Question

11 maja 2011

Wczoraj zacząłem się zastanawiać czy aby na pewno nie traktuję ludzi zbyt instrumentalnie. Doszedłem do wniosku, że mam pewne cechy socjopaty. Otóż mówię ludziom, że mi na nich zależy, czasem, że ich kocham i mam na myśli to co mówię. Czy jednak wiem co to naprawdę znaczy kochać kogoś i przejmować się nim? Tu zaczynają się schody. Do niedawna myślałem, że wiem co mówię. Czy aby na pewno?

Miłość prawdziwa, rodem z romansów lub ludzkich frazesów wszystko rozumie i wszystko wybacza. Ja potrafię z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że nie wszystko mi się podoba w osobach, które kocham (mówię tu o członkach rodziny). Czy zatem kocham je naprawdę? I idąc dalej, czy mam obowiązek wybaczać wszystko osobom, które kocham? Bo jeśli tak, to zaprawdę powiadam Wam, nigdy nie kochałem naprawdę, a zapewniając ludzi o swojej miłości, wykazałem się daleko posunięta hipokryzją. Część Was sądzi pewnie, że przyjmując tak ostre kryteria, ciężko będzie znaleźć osoby, które kiedykolwiek kogoś kochały. Dylematy tego rodzaju stanowią jednak obecnie większą część mojego życia duchowego.

Wszystkie te kwestie wskazują w jakiś stopniu na mój egoizm. Nie tylko dostosowuję definicje uczuć do swojego na nie spojrzenia, ale też otwarcie, iż postrzegam ludzi w kategoriach przydatności do swoich celów. A czy te cele wynikają z mojego widzimisię czy też z bardziej altruistycznych pobudek to kwestia drugorzędna. Czy to wszystko potęguje moje zadufanie w sobie czy jest wyrazem szczerości, na którą innych zwykle nie stać (, a przynajmniej nie w takich ilościach i natężeniu)?

Dzisiaj zatem wiersz, który w moim odczuciu, koresponduje z tymi skąd inąd posępnymi rozmyśleniami:

Pytanie upadłego wieszcza (18.1.2007)

Uwierzyłem że mogę wykreować własny świat
Nie chodzi tu o raj bez wad
lecz raczej o mój mikrokosmos
Z dala od dyfuzji czy iluzji innych osmoz
Świat z liter gdzie każdy będzie szczęśliwy
bo w swej prostocie miał on być prawdziwy
Ale cóż za dziwy
Ludzie mówią że umysł mój leniwy
Duch jest zbytnio tkliwy
i byle czym się wzrusza
Ja powiadam uczuć susza
Co raz mniej człowieka w człowieku
Proporcje zachwiane
Znowu budzą mnie te niespokojne myśli nad ranem
Czy jeszcze kiedyś będzie mi dane
Zanegować sens materii
Wrócić do źródła
Tak bym mógł określić swój cel
Bez pudła

Quiz

10 maja 2011

Czyżbym po urodzajnych ostatnich dwóch miesiącach znowu osiadał na mieliźnie nic-nie-pisania? Na dzień dzisiejszy tak to wygląda. Nie jest to zresztą do końca tak, że nie piszę zupełnie nic. Ostatnio napisałem dwa wiersze, które jednak na tyle przypominają mi moje szczenięce dokonania, że jeśli mają zostać kiedykolwiek opublikowane, muszą swoje odleżeć.

Tymczasem, proponuję quiz,  który mam nadzieję, nieco zaktywizuje Was, a przez to także i mnie. Nie myślcie sobie jednak, że jestem naiwny. Tzn jestem, ale w tej akurat kwestii nie spodziewam się, że nagle zasypiecie mnie ogromem konstruktywnych komentarzy, więc nie musicie, nie komentować na złość. Quiz, jak się spodziewam, będzie miał niestety ograniczoną widownię, ale za to będzie składał się z dwóch części. Za chwilę zaprezentuję Wam angielskie tłumaczenie pewnego polskiego wiersza (tłumaczenie napisane na zajęciach z tłumaczeń literackich, więc Arturze, bądź tak dobry i nie zepsuj zabawy ^^ ) Waszym zadaniem będzie zgadnąć tytuł (część pierwsza)  i autora poniższego wiersza (część druga). Wiem, zadanie bardzo ambitne, ale lepsze takie, niż żadne, right? ;)

Strive to show your affection as only garments
Will remain after your loved ones
Trivial experiences last long
The most important are gone in a stint
And you face unbereable silence
Concived of you being desperate
Thinking of someone who passed away

Don’t be sure of abundant time
As it’s an illusion
Which takes away our empathy
Comming with both vain and modesty
Like two passions weak to be honest
Fading so rapidly as a bird’s song
In July
As a clumsy sound cold greeting
Those who see truly close their eyes
To be born is risky not to die
We are still failing in loving others

