie urodził się jego ojciec dał mu 100 dolarów napiwku, gdy ten ładował pakiety z mrożonym wapiti[2] na pokład jego małego samolotu. Pilot pił, co nie przeszkodziło mu odlecieć na południowy wschód w stronę Gór Skalistych[3].

Przez całą zimę Leeland nie miał pracy, więc został w domu z dzieckiem, podczas gdy Lori pracowała w szkolnej stołówce. Dziecko płakało zawzięcie, więc ojciec postanowił je uciszyć łyżeczką piwa.

Latem państwo Lee wrócili do Unique, gdzie mężczyzna po raz kolejny zatrudnił się jako kierowca. Tym razem kursował od wybrzeża do wybrzeża, a każda jego podróż trwała 2-3 miesiące. Jeździł po całym kontynencie. Był w Teksasie, na Alasce, w Montrealu i Corpus Christi. Mówił, że wszystkie te miejsca są takie same. Lori pracowała jako kucharka w Hi-Lo Cafe w Unique. Właściciele tego miejsca zmienili się trzy razy w ciągu dwóch lat. West Klinker, starszawy farmer, jadał w Hi-Lo trzy posiłki dziennie. Był miły dla Lori. Przeczytał jej artykuł z gazety, według którego w powłoce ozonowej pojawiła się dziwna dziura. Pomylił ozon z tlenem.

Pewnej nocy, gdy Leeland był gdzieś na wschodnim wybrzeżu dziecko dostało drgawek. Wcześniej przez tydzień miało gorączkę i kaszlało. Kobieta odbyła przerażającą podróż przez oblodzone drogi w kierunku dalekiego szpitala. Dziecko przeżyło, ale uległo ociężałości umysłowej. Lori założyła w Unique grupę ratunkową. Trzy kobiety i dwóch mężczyzn zapisało się na kurs pierwszej pomocy. Przejechali sto mil, żeby wziąć w nim udział, ale tylko dwoje z nich zaliczyło test za pierwszym podejściem. Byli to Lori i stary kawaler Bob Jąkała. Jeden z tych, którym się nie powiodło stwierdził, że to dlatego, iż Bob może pozwolić na wnikliwe studiowanie podręcznika pierwszej pomocy, bo co miesiąc dostaje pieniądze od państwa i nie musi zarabiać na swoje utrzymanie.

Leeland rzucił pracę kierowcy i raz jeszcze postanowił wspólnie z ojcem zająć się hodowlą tuczników na ich starej farmie. Przystąpił także do Ochotniczej Straży Pożarnej. W lutym w pożarze zginęło dwoje dzieci. Z powodu zasp, dotarcie wozem strażackim na miejsce zajęło trzy godziny. Rodzina, której się to przytrafiło to krewni Lori:

- Kiedy nastąpił wybuch – powiedział Leeland – coś wypadło wprost na maskę. Okazało się, że było to dziecko, które grało w Nintendo. Nawet nie było zwęglone.

Bob Jąkała miał rodzinę w Muncie, w stanie Indiana. Jeden z jego kuzynów pracował w miejscowym ośrodku zdrowia. Ów kuzyn załatwił starą karetkę dla Oddziału Ratunkowego w Unique. Wprawdzie ta karetka miała trafić do oddziału z Missisipi, ale kuzyn Boba, który był kiedyś w Unique, przekonał kogo należało do zmiany decyzji. Bob bał się zatłoczonych miast, więc państwo Lee, wraz z najmłodszym synem pojechali odebrać karetkę. Był to ich pierwszy wspólny urlop. W drodze powrotnej Lori zostawiła torebkę w  restauracji. Były w niej między innymi pieniądze na paliwo. Pełni obaw wrócili do lokalu, torebkę jednak zwrócono i niczego w niej nie brakowało. Państwo Lee rozmawiali o tym, że nawet nieznajomi okazują się czasem dobrymi ludźmi. Pod ich nieobecność Bob Jąkała został wybrany na szefa grupy ratunkowej.

Małżeństwo z Kalifornii przeprowadziło się do Unique, gdzie zajęli się profesjonalnym wypychaniem zwierząt. Mówiło się o nich, że są artystami, a wypchane przez nich okazy przyjmują niezwykłe pozy. Lori zatrudniła się przy sprzątaniu ich warsztatu. Miejscowi żartowali, że w oknie, tuż obok kojota z uniesioną nogą, stała bylica skrywająca pułapkę. Artyści wytrzymali w Unique prawie dwa lata, a potem przeprowadzili się do Oregonu. Najstarszy syn państwa Lee dzwonił zza granicy. Robił w wojsku karierę.

