Nihil novi

4 października 2011

Tytuł niniejszego wpisu można rozumieć dwojako. Po pierwsze, nie dzieje się u mnie nic nowego/ciekawego/wartego opisania, stąd też nie pisałem. Jego drugi sens poznacie w toku tego wpisu.

Zamierzam dzisiaj napisać o polityce. Polityka jaka jest, każdy widzi. Nikogo kto widzi nie trzeba przekonywać, że sięgnęła nizin. Choć z drugiej strony, bardziej adekwatne wydaje się stwierdzenie, że polityka ciągle przesuwa owe niziny i to nie w tym kierunku, który by sprawił, że musielibyśmy je przemianować na wyżyny, czy przynajmniej równiny.

Są jednak cechy, które łączą  prawicę i lewicę, niezależnie od tego, czy liderzy polityczni zdają sobie z tego sprawę, czy też nie i czy jest im to na rękę. Chodzi mi o skłonność do przesady i operowania komunałami mającymi usatysfakcjonować taki czy inny elektorat. Nie chcę tu kruszyć kopii, rozumiem że partie muszą projektować potencjalnego wyborcę. Nikt nie zagłosuje na partię, która jest przeciw in vitro, ale popiera małżeństwa gejów.

Zauważam tu jednak pewną miałkość. Prawicowcy gardłują, że życie ma być chronione od poczęcia do samego końca. Lewicowcy krzyczą, że pozycja kościoła jest zbyt silna. Czy przeciętny Kowalski chce kolejnych regulacji w tych kwestiach? To, że status quo jest daleko od środka, to jedno, a to że jest cała masa bardziej istotnych problemów, które nie doczekały się odpowiedzi, to drugie.

Niektóre partie  na czas kampanii łagodnieją (patrz PiS), inni uwypuklają swój radykalizm (RPP), zaś co niektórzy są wyraźnie zagubieni (SLD). Są też gracze, którzy powtarzają pomysły nie znajdujące szerszego poparcia (JKM i jego KNP).

Skupmy się jednak na SLD, bo spot, który dzisiaj zobaczyłem ilustruje bolączkę całej lewicy.

Mamy tutaj kandydatkę na posłankę, która się rozbiera. I to ilustruje pomysł lewicy na kulturę. Nawiasem mówiąc, pomysł nietrafiony. Dostęp do erotyki mam wystarczający, nie potrzebuję go poszerzać. Polityku, jesteś niezadowolony z kanonu lektur? Zamiast się rozbierać, albo pokazywać księdza, który z pliku setek wygrzebuje obrazek i płaci nim dzieciom, które umyły mu samochód, powiedz jak byś zmienił kanon i dlaczego.

Jeszcze jedna rzecz. W zeszłych wyborach oddałem głos na Platformę Obywatelską. Po części dlatego, że nie do końca widziałem jak niewiele różni Platformę i PiS, po drugie dlatego, iż uważałem, że głos na partię, która nie ma szans wygrać, jest głosem zmarnowanym. W tym roku zamierzam poprzeć RPP, mimo że nawet mnie kuje radykalny antyklerykalizm tej partii. Opowiadam się za JOW-ami i oszczędnościami, które nie będą wymierzone w szarego zjadacza chleba. Zamierzam też pokazać tzw. bandzie czworga, że nie mogą czuć się nazbyt pewnie. Chociaż gdy zobaczyłem garwolińskiego kandydata na posła, zrozumiałem skąd sformułowanie Samoobrona 2.0 :roll:

PS. Kasiu, jesteś atrakcyjną kobietą, ale kilka cycków w życiu widziałem i nie czuję potrzeby zobaczyć Twoich (a już na pewno nie jako jeden z wielu :roll: ), także program pokaż, PROGRAM! ;)

Despite

14 czerwca 2011

Mimo dobrych chęci, nie chce mi się uczyć. Mimo, że nie chce mi się uczyć to jednak próbuje. Mimo, że tylko uczeniem powinienem się teraz zajmować przeniosłem bloga na inny serwer (tamten padał), a teraz do Was piszę. Mimo, że tego nie chciałem, blog mi się nieco zangielszczył, mimo że wgrałem spolszczenie. Ja nie bardzo wiem co z tym zrobić, a nawet jakbym wiedział to nie miałbym czasu się z tym bawić. Ponadto wyzerowało mi Wasze lajki pod postami, co Was pewnie średnio obchodzi, dla mnie jest nieco smutne, ale mimo to blog nie wróci na poprzednią lokalizację.