Neither write nor speak about it
Too much but mean it forever
Then you’ll be mild but powerful

Strive to show your affection as only garments
Will remain after your loved ones
Those who are gone, won’t necessarily return
And you’ll never know when speaking of love
You’re speaking of one for life or the life’s last

May someone win ;)

Perfect circle

24 kwietnia 2011

Moje odczucia odnośnie roli intymnych relacji interpersonalnych w moim życiu, zataczają właśnie koło. Na początku była afirmacja, o tyle słaba, że osnuta na kanwie swoistej niższości, poczucia, że niezależnie od własnych starań, zawsze będę emocjonalnie upośledzony, niekompletny. Potem przyszły one – miłostki. Platoniczne, quasi-platoniczne i te mniej lub bardziej odwzajemnione. Pierwsza z nich (miłostek, nie dziewcząt, brońcie niebiosa!) kazała mi zerwać z tą miernie ugruntowaną afirmacją.

Bo oto okazało się, że nie tylko, jak każdy, mam potrzebę czuć się zauważony przez rówieśnicę, ale też pojawiła się rówieśnica, która mnie zauważyła. Nie do końca, wprawdzie tak, jakbym sobie tego wtedy życzył, ale cóż był to jakiś początek. I choć dzisiaj idealne koło doprowadziło mnie do afirmacji na podstawie przeświadczenia o byciu pełnoprawną, samowystarczalną uczuciowo jednostką, pozwolę sobie na sentymentalną podróż do czasu kiedy odczułem dysonans między swym pokornym podejściem, a tym czego chciałem naprawdę. Jak za chwilę zobaczycie, początkowo nie spodziewałem się, że powyższy utwór kiedykolwiek ujrzy światło dzienne. Uczucia jednak, mają to do siebie, że się wypalają, a na ich stosach płoną również rozmaite niepewności i lęki:

Prywatne (13.11.2005)

Cztery męskie oczy wpatrzone w jedną w czerń odzianą postać
Dwa męskie serca, które chcą z nią w jednym miejscu zostać
Dwoje męskich ust, które chcą powiedzieć „zostaw”
Dwie głowy, które im tego zabraniają
Tysiące myśli, które w głowach ich nastają
A oprócz tego dwie dłonie, które w braterskim uścisku pozostają

Oni wiedzą, że to nie zabawa
Bacznie patrzą jak z lewa i z prawa
Nadchodzą faceci -
Boże, niech ten czas już szybciej leci
Niech ona przyjdzie tu i swym uśmiechem
Ukoi ten niepokój, który czują
Stoicka postawa na zewnątrz, w środku
- wariują

Lecz ona idzie do nich i do tamtych znowu wraca
Bracia czują nad głowami topór kata
Tamci w prawdzie też na nią patrzą
Nie byłoby w tym nic złego,
Gdyby tym spojrzeniem nie realizowali swego samczego ego
Trudno jest braciom przywyknąć do tego
Aż w końcu wszyscy wychodzą
Jest bezpieczna i to się liczy,
a żadne już serce niepokojem nie krzyczy

Byłbym zapomniał. Happy Chr… znaczy wesołych świąt. ^^

Never say forever

20 kwietnia 2011

Dwa dni temu nawiązałem początkowo ostrą polemikę z serdeczną koleżanką odnośnie stwierdzeń i obietnic zawierających określenia czasu nieokreślonego. Gdyby ktoś miał wątpliwości o czym mówię, chodzi mi o nigdy, zawsze i na pewno.

Niezbyt często zgadzam się z moim tatą, ale udało mu się skutecznie nauczyć mnie, że obietnica jest świętością. Zawsze. Zdarza się tak, że nie da się jej dotrzymać i nie ma sensu się z tego powodu katować. Jak jednak stwierdzić, czy można sobie takie niedotrzymanie wybaczyć?

Recepta jest jedna, za to składa się z dwóch kroków. Po pierwsze: trzeba wiedzieć co się obiecuje i na tym się dzisiaj skoncentrujemy. Po drugie, trzeba zrobić absolutnie wszystko, co jest w naszej mocy, aby tej obietnicy dotrzymać. Nie po to, żeby nikt nam nie mógł niczego zarzucić. Po to, żebyśmy nie musieli się usprawiedliwiać przed sobą. Wiem, potrafimy to doskonale, ale jeśli zaczynamy, to najlepszy dowód, że coś nam nie wyszło.

Wracając do dzisiejszego tematu w rozmowie z Asią padły słowa w rodzaju kiedy budujesz most nie zakładasz, że się on załamie. Możesz więc stwierdzić, że na pewno się nie załamie. I tu jest podstawowa różnica w naszym postrzeganiu. Gdyby rzeczony most się zawalił w godzinach szczytu powodując zgon setek osób, jak miałbym spojrzeć w oczy rodzinom ofiar skoro zapewniałem wszystkich w koło, że most mojej konstrukcji na pewno, ale to na pewno (!) się nie zawali? Będąc budowniczym powiedziałbym raczej: Skonstruowałem ów most najlepiej jak mogłem. Na tyle na ile mi wiadomo nie powinien się zawalić. Różnica subtelna, ale dla mnie kluczowa.