Kiedy zmarł ojciec Leelanda, okazało  się, że farma jest ogromnie zadłużona. Trzeba było ją sprzedać, żeby spłacić długi. Wdowa zamieszkała z Leelandem i jego żoną. Mężczyzna po raz kolejny zatrudnił się jako długodystansowy kierowca ciężarowy. Jego matka całymi dniami oglądała telewizję. Czasem tylko przysiadała bez słowa w kuchni, wybierając kamyki z suszonej fasoli.

Najmłodsza córka pilnowała dzieci w okolicy. Pewnego dnia jej pracodawca pomacał jej drobne piersi i za to, że niby zjadła kawałek ciasta czekoladowego, które zostawił sobie na potem, kazał jej chwycić jego penisa. Zrobiła to, ale uciekła stamtąd z płaczem, po czym opowiedziała matce co zaszło. Ta doradziła jej, żeby nikomu o tym nie mówiła, ale także, żeby od tej pory nie pracowała. Mężczyzna który ją napastował był dobrym przyjacielem Leelanda. Razem polowali na wapiti i antylopy.

Lori odłożyła nieco pieniędzy, a jej mąż rzucił posadę kierowcy. Raz jeszcze postanowili otworzyć własny biznes. Wynajęli stację benzynową, na której za młodu pracował Leeland. Działała tu już nie tylko stacja paliw, ale też sklep ogólnospożywczy. Próbowali sprawdzonych chwytów reklamowych, plastikowych chorągiewek falujących na wietrze, darmowych lodów w rożkach przy każdym tankowaniu, loterii z nagrodami. Pan Lee wspominał te piękne czasy, gdy zatrzymywało się tu sto samochodów dziennie. Teraz szesnastka wydawała się najmniej uczęszczaną drogą w kraju. Utrzymali się przez rok, a potem Leeland stwierdził, że im nie wyszło i miał rację. W finale NFL[4] San Francisco pokonało Denver, co zdołowało go na wiele dni.

Najstarszy syn państwa Lee został zwolniony ze służby. Nie przyznał się dlaczego, ale Leeland był pewien, że to przez narkotyki. Mężczyzna ponownie zatrudnił się jako kierowca ciężarówki, mimo że uskarżał się na bóle pleców. Syn pracował jako pomoc na farmie w niedalekim Pie. Ojciec bacznie go obserwował wypatrując oznak uzależnienia. Oczy młodego Lee były wiecznie przekrwione i łzawiły.

Najgorsze miało jednak dopiero nadejść. Matka Leelanda umarła, a on sam nadwyrężył plecy. W tym samym tygodniu Lori dowiedziała się, że ma raka piersi i, że jest ponownie w ciąży. Miała 46 lat, lekarz zalecił aborcję, ale nie zgodziła się na nią.

Okazało się, że najstarszy syn Leelanda ma alergię na konie, więc musiał zrezygnować z pracy na farmie. Zwierzył się ojcu, że chciałby hodować tuczniki. Wieprzowina była droga. Przez kilka dni mężczyzna był podekscytowany. Oczami wyobraźni widział już szyld: Leeland Lee i syn, inwentarz żywy. Ale syn zmienił zdanie, gdy odwiedził go kolega z wojska. Następnego ranka dwóch kamratów wyruszyło do Phoenix motorem przyjezdnego.

Lori poroniła w piątym miesiącu, co zaogniło jej raka i doprowadziło do jej śmierci. Zanim do tego jednak doszło, jej mąż spędzał całe dnie w szpitalu. Obie córki państwa Lee były już mężatkami i przeklinały ojca. Nikt nie był w stanie skontaktować się z najstarszym synem, który przegapił pogrzeb matki. Najmłodszego syna nie sposób było ukoić. Zdecydowano, że zamieszka on w Billings w stanie Montana z najstarszą siostrą, która spodziewała się swojego pierwszego dziecka.