A teraz się dowiecie po co te wszystkie powtórzenia w poprzednim akapicie, a ja, miejmy nadzieję wrócę do nauki. Mimo wszystko ;)

Mimo dobrych chęci (13.03.2006)

Mimo dobrych chęci,
mimo tego, że tak bardzo mnie nęcisz
Muszę zrezygnować z tego,
By ratować moje zdrowe jeszcze ego

Bardzo zależało mi na Tobie
Chyba nadal mi zależy,
ale co ja wobec tego zrobię,
że Ty śnisz, że obok Ciebie inny leży

Walczyć z nim nie jestem w stanie
Z Tobą walczyć nie chcę
Wybacz mi, już nic się między nami nie stanie,
Chyba, że na Twoje zawołanie…

Madness

23 maja 2011

Zaprawdę powiadam Wam, strzeżcie się poetów, albowiem jesteśmy szaleni. Dzisiaj wiersz Sylvii Plath, poetki wyklętej, paranoiczki. Spierałbym się z tym pierwszym określnikiem, bo czy można mówić o paranoicznym strachu przed zdradą i odrzuceniem u kobiety, która została wielokrotnie zdradzona? Owszem, Sylvia Plath była nadwrażliwa, co doprowadziło do jej przedwczesnej, samobójczej śmierci. Ogrom bólu, wyzierający z Tulipanów wzbudza moją sympatię. Szkoda, że nie wzbudził sympatii kogoś z jej znajomych zanim się zabiła.

Tulipany

Tulipany za bardzo mnie poruszają a jest zima
Spójrzcie jak jest biało jak cicho jak śnieżnie
Uczę się spokoju leżąc samotnie
A światło błąka się po ścianach i łóżku i po rękach
Jestem nikim nic nie uczynię z wewnętrznymi eksplozjami
Oddałam pielęgniarkom codzienne ubrania a z nimi swe imię
Moje wspomnienia ma anestezjolog a ciało chirurdzy

Wcisnęli mi głowę w poduszkę i skuli prześcieradłem
Jestem teraz niby oko o dwóch białych niezamykalnych powiekach
Głupia źrenica musi wszystko rejestrować
Pielęgniarki przychodzą i odchodzą bez kłopotu
W swoich czepkach idą drogą mew
Czyniąc rękami różne gesty, a wszystkie czynią te same
Tak że nie sposób stwierdzić ile ich jest

Ciało me jest dla jak nich żwir traktują je jak woda
Traktuje kamyki które wygładza płynąc po nich
Swymi jasnymi igłami przynoszą odrętwienie i senność
Straciłam już siebie cały mój bagaż był moją chorobą
Złowrogie sterty pigułek zmuszają mnie do życia
Ze zdjęcia uśmiechają się mąż i dziecko
A te uśmiechy wbijają się we mnie jak uśmiechnięte haczyki

Nie steruję już mojego życia łodzią
Uparcie dryfującą nieopodal nazwiska i adresu
Wypłukali ze mnie wszystką miłość i wszelkie skojarzenia
Przestraszyli i przewieźli na wyłożonym szpitalną zielenią łóżku
Odprowadzałam wzrokiem mój serwis sekretarę książki
Tonęły a i mnie woda z głową pochłonęła
Ponownie zostałam ochrzczona nigdy nie byłam tak czysta

Nie chciałam kwiatów chciałam tylko leżeć
Z wzniesionymi rękami będąc pustą do głębi
Jakże uwalnia nie wiecie jakże uwalnia
Spokój tak wielki że aż oślepia
A o nic nie pyta o imię ani o błyskotki
Tak właśnie działa śmierć w końcu widzę ich
Zamykających w ustach komunijny opłatek

Po pierwsze tulipany ranią mnie nadmierną swą czerwienią
Mimo że są opakowane słyszę ich oddech
Oddychają cicho w swoich betach jak okropne dzieci
Ich czerwień koresponduje z moją raną mówi do niej
Są subtelne zdają się dryfować choć mnie pogrążają
Denerwując mnie kolorem i swoimi nagłymi językami
Tuzin czerwonych ciężarków co ciążą ołowiem

Wcześniej nikt na mnie nie patrzył teraz mnie obserwują
Tulipany odwracają się do mnie i do okna za mną
Gdzie światło się powoli szerzy i z wolna więdnie
I widzę siebie płaską, żałosną, jakby wyciętą z papieru
Pomiędzy okiem Słońca a oczami tulipanów
I nie mam twarzy której chciałam się pozbawić
Barwne tulipany zabierają mi tlen

Zanim tu przybyły powietrze było spokojne
Wdech po wydechu bez pajacowania
Potem tulipany wypełniły przestrzeń jak hałas
Teraz powietrze zaczepia się o nie i wiruje jak rzeka
Co zaczepia się i wiruje wokół zatopionego rdzawego silnika
Skupiają moją uwagę, której było dobrze
Bawić się i wypoczywać bez zobowiązań

Ściany także jakby się ogrzewały
Tulipany należy zamknąć w klatce jak dzikiego zwierza
Gdyż otwierają się jak paszcza wielkiego kota z Afryki
A ja jestem świadoma swego serca co otwiera się i zamyka
Jego misy pełnej czerwonych kwiatów mej miłości
Woda której kosztuję jest ciepła i słona niczym morze
Z kraju tak dalekiego jak zdrowie

 

Translator’s dilemmas

20 maja 2011

Dzisiaj pokażę Wam, proszę państwa, tłumaczenie opowiadania Job history, autorstwa Edny Annie Proulx, wydane w tym samym zbiorze opowiadań co Brokeback Mountain. Tłumaczenie to wykonałem najlepiej jak potrafiłem,  Otrzymałem tekst źródłowy w wersji bez tytułu, toteż i moja praca nie była tytułem opatrzona. Tytuł, który nasunął mi się po lekturze i korekcie własnego przykładu to Kroniki rodziny Lee, choć jeśli chcielibyśmy być zupełnie wierni tytułowi oryginału, polski tytuł składałby się z dwóch znaków w takiej oto kompozycji: CV. Zapraszam do lektury i oceny mojego przekładu:

Dzieje rodziny Lee a.k.a CV

Leeland Lee urodził się 17. listopada 1947 roku w swoim domu rodzinnym w Cora, w stanie Wyoming. Miał pięcioro starszego rodzeństwa. W latach pięćdziesiątych jego matka odziedziczyła małą farmę w Unique przypominającą kształtem kość, na którą przeprowadziła się wraz z rodziną. Farma państwa Lee leżała kilka kilometrów poza miastem. Hodowano tam owce, parę kur i tuczników. Ojciec był cholerykiem, więc dzieci opuszczały dom, gdy tylko stawało się to możliwe. Leeland śpiewał bez końca „That Doggie in the Window”. Ojciec trzepnął go packą na muchy i kazał mu się zamknąć. Radio milczało, śnieżyca uszkodziła przewody elektryczne.

Po matce Leeland miał wyraziste kości policzkowe. Miał też szeroki kark, a rudo-złota grzywka okalała jego czoło. Już w dzieciństwie miał oczy mętne jak u alkoholika z wieloletnim stażem. Nad tymi rozbieganymi oczyma brwi prężyły się niczym dwie strzały. Miał szeroki nos, a jego usta wyglądały jak wyrzeźbione jednym uderzeniem dłuta. W piątej klasie wygłupiając się z kolegami spadł z drabinki pożarowej i złamał miednicę. Spędził trzy miesiące w gipsie. W wiadomościach mówili, że przeciętny Amerykanin zjada około 3,9 kilogramów margaryny rocznie, ale już tylko 3,7 kilogramów masła. Zapamiętał tę informację na zawsze.

W wieku lat siedemnastu, Leeland ożenił się z Lori Bovee. Oboje rzucili szkołę, a Lori zaszła w ciążę co napawało jej męża dumą. Złamana kiedyś miednica już mu nie doskwierała. Żona była od niego o rok młodsza. Miała niczym nie wyróżniającą się, owalną twarz i średniej długości włosy. Była nieco korpulentna, ale w pastelowych swetrach wyglądała słodko. Matce Leelanda nie podobało się to małżeństwo, więc młodzi opuścili farmę. Aby utrzymać rodzinę chłopak zatrudnił się na stacji Egge’a, gdzie obsługiwał dystrybutor paliw.

- Jak będziesz gotowy, to możesz odpalać Gridley – roześmiał się Ed Egge.

Wspomniana stacja obsługi mieści się na skrzyżowaniu autostrady nr 16 z drogą lokalną. Szesnastka leży na najczęściej uczęszczanej trasie do parku Yellowstone. Za pięćdziesiąt dolarów Leeland kupił od ojca Lori starą ciężarówkę, a Ed odrestaurował jej silnik. W wiadomościach mówili o wojnie w Wietnamie i zamieszkach w Selmie, w stanie Alabama.

W ramach federalnego programu rozbudowy czterdzieści kilometrów od szesnastki powstała nowa, równoległa, czteropasmowa droga międzystanowa. Z dnia na dzień runął cały przemysł turystyczny Unique. Zamiast setki samochodów wypełnionej pasażerami kupującymi paliwo, hamburgery i schłodzoną wodę sodową, pojawiło się jedynie dwóch miejscowych pytających jak idą interesy. W ciągu kilku miesięcy w oknie warsztatu pojawiła się tabliczka Na sprzedaż, a Ed jeździł po pijanemu dopóki zginął w wypadku, zderzając się z dwoma wołami.

Leeland zaciągnął się do wojska, zgłosił się do taboru samochodowego. Przez sześć lat stacjonował w Niemczech, ale nie nauczył się ani słowa po niemiecku. Wrócił do Wyoming cięższy i bardziej humorzasty. Wiosną i latem pracował w ekipie konstruującej zasłony odśnieżne, potem, wraz z żoną, synem i nowonarodzoną córką przeprowadził się do Casper, gdzie pracował jako kierowca cysterny. Mieszkali w przyczepie kampingowej przy Poison Spider Road, wciśnięci pomiędzy wojujących sąsiadów. W wiadomościach usłyszeli, że znaleziono ogromny diament. Urodziła im się kolejna córka. Leeland nie mógł się dogadać ze swoim dyspozytorem. Po roku, wraz z rodziną wrócił do Unique i pogodził się z matką.

Lori była oszczędna i udało jej się odłożyć trochę grosza, co pozwoliło im otworzyć własny interes.  Leeland sądził, że miejscowi chętnie zrobią zakupy w Unique, gdyż w ten sposób oszczędziliby czas i paliwo. Pani Egge nie mogła sprzedać stacji Eda po jego śmierci, więc Leeland wraz z żoną wynajęli ją i wyremontowali. Oprócz tego Leeland wspólnie z ojcem hodowali na boku tuczniki. Jego ojciec pochodził z Iowa, więc znał się na tucznikach.

