Nie pisałem tutaj od ponad trzech miesięcy. Nie prowadzę statystyk, ale jestem przekonany, że pobiłem swój rekord. Bo wiecie, rekordy bije się najłatwiej, kiedy się nie stara tego robić. Jakoś tak samo wychodzi.
Możecie się zastanawiać dlaczego tak długo nie pisałem. W końcu byłem w Anglii, odwiedziłem nawet Londyn, więc mógłbym się pochwalić zdjęciem z tradycyjnie ubranymi policjantami, czy też fotką na której uwieczniliśmy Tower Bridge. Mogłem to zrobić, ale mi się nie chciało… I tak już zostało.
Teraz, drodzy czytelnicy, zastanawiacie się pewnie czemu informuję Was o swoim lenistwie. Właściwie o tym też nie chciałoby mi się pisać, gdyby nie fakt, że napisałem dziś wiersz. A w zasadzie jakoś samo tak wyszło. I to w momencie, kiedy zaczynałem myśleć, że ten skrawek sieci zmieni się niedługo w zakurzone archiwum.
To zabawne i ciekawe, że ostatnio podobają mi się jedynie te wiersze, które napisałem po angielsku. To spory cios dla moich polskojęzycznych odbiorców. Tym z Was, którzy nie rozumieją języka Wyspiarzy, będzie musiał wystarczyć ten dekadencki wstęp. Czyżbym po dwumiesięcznym pobycie w Wielkiej Brytanii zachłysnął się językiem moich łaskawych gospodarzy? Gdy tylko będę wiedział, dam Wam znać. O ile będzie mi się chciało…
With our griefs (16th Sep ’10)
With our griefs we all
End up alone
At first you think
you have found your home
a place where you belong
You would like it to be shared
You feel cheerful
Like an early bird
And once you think
Your prayers have been heard
You feel empty
like a ballpen without ink
The world is full of preachers
Philosophers, so-called teachers
But all they are doing
Is refusing to say
That at some point one day
With our griefs we all
End up alone