Dwa lata po śmierci Lori, kobieta z Ohio kupiła dawną Hi-Lo Cafe, przemalowała ją na pomarańczowo, nazwała „Unique je!” i zatrudniła Leelanda na stanowisku kucharza. Pan Lee doskonale obchodził się z mięsem i bez pudła stwierdzał który kawałek nada się najlepiej na grilla czy na stek. Nigdy nie gotował nic w domu toteż wszyscy byli zdumieni tym długo skrywanym talentem. Najstarszy syn wrócił do domu i planuje w następnym roku wynająć z ojcem starą stację paliw i zamienić ją w warsztat motocyklowy połączony z restauracją serwującą steki. Nikt nie ma czasu słuchać wiadomości.


[1] Tzw. masakra w Jonestown. Na skutek wypicia popularnego napoju zmieszanego z cyjankiem zginęło ponad 900 osób. Do czasu zamachów z 11.09.2001 było to najbardziej tragiczne wydarzenie w historii USA Nazwa napoju została zamieniona na oranżadę, w celu bardziej skutecznego oddziaływania na wyobraźnie czytelnika.

[2] Ssak z rodziny jeleniowatych zamieszkujący głównie Amerykę Północną.

[3] Medicine Bow to jeden z łańcuchów Gór Skalistych (Rocky Mountains).

[4] Super Bowl to finałowy mecz NFL, czyli największej zawodowej ligi futbolu amerykańskiego.

Blank verse

czwartek, 19 Maj 2011

Mój, jako twórcy, stosunek do wiersza białego mówiąc zwięźle i figlarnie, lecz na temat, jest analny. Nie ma jednak, z punktu widzenia tłumacza, poezji łatwiejszej formalnie do przetłumaczenia niż wytwory białe bądź też całkowicie wolne. Jest w tym pewien stopień hipokryzji, bo oto wprost Was informuję, że nie lubię pisać takiej poezji i w większości przypadków uważam ją za mało artystyczną, a jednocześnie zdradzam się z tym, że wygodnie mi ją tłumaczyć.

Ten wiersz ma coś w sobie, Skojarzył mi się on z naszym rodzimym poetą, Białoszewskim i było to skojarzenie przyjemne. Sam wprawdzie napisałem tylko jeden wiersz hołdujący estetyce rzeczy codziennych (Oda do klawisza), ale ta estetyka, użyta z pomysłem ujmuje mnie za serce.

Przyznajcie, coś jednak jest w tym wierszu, prawda?:

Koszula – Charles Simic

Ubrać się w nią
Gdy leży
Rozpostarta na podłodze
Nie naruszając jej ułożenia

Szanując mnie
Leży jak ją zrzuciłem
Zeszłej nocy
Nie myśli się poruszyć

W swoim grymasie
Jest prawie władcza
Wijąc się
Wiązanymi rękawami

Hunger for glory

środa, 18 Maj 2011

Wiecie, absorbuję niepodobne ilości kofeiny. Staram się nie iść po linii najmniejszego oporu i przez to jestem wiecznie przemęczony. Ale jakkolwiek banalnie to zabrzmi, kiedy prowadząca chwali moje tłumaczenie wiersza, co do którego ja sam miałem pewne obawy, to dokładnie w tym momencie wiem kim jestem, dlaczego studiuję to co studiuję i po co wypruwam sobie żyły.

Ludzie dziwią się po co aż tak się staram. Oto jest odpowiedź. Staram się, bo robię to co lubię. Lubię tę jedną jedyną rzecz, którą umiem. Dzisiaj, pokazuję Wam tłumaczenie wiersza Emily Dickinson:

Ptaszek na chodniku – Emily Dickinson

Chodnikiem szedł Ptaszek
Nie sądził że go widziałam
Jak podgryzał dżdżownicę
Aż w końcu w dziobie mu skonała

A potem napił się rosy
Z trawy dojrzałej
I nie miał tego dosyć
Pozwolił przejść Istocie małej

Gorączkowo się rozejrzał
A jego spojrzenie przypominało
Zlęknione punkciki
Ptaszek poruszył pstrą głową

Jak ten Zagrożony
Co gdy mu dają okruchy
Woli uciec w dom znajomy
Niż ryzykować wyzionięcie ducha

Niczym Wiosła co srebrne szwy
Oceanu przecinają
Lub motyle księżycowe
Co bezgłośnie płynąć są gotowe

Quiz

wtorek, 10 Maj 2011

Czyżbym po urodzajnych ostatnich dwóch miesiącach znowu osiadał na mieliźnie nic-nie-pisania? Na dzień dzisiejszy tak to wygląda. Nie jest to zresztą do końca tak, że nie piszę zupełnie nic. Ostatnio napisałem dwa wiersze, które jednak na tyle przypominają mi moje szczenięce dokonania, że jeśli mają zostać kiedykolwiek opublikowane, muszą swoje odleżeć.