Okazało się jednak, że ludzie wolą jeździć do miasta, chociażby po to, żeby zobaczyć coś nowego, zakupić wymyśle jedzenie, ubrania, wypieki, czy przyrządy codziennego użytku. Pewnej wyjątkowo mroźnej zimy wszystkie plony pomarzły przez co rodzina Lee straciła wszystkie 112 tuczników. Wyprzedawali co się dało. Półtora roku później biznes upadł. Nowy kolorowy telewizor wrócił na sklepową półkę.

Po ogłoszeniu upadłości Leeland znalazł pracę przy budowie dróg. Niby nigdy nie było go w domu, a jednak znalazł czas, żeby ponownie zapłodnić Lori, podczas „seksualnego maratonu”. Jeszcze przed porodem odszedł z pracy. Ani on, ani jego koledzy nie mogli się dogadać z brygadzistą, który często zmieniał pracowników. Jadąc ciężarówką Leeland, usłyszał w radiu, że setki wyznawców Świątyni Ludu popełniło samobójstwo poprzez wypicie cyjanku zmieszanego z oranżadą.[1]

Następnie Leeland zatrudnił się w przetwórni mięsnej starego Brose’a, stając się jej jedynym pracownikiem. Jego zadaniem było mierzenie i ćwiartowanie zwierząt. Lubił schludnie pakować mięso, odpowiadał mu zapach wilgotnych kości i chłód. Potrafił nadzwyczaj celnie rzucać tasakiem i jeśli akurat spostrzegł mysz, nie pożyła ona długo. Po wielomiesięcznych negocjacjach z Brosem, państwo Lee podpisali z nim umowę dzierżawy na okres dziesięciu lat. Ich najstarszy syn jako pierwszy w rodzinie ukończył szkołę średnią i na sześć lat zaciągnął się do wojska. W wiadomościach mówili coś o obiadach w szkołach, a także o tym, że keczup uznaje się za warzywo. Stary Brose przeprowadził się do Albuquerque.

Gospodarka zniżkowała. W wiadomościach ciągle mówili o recesji i bezrobociu. Pracowici farmerzy sami zaczęli znów zajmować się ubojem, obróbką i mrożeniem swoich wyrobów. Opłaty za dzierżawę były duże, a i cena energii poszła w górę. Państwo Lee musieli zrezygnować z interesu. Stary Brose wrócił z Albuquerque. Było między nimi wiele złej krwi.

- Nie poszło nam. – powiedział Leeland i taka była prawda.

Wydawało się, że to dobry czas, żeby spróbować szczęścia gdzieś indziej. Na czas sezonu łowieckiego mężczyzna dostał pracę w przetwórni mięsa w Thermopolis. Myśliwy z Des Moines, niedaleko miejsca, gdzie urodził się jego ojciec dał mu 100 dolarów napiwku, gdy ten ładował pakiety z mrożonym wapiti[2] na pokład jego małego samolotu. Pilot pił, co nie przeszkodziło mu odlecieć na południowy wschód w stronę Gór Skalistych[3].

Przez całą zimę Leeland nie miał pracy, więc został w domu z dzieckiem, podczas gdy Lori pracowała w szkolnej stołówce. Dziecko płakało zawzięcie, więc ojciec postanowił je uciszyć łyżeczką piwa.

Latem państwo Lee wrócili do Unique, gdzie mężczyzna po raz kolejny zatrudnił się jako kierowca. Tym razem kursował od wybrzeża do wybrzeża, a każda jego podróż trwała 2-3 miesiące. Jeździł po całym kontynencie. Był w Teksasie, na Alasce, w Montrealu i Corpus Christi. Mówił, że wszystkie te miejsca są takie same. Lori pracowała jako kucharka w Hi-Lo Cafe w Unique. Właściciele tego miejsca zmienili się trzy razy w ciągu dwóch lat. West Klinker, starszawy farmer, jadał w Hi-Lo trzy posiłki dziennie. Był miły dla Lori. Przeczytał jej artykuł z gazety, według którego w powłoce ozonowej pojawiła się dziwna dziura. Pomylił ozon z tlenem.

Pewnej nocy, gdy Leeland był gdzieś na wschodnim wybrzeżu dziecko dostało drgawek. Wcześniej przez tydzień miało gorączkę i kaszlało. Kobieta odbyła przerażającą podróż przez oblodzone drogi w kierunku dalekiego szpitala. Dziecko przeżyło, ale uległo ociężałości umysłowej. Lori założyła w Unique grupę ratunkową. Trzy kobiety i dwóch mężczyzn zapisało się na kurs pierwszej pomocy. Przejechali sto mil, żeby wziąć w nim udział, ale tylko dwoje z nich zaliczyło test za pierwszym podejściem. Byli to Lori i stary kawaler Bob Jąkała. Jeden z tych, którym się nie powiodło stwierdził, że to dlatego, iż Bob może pozwolić na wnikliwe studiowanie podręcznika pierwszej pomocy, bo co miesiąc dostaje pieniądze od państwa i nie musi zarabiać na swoje utrzymanie.