Tymczasem, proponuję quiz,  który mam nadzieję, nieco zaktywizuje Was, a przez to także i mnie. Nie myślcie sobie jednak, że jestem naiwny. Tzn jestem, ale w tej akurat kwestii nie spodziewam się, że nagle zasypiecie mnie ogromem konstruktywnych komentarzy, więc nie musicie, nie komentować na złość. Quiz, jak się spodziewam, będzie miał niestety ograniczoną widownię, ale za to będzie składał się z dwóch części. Za chwilę zaprezentuję Wam angielskie tłumaczenie pewnego polskiego wiersza (tłumaczenie napisane na zajęciach z tłumaczeń literackich, więc Arturze, bądź tak dobry i nie zepsuj zabawy ^^ ) Waszym zadaniem będzie zgadnąć tytuł (część pierwsza)  i autora poniższego wiersza (część druga). Wiem, zadanie bardzo ambitne, ale lepsze takie, niż żadne, right? ;)

Strive to show your affection as only garments
Will remain after your loved ones
Trivial experiences last long
The most important are gone in a stint
And you face unbereable silence
Concived of you being desperate
Thinking of someone who passed away

Don’t be sure of abundant time
As it’s an illusion
Which takes away our empathy
Comming with both vain and modesty
Like two passions weak to be honest
Fading so rapidly as a bird’s song
In July
As a clumsy sound cold greeting
Those who see truly close their eyes
To be born is risky not to die
We are still failing in loving others

Neither write nor speak about it
Too much but mean it forever
Then you’ll be mild but powerful

Strive to show your affection as only garments
Will remain after your loved ones
Those who are gone, won’t necessarily return
And you’ll never know when speaking of love
You’re speaking of one for life or the life’s last

May someone win ;)

Angels’ knock-off

wtorek, 5 Kwiecień 2011

W marcu było jakoś tak niebiańsko tutaj (vide A year from heaven i Spiritually). Pójdźmy dalej tym tropem. Dzisiaj prezentuję Wam tłumaczenie utworu Kaczmarskiego pt. Strącenie Aniołów. Co mnie tchnęło do przetłumaczenia tegoż? Nie mam obecnie wejść od osób anglojęzycznych, o których bym wiedział.  Utwór ten przemówił do mnie (zabijcie, ale nie potrafię znaleźć lepszego sformułowania),  jednak do tego stopnia, że czułem wewnętrzny przymus, aby go oddać w języku Szekspira.

Zanim jednak zaprezentuję przekład, oryginał w wersji dla słuchowców

A według mnie po angielsku wyglądałoby to tak:

Angels’ knock-off

Hosts were singing, the voice remained silent
Who should have justified it
White crowds were marching
Towards the established abyss
Towards the established abyss
Towards the established abyss

There they were standing and there he was
Their wings got numb from their bondage
And their temples and their temples
Were not graced with haloes
Were not graced with haloes
Were not graced with haloes

The defiance is proved
The rebels will be punished
In well-known faces glimmers
Non-celestial glow
Non-celestial glow
Non-celestial glow

Some of them feel much proud
When the fiery sword pushes them down
The crowd comments on it
Not pride is it but vainglory
Not pride is it but vainglory
Not pride is it but vainglory

Some are crying screaming aloud
Hosts are shouting them down though
Others are jumping willingly
They are longing to be damned
They are longing to be damned
They are longing to be damned

The greatest of them is the last to fall
Corrupting in his journey for the crown
What remains of him what remains of him
Is white crowd and muffled shout
Is white crowd and muffled shout
Is white crowd and muffled shout

So has the justice been done
An Angel calls his brother Satan
In the name of Lord
In the name of Lord
And world’s perpetual sorrow
And world’s perpetual sorrow
And world’s perpetual sorrow

Nasir the Great

środa, 23 Marzec 2011

W duchu dzielenia się z Wami swoimi tłumaczeniami, dzisiaj zaprezentuję Wam polską wersję pseudo-biografii Nasa z defjamrecords, Wersja, którą za chwilę ujrzycie uwzględnia poprawki zasugerowane przez mgr Popławską (albowiem była to praca zaliczeniowa z przedmiotu Podstawy tłumaczeń pisemnych). Tekst wybrałem wymagający, więc co się przy nim napociłem to moje. Skomponowanie go w kształcie zbliżonym do poniższego (ponieważ nie wymagał on wielu poprawek) zajęło mi dobre kilka godzin, ale towarzyszył mi przy tym jeden ze wzmiankowanych w nim utworów, mianowicie

Swoją drogą dlaczego na yt wszystko jest w 720p, tylko nie takie klasyki? :roll: Dobra, bo już mocno przynudzam:

O Nasie i kondycji hip-hopu

W ostatnich latach zarówno krytycy, fani, jak i sami artyści narzekali na rosnącą popularność hip-hopu. Muzyka ta odniosła komercyjny sukces, stała się głosem pokolenia i zyskała ogólnoświatowe uznanie. Mogłoby się wydawać, że to same pozytywne efekty, jednak pomimo zróżnicowanej publiczności, wykonawcy nie są już tak bardzo różnorodni. Jak często czytamy taką biografię: „wspomniany raper dorastał na ulicy, żeby związać koniec z końcem handlował narkotykami, został postrzelony, potraktował to jak życiową lekcję i dla odmiany zajął się muzyką”? Jak długo jeszcze będziemy słuchać o rozmiarach felg, cukierkowych lakierach, dużych tyłkach i sprzedawaniu dużych ilości narkotyków? Ile jeszcze rapowych teledysków powstanie przy basenach wypełnionych półnagimi kobietami? Hip-hop może poderwać do tańca, to oczywiste, ale czy może też zachęcić do myślenia? Co się stało z czasami raperów o niebanalnych osobowościach, popisujących się oryginalnym stylem? Czy hip-hop stał się swoją własną parodią?

Takie oto pytania stawia Nas na swoim albumie pod tytułem „Hip-hop is dead” Któż, jeśli nie, on, człowiek uznawany przez wielu za jednego z pięciu raperów wszechczasów, miałby podgrzać te dyskusje? Jego wszechstronne zdolności takie jak gawędziarstwo, żyłka moralizatorska[1], sprawianie, że chce się tańczyć, ale też uważnie patrzeć na świat, były widoczne już na jego genialnym debiutanckim krążku „Illmatic”, z 1994 roku i następnym[2] albumie „It was written”, który jako pierwszy przedostał się do głównego nurtu, czy też w takich przebojach jak „Hate me now”, „One mic”, czy „Either” – w którym raper prezentuje jadowitą lirykę. Wspomniane umiejętności charakteryzują prawdziwie legendarnego MC[3].

Choć Nas, jak każdy, woli przyjemniejsze aspekty życia, nie ucieka w swoich tekstach  od takich tematów jak miłość, poszerzanie swoich możliwości, waga edukacji, czy bycia zorientowanym w bieżących wydarzeniach. Muzycznie, artysta również zdumiewa wszechstronnością: współpracuje z DJ-em Premierem, rapuje na podkładzie w stylu R&B wyprodukowanym przez Trackmasters, czy wraz ze swoim tatą, Olu Darą, sięga do jazzu. Nas ma nadzieję, że nowa generacja raperów ukształtuje się właśnie w duchu różnorodności artystycznej.

- Jest tylu raperów sprzedających kokainę i tak zwanych „czarnuchów handlujących prochami”. – mówi Nas z irytacja – Zastanawiam się gdzie wy to wszystko sprzedajecie? Ludzie nie wiedzą, że jest tak wiele innych rzeczy, o których można mówić.