Leeland rzucił pracę kierowcy i raz jeszcze postanowił wspólnie z ojcem zająć się hodowlą tuczników na ich starej farmie. Przystąpił także do Ochotniczej Straży Pożarnej. W lutym w pożarze zginęło dwoje dzieci. Z powodu zasp, dotarcie wozem strażackim na miejsce zajęło trzy godziny. Rodzina, której się to przytrafiło to krewni Lori:

- Kiedy nastąpił wybuch – powiedział Leeland – coś wypadło wprost na maskę. Okazało się, że było to dziecko, które grało w Nintendo. Nawet nie było zwęglone.

Bob Jąkała miał rodzinę w Muncie, w stanie Indiana. Jeden z jego kuzynów pracował w miejscowym ośrodku zdrowia. Ów kuzyn załatwił starą karetkę dla Oddziału Ratunkowego w Unique. Wprawdzie ta karetka miała trafić do oddziału z Missisipi, ale kuzyn Boba, który był kiedyś w Unique, przekonał kogo należało do zmiany decyzji. Bob bał się zatłoczonych miast, więc państwo Lee, wraz z najmłodszym synem pojechali odebrać karetkę. Był to ich pierwszy wspólny urlop. W drodze powrotnej Lori zostawiła torebkę w  restauracji. Były w niej między innymi pieniądze na paliwo. Pełni obaw wrócili do lokalu, torebkę jednak zwrócono i niczego w niej nie brakowało. Państwo Lee rozmawiali o tym, że nawet nieznajomi okazują się czasem dobrymi ludźmi. Pod ich nieobecność Bob Jąkała został wybrany na szefa grupy ratunkowej.

Małżeństwo z Kalifornii przeprowadziło się do Unique, gdzie zajęli się profesjonalnym wypychaniem zwierząt. Mówiło się o nich, że są artystami, a wypchane przez nich okazy przyjmują niezwykłe pozy. Lori zatrudniła się przy sprzątaniu ich warsztatu. Miejscowi żartowali, że w oknie, tuż obok kojota z uniesioną nogą, stała bylica skrywająca pułapkę. Artyści wytrzymali w Unique prawie dwa lata, a potem przeprowadzili się do Oregonu. Najstarszy syn państwa Lee dzwonił zza granicy. Robił w wojsku karierę.

Kiedy zmarł ojciec Leelanda, okazało  się, że farma jest ogromnie zadłużona. Trzeba było ją sprzedać, żeby spłacić długi. Wdowa zamieszkała z Leelandem i jego żoną. Mężczyzna po raz kolejny zatrudnił się jako długodystansowy kierowca ciężarowy. Jego matka całymi dniami oglądała telewizję. Czasem tylko przysiadała bez słowa w kuchni, wybierając kamyki z suszonej fasoli.

Najmłodsza córka pilnowała dzieci w okolicy. Pewnego dnia jej pracodawca pomacał jej drobne piersi i za to, że niby zjadła kawałek ciasta czekoladowego, które zostawił sobie na potem, kazał jej chwycić jego penisa. Zrobiła to, ale uciekła stamtąd z płaczem, po czym opowiedziała matce co zaszło. Ta doradziła jej, żeby nikomu o tym nie mówiła, ale także, żeby od tej pory nie pracowała. Mężczyzna który ją napastował był dobrym przyjacielem Leelanda. Razem polowali na wapiti i antylopy.

Lori odłożyła nieco pieniędzy, a jej mąż rzucił posadę kierowcy. Raz jeszcze postanowili otworzyć własny biznes. Wynajęli stację benzynową, na której za młodu pracował Leeland. Działała tu już nie tylko stacja paliw, ale też sklep ogólnospożywczy. Próbowali sprawdzonych chwytów reklamowych, plastikowych chorągiewek falujących na wietrze, darmowych lodów w rożkach przy każdym tankowaniu, loterii z nagrodami. Pan Lee wspominał te piękne czasy, gdy zatrzymywało się tu sto samochodów dziennie. Teraz szesnastka wydawała się najmniej uczęszczaną drogą w kraju. Utrzymali się przez rok, a potem Leeland stwierdził, że im nie wyszło i miał rację. W finale NFL[4] San Francisco pokonało Denver, co zdołowało go na wiele dni.

Najstarszy syn państwa Lee został zwolniony ze służby. Nie przyznał się dlaczego, ale Leeland był pewien, że to przez narkotyki. Mężczyzna ponownie zatrudnił się jako kierowca ciężarówki, mimo że uskarżał się na bóle pleców. Syn pracował jako pomoc na farmie w niedalekim Pie. Ojciec bacznie go obserwował wypatrując oznak uzależnienia. Oczy młodego Lee były wiecznie przekrwione i łzawiły.

Najgorsze miało jednak dopiero nadejść. Matka Leelanda umarła, a on sam nadwyrężył plecy. W tym samym tygodniu Lori dowiedziała się, że ma raka piersi i, że jest ponownie w ciąży. Miała 46 lat, lekarz zalecił aborcję, ale nie zgodziła się na nią.