Skupmy się teraz na albumie „Hip-hop is dead”.  Forma siódmego albumu studyjnego Nasa jest nieco prześmiewcza, ale pozwala mu objaśnić swój pogląd na stan ukochanego przezeń hip-hopu. Zjadliwy utwór tytułowy, wyprodukowany przez Will.i.ama, przenosi słuchacza w świat rodem z najgorszego koszmaru Nasa – świat, w którym hip-hop został zmieciony z powierzchni ziemi. Utwór ten stanowi oskarżenie i przestrogę dla wszystkich wytwórni, DJ-ów i fanów, którzy popadli w samozadowolenie i nie podejmują wyzwań formalnych, jakie stawia przed nimi sztuka. W inspirowanym muzyką jazzową „Can’t forget about you”, również wyprodukowanym przez Will.i.ama, Nas snuje wspomnienia związane z miłością do hip-hopu. Nie prawi przy tym morałów, ani nie jest znużony. Jak mówi,piosenka ta ma w sobie sampel z klasycznego utworu Nata Kinga Cole’a pt. „Unforgettable”, który zainspirował go ze względu na swój ponadczasowy przekaz.

- Znają go ludzie, którzy mają po 70, 80 lat. – mówi – Teraz mogą go także poznać siedmioletnie dzieciaki i to mi pasowało. To było coś wielkiego.

Nas połączył także siły z pionierami hip-hopu z zachodniego wybrzeża. Na potrzeby „QB OG” współpracował ze swoim kolegą z zespołu The Firm, Dr. Dre, a także nagrał utwór ze wschodzącą gwiazdą tego rejonu, The Game’em. Łącząc styl charakterystyczny dla Queens, z tym właściwym dla Campton, głosy Nasa i Game’a pasują do siebie tak dobrze, że można byłoby powiedzieć, że nagrywają razem od lat. W „Play on player” zastajemy Nasa rapującego u boku Snoop Dogga do melodyjnego podkładu autorstwa Scotta Storcha w zrelaksowanym, kalifornijskim stylu.

- Chciałem zrobić coś, co bardzo wyraźnie zbliży wschodnie wybrzeże do zachodniego. Wspólny kawałek ze Snoopem był właśnie taką rzeczą. Nagrałem go również dlatego, że chciałem spróbować czegoś skrajnie innego niż to, co robiłem do tej pory, nagrać coś, czego nigdy wcześniej nie nagrałem, chociaż tego chciałem.

Jednym z najbardziej oczekiwanych i głośnych utworów z tego albumu jest „Black Republican”, pierwszy w karierze Nasa utwór nagrany z Jay’em Z, jego dawnym przeciwnikiem. Podkład do tego podniosłego i kategorycznego przeboju stworzył L.E.S, jeden z producentów,  z którymi Nas pracuje od lat. Jako całość spełnił on wszystkie oczekiwania fanów.

- Wiecie, to jak walka Aliego z Frazierem, jak walka Aliego z Foremanem, jak walka dwóch Alich” – powiedział Nas z uśmiechem o współpracy z Jay’em.

Nagrywając album „Hip-hop is dead”, Nas po raz kolejny zakwestionował utarte schematy muzyczne, eksperymentował z producentami o skrajnie różnych stylach, a także współpracował  z artystami, z którymi do tej pory nie zdarzyło mu się nagrywać. W „Black Republican” wcielił się w postać czarnego bojownika, w „Can’t forget about you” portretował  sentymentalnego mędrca, zaś w „Let there be light”, wyprodukowanym przez Kanyego Westa – inspirującego nauczyciela. To wszystko nie przeszkadza mówić mu (w utworze „Hip-hop is dead”) o seksie z wydepilowanymi ciziami[4]. Niektórzy zarzucają mu brak jednolitego pomysłu na płytę, ale tak naprawdę Nas pokazuje jak bardzo różnorodny może być rap, a także udowadnia, że hip-hop ma się całkiem dobrze.


[1] W subkulturze hip-hopowej (zwłaszcza w USA) dydaktyczna rola raperów sprowadza się przeważnie do ukazania młodzieży alternatywy dla zdemoralizowanego trybu życia.

[2] Ta informacja nie wynika bezpośrednio z tekstu źródłowego, niemniej jest sprawdzona.

[3] Ekwiwalent amerykańskiego słowa „emcee” funkcjonujący zarówno w języku polskim, jak i angielskim.

[4] Por.  hasło Brazilian w„Wazzup? Słownik slangu i potocznej angielszczyzny”, Kraków 2009 i http://rapgenius.com/47887 prezentujący szerszy kontekst dla wyrażenia „Get down with Brazilian dimes”.