Okazało się, że najstarszy syn Leelanda ma alergię na konie, więc musiał zrezygnować z pracy na farmie. Zwierzył się ojcu, że chciałby hodować tuczniki. Wieprzowina była droga. Przez kilka dni mężczyzna był podekscytowany. Oczami wyobraźni widział już szyld: Leeland Lee i syn, inwentarz żywy. Ale syn zmienił zdanie, gdy odwiedził go kolega z wojska. Następnego ranka dwóch kamratów wyruszyło do Phoenix motorem przyjezdnego.

Lori poroniła w piątym miesiącu, co zaogniło jej raka i doprowadziło do jej śmierci. Zanim do tego jednak doszło, jej mąż spędzał całe dnie w szpitalu. Obie córki państwa Lee były już mężatkami i przeklinały ojca. Nikt nie był w stanie skontaktować się z najstarszym synem, który przegapił pogrzeb matki. Najmłodszego syna nie sposób było ukoić. Zdecydowano, że zamieszka on w Billings w stanie Montana z najstarszą siostrą, która spodziewała się swojego pierwszego dziecka.

Dwa lata po śmierci Lori, kobieta z Ohio kupiła dawną Hi-Lo Cafe, przemalowała ją na pomarańczowo, nazwała „Unique je!” i zatrudniła Leelanda na stanowisku kucharza. Pan Lee doskonale obchodził się z mięsem i bez pudła stwierdzał który kawałek nada się najlepiej na grilla czy na stek. Nigdy nie gotował nic w domu toteż wszyscy byli zdumieni tym długo skrywanym talentem. Najstarszy syn wrócił do domu i planuje w następnym roku wynająć z ojcem starą stację paliw i zamienić ją w warsztat motocyklowy połączony z restauracją serwującą steki. Nikt nie ma czasu słuchać wiadomości.


[1] Tzw. masakra w Jonestown. Na skutek wypicia popularnego napoju zmieszanego z cyjankiem zginęło ponad 900 osób. Do czasu zamachów z 11.09.2001 było to najbardziej tragiczne wydarzenie w historii USA Nazwa napoju została zamieniona na oranżadę, w celu bardziej skutecznego oddziaływania na wyobraźnie czytelnika.

[2] Ssak z rodziny jeleniowatych zamieszkujący głównie Amerykę Północną.

[3] Medicine Bow to jeden z łańcuchów Gór Skalistych (Rocky Mountains).

[4] Super Bowl to finałowy mecz NFL, czyli największej zawodowej ligi futbolu amerykańskiego.

Blank verse

19 maja 2011

Mój, jako twórcy, stosunek do wiersza białego mówiąc zwięźle i figlarnie, lecz na temat, jest analny. Nie ma jednak, z punktu widzenia tłumacza, poezji łatwiejszej formalnie do przetłumaczenia niż wytwory białe bądź też całkowicie wolne. Jest w tym pewien stopień hipokryzji, bo oto wprost Was informuję, że nie lubię pisać takiej poezji i w większości przypadków uważam ją za mało artystyczną, a jednocześnie zdradzam się z tym, że wygodnie mi ją tłumaczyć.

Ten wiersz ma coś w sobie, Skojarzył mi się on z naszym rodzimym poetą, Białoszewskim i było to skojarzenie przyjemne. Sam wprawdzie napisałem tylko jeden wiersz hołdujący estetyce rzeczy codziennych (Oda do klawisza), ale ta estetyka, użyta z pomysłem ujmuje mnie za serce.

Przyznajcie, coś jednak jest w tym wierszu, prawda?:

Koszula – Charles Simic

Ubrać się w nią
Gdy leży
Rozpostarta na podłodze
Nie naruszając jej ułożenia

Szanując mnie
Leży jak ją zrzuciłem
Zeszłej nocy
Nie myśli się poruszyć

W swoim grymasie
Jest prawie władcza
Wijąc się
Wiązanymi rękawami

Hunger for glory

18 maja 2011

Wiecie, absorbuję niepodobne ilości kofeiny. Staram się nie iść po linii najmniejszego oporu i przez to jestem wiecznie przemęczony. Ale jakkolwiek banalnie to zabrzmi, kiedy prowadząca chwali moje tłumaczenie wiersza, co do którego ja sam miałem pewne obawy, to dokładnie w tym momencie wiem kim jestem, dlaczego studiuję to co studiuję i po co wypruwam sobie żyły.

Ludzie dziwią się po co aż tak się staram. Oto jest odpowiedź. Staram się, bo robię to co lubię. Lubię tę jedną jedyną rzecz, którą umiem. Dzisiaj, pokazuję Wam tłumaczenie wiersza Emily Dickinson:

Ptaszek na chodniku – Emily Dickinson

Chodnikiem szedł Ptaszek
Nie sądził że go widziałam
Jak podgryzał dżdżownicę
Aż w końcu w dziobie mu skonała

A potem napił się rosy
Z trawy dojrzałej
I nie miał tego dosyć
Pozwolił przejść Istocie małej

Gorączkowo się rozejrzał
A jego spojrzenie przypominało
Zlęknione punkciki
Ptaszek poruszył pstrą głową

Jak ten Zagrożony
Co gdy mu dają okruchy
Woli uciec w dom znajomy
Niż ryzykować wyzionięcie ducha

Niczym Wiosła co srebrne szwy
Oceanu przecinają
Lub motyle księżycowe
Co bezgłośnie płynąć są gotowe

Saturday’s horizon

14 maja 2011

Krajobraz mojej soboty zmienił się dziś bezpowrotnie. Stacja CW wyemitowała wczoraj finał finałów tasiemca sciencie fiction dla młodzieży: Smallville. Biorąc pod uwagę kierunek w jakim zmierzał przez kilka sezonów ten serial, finał był całkiem niezły. Pompatyczny, fakt, miejscami nieco gorzki, ale scenarzyści i reżyserowie tego półtoragodzinnego widowiska zrobili co mogli, aby ich przeinaczone uniwersum Supermena, choć minimalnie przypominało to znane fanom poprzedniego kanonu przygód człowieka ze stali. Mówię o poprzednim kanonie, bo ów serial zbudował nowy kanon. Bardziej pretensjonalny, zgoda, ale też znacznie odświeżony.

W tym odświeżonym kanonie znajdują się jednak same najlepsze elementy jego poprzednika. Oto Clark Kent przywdziewa wreszcie niebiesko-czerwony strój, z bezbarwnej smugi, stając się ucieleśnieniem nadziei wszystkich Amerykanów, a nawet takich jak nasz, narodów kulturowo zamerykanizowanych. Ponadto CK w nieco dziwnych, trochę zbyt epickich okolicznościach uczy się latać i odzyskuje swego odwiecznego wroga, Lexa Luthora, często przedstawianego z dotąd nieznanych mi pobudek w jednej skórzanej rękawicy. Mamy tu też nawiązanie do pewnego wątku, który jak mi się wydaje, był też obecny w komiksach: Nikt do końca nie wie, za co Lex tak bardzo nie lubił superbohatera, który uczynił go superzłoczyńcą. W świetle prezentowanego zakończenia, Lex sam nie będzie tego wiedział.

Szkoda tylko Tess, która zdawała się przejść na jasną stronę mocy, a jednak nie miała szansy się tym wyborem nacieszyć. Trochę dziwi nagle wynaleziony brat bliźniak Jimmiego Olsena, ale cieszy że scenarzyści w końcu oddali hołd tej postaci. Podobnie jak fakt, że CK przyzwyczaił się w końcu do roli pierdoły i że Perry White stanął na czele Daily Planet.

Gościnne występy znanych i lubianych aktorów stanowiły długo oczekiwaną osłodę dla smutku związanego z zakończeniem Smallville. Oczywiście, prym wiedzie tu Rosenbaum, chociaż Schneiderowi też niczego nie brak. Na planie zabrakło chyba tylko Kreuk, chociaż jej pojawienie się byłoby fabularnie trudne do wyjaśnienia.

Ze Smallville zaczęła się moja mania serialowa, ale jedynym serialem co do którego czuję przemożną chęć obejrzenia kolejnego odcinka jest Lie to me. Zaprawdę, moje życie się zmieniło

Defensor educandi

13 maja 2011

Tworzę, proszę państwa, kolejną kategorię na swoim blogu. Kategoria zwać się będzie Essays. Publikował w niej będę eseje, które napisałem na uczelni, bądź na potrzeby uczelni, ale faktycznie reprezentuję poglądy w nich wyrażone. Eseje te siłą rzeczy, będą w języku angielskim, ale jeśli będzie mi się nudzić to może je kiedyś przetłumaczę. Jak wskazuje tytuł dzisiaj wcielam się w obrońcę edukacji:

Modern schooling system has to deal with many problems. One of such problems is lack of proper approach towards knowledge, which is being passed on. However, life wisdom is something, which is more likely to be acquired, rather than taught on some regular basis.

First of all, there are as many ways to accomplish happiness and prosperity, as there are people. The fact that someone is happy pursuing certain  type of career is not even anywhere near uniformity in a sense. We need to let people follow their own noses, because their mistakes will be their best teachers. Still we tend to tell our children, what is good and what is wrong, preventing them from getting to know it for themselves

Secondly, education in schools has to remain in compliance with certain rules and laws. Some activities will never be organized at school, as they are perceived as things, which encourage bad behaviour. Yet, participating in such events is vital to make a choice that will stand. It is easy to say, that one is never going to take part in a hit and run accident, if one never drank alcohol. Only knowing how do you act in certain circumstances will enable making an informed choice on whether you want to find yourself in such circumstances or not.

Thirdly, school is not supposed to do all the parental work. It has become a fashionable excuse for the parents to push all the guilt for children’s bad behaviour onto schools. Truth is that, the parents are to blame, as they did not established proper ground rules, which form the basis of the future life wisdom. Thus, what we are supposed to do, is to give a closer look to our own attitude towards creating the mainframe for a wise kid.

To conclude, educational system have never been and will never be flawless. It is worth pointing out, though that none area of our lives will ever be perfected. Thus, rather than elaborating on what does not work, we should focus on those things that we know we may improve.