Swoją drogą początkowy brak pomysłu jak zgrabnie oddać Brazilian dime w naszym języku niemal zmusił mnie do zmiany tłumaczonego tekstu. ;) Dodając łyżkę dziegciu do beczki miodu, Ten Typ Mes postanowił wyrazić dzisiaj prozą frustrację środowiska spowodowaną odejściem z tego świata innej ikony amerykańskiego hip-hopu, Nate Dogga. Spoczywaj w pokoju, Nathanielu!

Literary translation

wtorek, 22 Marzec 2011

Zaprawdę powiadam Wam: moje parcie na szkło jest wprost nieprzyzwoite. Jutro kolokwium z literatury, ja nie odróżniam poszczególnych typów sonetów, a co mi zaprząta głowę? Chęć podzielenia się z Wami przekładem fragmentu Uciekaj Króliku. Nie czytajcie ogólnodostępnego tłumaczenia, bo jest starsze ode mnie, a nawet brzydsze ( ;) ). Tyle tytułem wstępu, bo naprawdę nie mam czasu, a jakby ktoś chciał koniecznie zobaczyć oryginał to niech się zgłosi. Propsy dla Kasi Małek za proofreeding:

- Wspólnie z Joyce sądzimy, że są zabawne.

- Zatem oboje macie chore poczucie humoru. Ona co wieczór mnie pyta o tego cholernego kucyka Toma i co to znaczy „umrzeć”.

- To jej powiedz co to znaczy. Gdybyś, tak jak ja i Belloc, wierzyła w absolut, te zupełnie naturalne kwestie nie irytowałyby cię.

- Nie przynudzaj, Jack. Jesteś paskudny, kiedy to robisz.

- Chcesz powiedzieć, że jestem paskudny, kiedy jestem poważny.

- Ciasto się przypala. – powiedział Królik.

Lucy spojrzała na niego, a zrozumienie zmroziło jej spojrzenie. W jej oczach było jakieś chłodne wołanie, ginący krzyk istoty zewsząd otoczonej wrogami. Królik odczuł to, lecz zignorował. Powędrował spojrzeniem ku czubkowi jej głowy, ukazując swoje wrażliwe nozdrza.

- Gdybyś tylko faktycznie był poważny. – rzuciła jeszcze Lucy, a jej gołe nogi mignęły, gdy przebiegała przez posępny korytarz plebanii.

- Joyce, idź do siebie, załóż bluzkę i wtedy będziesz mogła do nas zejść – zwrócił się Jack do córki, która jednak z łoskotem zeszła trzy stopnie niżej – Słyszałaś co powiedziałem?

- Ty po nią idź tatulu.

- Dlaczego tatuś miałby ci przynosić bluzkę skoro jest na dole?

- Bo ja nie wiem, gdzie ona jest.

- Ależ wiesz. Leży na komodzie.

- Nie wiem gdzie jest kumoda.

- Oczywiście, że wiesz, skarbie. Jest w twoim pokoju. Załóż bluzkę, a będziesz mogła zejść do nas.

Ale Joyce była już w połowie drogi.

- Boję się lfa. – westchnęła, a na jej twarzyczce pojawił się uśmieszek zdradzający świadomość  jej własnego zuchwalstwa. Królik usłyszał w jej głosie tę samą przeciągłą nutę, która pojawiała się w głosie jej matki, gdy ta drażniła się z Jackiem.

- Nie ma żadnego lwa. Tylko Bonie tam śpi i wcale się nie boi.

- Proszę tatusiu. Proszę, proszę, proszę, proszę – Joyce zeszła na dół i objęła kolana ojca.

Eccles roześmiał się. Aby odzyskać równowagę, oparł się na raczej szerokiej główce córki. Była to zresztą cecha, którą podobnie jak spłaszczony czubek głowy, Joyce miała po nim.

- Dobrze – powiedział – Zaczekaj tu i porozmawiaj z tym zabawnym panem. – z nadspodziewaną energią wbiegł po schodach.

- Joyce, jesteś dobrym dzieckiem? – spytał Królik.

Dziewczynka wypchnęła brzuszek do przodu, wcisnęła głowę w ramiona, wydając przy tym nieznaczny odgłos z głębi gardła. Pokręciła głową. Królik odniósł wrażenie, że próbowała zmylić go swoim wyglądem, lecz właśnie wtedy odezwała się z nadspodziewaną mocą:

- Tak.

- A twoja mamusia jest dobra?

- Tak.