Question

11 maja 2011

Wczoraj zacząłem się zastanawiać czy aby na pewno nie traktuję ludzi zbyt instrumentalnie. Doszedłem do wniosku, że mam pewne cechy socjopaty. Otóż mówię ludziom, że mi na nich zależy, czasem, że ich kocham i mam na myśli to co mówię. Czy jednak wiem co to naprawdę znaczy kochać kogoś i przejmować się nim? Tu zaczynają się schody. Do niedawna myślałem, że wiem co mówię. Czy aby na pewno?

Miłość prawdziwa, rodem z romansów lub ludzkich frazesów wszystko rozumie i wszystko wybacza. Ja potrafię z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że nie wszystko mi się podoba w osobach, które kocham (mówię tu o członkach rodziny). Czy zatem kocham je naprawdę? I idąc dalej, czy mam obowiązek wybaczać wszystko osobom, które kocham? Bo jeśli tak, to zaprawdę powiadam Wam, nigdy nie kochałem naprawdę, a zapewniając ludzi o swojej miłości, wykazałem się daleko posunięta hipokryzją. Część Was sądzi pewnie, że przyjmując tak ostre kryteria, ciężko będzie znaleźć osoby, które kiedykolwiek kogoś kochały. Dylematy tego rodzaju stanowią jednak obecnie większą część mojego życia duchowego.

Wszystkie te kwestie wskazują w jakiś stopniu na mój egoizm. Nie tylko dostosowuję definicje uczuć do swojego na nie spojrzenia, ale też otwarcie, iż postrzegam ludzi w kategoriach przydatności do swoich celów. A czy te cele wynikają z mojego widzimisię czy też z bardziej altruistycznych pobudek to kwestia drugorzędna. Czy to wszystko potęguje moje zadufanie w sobie czy jest wyrazem szczerości, na którą innych zwykle nie stać (, a przynajmniej nie w takich ilościach i natężeniu)?

Dzisiaj zatem wiersz, który w moim odczuciu, koresponduje z tymi skąd inąd posępnymi rozmyśleniami:

Pytanie upadłego wieszcza (18.1.2007)

Uwierzyłem że mogę wykreować własny świat
Nie chodzi tu o raj bez wad
lecz raczej o mój mikrokosmos
Z dala od dyfuzji czy iluzji innych osmoz
Świat z liter gdzie każdy będzie szczęśliwy
bo w swej prostocie miał on być prawdziwy
Ale cóż za dziwy
Ludzie mówią że umysł mój leniwy
Duch jest zbytnio tkliwy
i byle czym się wzrusza
Ja powiadam uczuć susza
Co raz mniej człowieka w człowieku
Proporcje zachwiane
Znowu budzą mnie te niespokojne myśli nad ranem
Czy jeszcze kiedyś będzie mi dane
Zanegować sens materii
Wrócić do źródła
Tak bym mógł określić swój cel
Bez pudła

Quiz

10 maja 2011

Czyżbym po urodzajnych ostatnich dwóch miesiącach znowu osiadał na mieliźnie nic-nie-pisania? Na dzień dzisiejszy tak to wygląda. Nie jest to zresztą do końca tak, że nie piszę zupełnie nic. Ostatnio napisałem dwa wiersze, które jednak na tyle przypominają mi moje szczenięce dokonania, że jeśli mają zostać kiedykolwiek opublikowane, muszą swoje odleżeć.

Tymczasem, proponuję quiz,  który mam nadzieję, nieco zaktywizuje Was, a przez to także i mnie. Nie myślcie sobie jednak, że jestem naiwny. Tzn jestem, ale w tej akurat kwestii nie spodziewam się, że nagle zasypiecie mnie ogromem konstruktywnych komentarzy, więc nie musicie, nie komentować na złość. Quiz, jak się spodziewam, będzie miał niestety ograniczoną widownię, ale za to będzie składał się z dwóch części. Za chwilę zaprezentuję Wam angielskie tłumaczenie pewnego polskiego wiersza (tłumaczenie napisane na zajęciach z tłumaczeń literackich, więc Arturze, bądź tak dobry i nie zepsuj zabawy ^^ ) Waszym zadaniem będzie zgadnąć tytuł (część pierwsza)  i autora poniższego wiersza (część druga). Wiem, zadanie bardzo ambitne, ale lepsze takie, niż żadne, right? ;)

Strive to show your affection as only garments
Will remain after your loved ones
Trivial experiences last long
The most important are gone in a stint
And you face unbereable silence
Concived of you being desperate
Thinking of someone who passed away

Don’t be sure of abundant time
As it’s an illusion
Which takes away our empathy
Comming with both vain and modesty
Like two passions weak to be honest
Fading so rapidly as a bird’s song
In July
As a clumsy sound cold greeting
Those who see truly close their eyes
To be born is risky not to die
We are still failing in loving others

Neither write nor speak about it
Too much but mean it forever
Then you’ll be mild but powerful

Strive to show your affection as only garments
Will remain after your loved ones
Those who are gone, won’t necessarily return
And you’ll never know when speaking of love
You’re speaking of one for life or the life’s last

May someone win ;)