- Dlaczego tak sądzisz? – Królik miał nadzieje, że pani Eccles słyszała tę rozmowę. Krzątanina przy piekarniku ucichła.

Joyce spojrzała na niego. Strach bardzo wyraźnie odznaczył się na jej twarzy. Była bliska płaczu, więc uciekła do matki. Pozostawiony sam sobie przechadzał się nerwowo po korytarzu próbując się uspokoić, skupiając uwagę na którymś z obrazów. A było z czego wybierać. Pejzaże z obcych stolic, kobieta w bieli, stojąca u stóp drzewa, którego każdy listek obramowany był na złoto, pieczołowity szkic w długopisie kościoła episkopalnego świętego Jana z finezyjnym podpisem Mildreda L. Kramera i datą 1927. W połowie korytarza, nad niewielkim stolikiem wisiało zdjęcie jakiegoś staruszka z białymi włosami i w koloratce, który to staruszek spoglądał z fotografii tak przenikliwie, jak gdyby dane mu było poznać naturę wszechrzeczy. W ramę wetknięto także wycięte z gazety, pożółkłe już zdjęcie tego samego dżentelmena w znacznym powiększeniu. Na tym drugim zdjęciu mężczyzna ściska cygaro, śmiejąc się do rozpuku z trzema innymi osobnikami w sutannach. Przypominał nieco Jacka, ale był grubszy i wyraźnie silniejszy. Cygaro trzymał pewnie w garści. Dalej widać było reprodukcję obrazu przedstawiającego cieślę pracującego w blasku aureoli. W szkle osłaniającym ten obraz, Królik widział odbicie własnej głowy. W korytarzu unosiła się jakaś cierpka woń jakby odplamiacza, świeżego lakieru, kulek na mole lub  starej tapety. Zastanawiał się nad tymi możliwościami, „ten, który zniknął”. Walka płci zaczyna się w zasadzie podczas porodu – co za suka, doprawdy. Ma jednak w sobie jakiś płomyk, który rozświetla te jej jaskrawobiałe nogi. Pewnie ma małą, niedopieszczoną piczkę. Ciacho. Seksowne, a zarazem nudne ciacho.Mimo wszystkich jej wykluczających się cech, kochał ją.

Jak widzicie, na blogu pojawiła się nowa kategoria, więc prędzej lub później możecie się spodziewać kolejnych tłumaczeń prozy, jak i wiersza, z angielskiego na nasz i odwrotnie też. Stay tuned. ;)

Shreds of hope

piątek, 5 Luty 2010

Łatwość, z jaką otwieram się na ludzi, niejednokrotnie przysporzyła mi kłopotów. Cóż jednak mogę poradzić, jeśli czasem otwarcie się jest dla mnie jedynym sposobem na odzyskanie choćby pozorów spokoju? Rozmawiałem wczoraj o mniej lub bardziej intymnych dla mnie sprawach, począwszy od mojego pogłębiającego się szowinizmu, na tytułowych strzępkach nadziei kończąc. Choć ulga przyszła z czasem, najważniejsze, że w końcu przyszła. Dziękuję Czytelniczko ;)

Pomyślałem sobie, że podobnie jak to zrobiłem w wypadku wiersza Tirade of Lucifer’s Son, warto pokusić się o tłumaczenie Ugly truth, zanim ktoś zrobi je gorzej ode mnie.

Brzydka prawda

Łudziłem się że jestem ponad to
Ale okazało się oczywistym
Że jest jak jest
Jestem niespełnioną obietnicą
Czymś za czym tęsknisz
Ale nigdy się za tym nie obejrzysz
Jakbyś nie mogła nic zrobić żeby tego nie stracić

Przeznaczone mi być zagubionym na zawsze
Ponieważ ci którzy mogliby mnie odnaleźć
Nie chcą tego zrobić
Ci którzy może i by chcieli
Nie mogą sobie na to pozwolić jednakże
Moje życie wciąż trwa
Chociaż nie ma sensu

Niektórzy mówią zawsze jest nadzieja
Ale kłamią z premedytacją
Lub po prostu się mylą
Nie sądzicie że widzę
Na czym stoi świat

Więc piszę te słowa
Odnawiam stare rany
Ale to jedyne potomstwo
Jakie dane mi będzie przyzwać
Prawda może być wyczerpująca
Ale tylko ona nadal się liczy