Ergo, nie powiem żadnej kobiecie zawsze będę Cię kochał, bo zawsze to zawsze i, wbrew temu, do czego usiłowała mnie przekonać Asia, nawet najgorsze przewinienie ze strony takiej niewiasty, nie zwolniłoby mnie z obietnicy kochania jej. Czy to znaczy, że moja miłość będzie mniejsza niż gdybym nie wzdragał się przed użyciem zawsze? Wprost przeciwnie. To znaczy, że szanuję każde wymawiane słowo, a nie wymawiając słów pochopnie, okazuję szacunek rozmówcy.

Koncept szacunku do słów i obietnic, które niosą, nie został zresztą całkowicie zapomniany. Eldo nagrał o tym świetny utwór.

Confession

19 kwietnia 2011

W listopadzie 2009 zamieściłem tutaj wpis Semi-confession i choć trochę się w nim uzewnętrzniłem, to będzie to nic w porównaniu z tym co przeczytacie dzisiaj, tamte refleksje są naprawdę neutralne. Bodajże wczoraj znalazłem, proszę państwa, niepublikowany wiersz. Doskonale rozumiem czemu go nie opublikowałem. Jakkolwiek sztampowo to zabrzmi, nie jestem już tym samym człowiekiem. A że kiedyś lubiłem wypić za dużo to fakt tyleż wstydliwy co niezaprzeczalny.

Dowód rzeczowy nr 1:

Dowód rzeczowy nr 2:

Spowiedź (11.7.2009)

Nie umiem pić
Nie umiem palić
Umiem tylko pisać
I mistrzowsko się żalić

W tym sensie jestem alkoholikiem
Bo gdy słowa liche
Zostaje zaprzyjaźnić się z flaszką
Nikt jak ona nie wyśmiewa
Problemów z samoakceptacją

Łatwiej rozmawiać z kobietami
Gdy moc procentów
W żyłach gra mi
Co się tyczy facetów
Śmiać się łatwiej z nimi
Bo ile można narzekać
Powtarzać że mnie nic dobrego
W życiu nie czeka

Lecz linia jest cienka
Nie widzę jaki ma kolor
Dopóki się nie zarzygasz
Zgony nie bolą
Gorzej gdy ci których cenisz
Zmywać z ciebie muszą
Prawie przetrawioną wódkę z colą

Wtedy nie znajdujesz słów przeprosin
Złość na samego siebie
od środka cię roznosi
Z postanowieniem zaczynasz się nosić
By w końcu raz a dobrze
Powiedzieć dosyć

 

Stream of consciousness

17 kwietnia 2011

Dzisiaj prezentuję Wam anglojęzyczny strumień świadomości. Jak pewnie nie trudno się domyślić zapoczątkowało go to, że na fejsie czy innym gg zobaczyłem u koleżanki przebój sprzed kilku(nastu?) lat o wielkim wielkim świecie. Pierwsza strofoida jest delikatnie stylizowana na język rapowy, druga zaś jest bardziej abstrakcyjna:

Stream of consciousness (13th Apr ’11)

I’m a big big dog
In this fucked up world
It doesn’t take a word
To get me on board
If you’re gonna go big
I’m ain’t no pig
So don’t treat me as one
You better think
How did the story began
And if you reach a certain conclusion
Express it without further confusion

It will do us all best
If we decide to remove it
From our chests
You can always fight it
But it’s better to comply
Let your soul fly
In the land of dreams
Where happiness
Is an ultimate theme
Where you don’t know
Any pain or sorrow
While good memories
Are the only things you might borrow

Why bother?

15 kwietnia 2011

Seans Yo, tambien! na Bialskich Spotkaniach Filmowych utwierdził mnie w przekonaniu, że jestem malkontentem. Oto obejrzałem bezpretensjonalny film, który w swojej głębi uniknął sztucznego patosu, a jednak coś mi w nim nie pasuje.

Co dokładnie? Przecież było zabawnie, kiedy miało być zabawnie. Było refleksyjnie, a wszystko odmierzone, jak gdyby reżyserowie znali przepis na film doskonały. Nie wiem czego się spodziewałem po tym filmie, skoro doskonale wiedziałem, że nie ma on prawa zakończyć się tzw. klasycznym happyendem.

Ja też oddało niezaprzeczalną usługę tematyce tolerancji. Ale mnie, będącemu (podobnie jak główny bohater omawianego filmu) poniekąd przedmiotem tolerancji, potwierdziło to, co z lękiem przeczuwałem od dawna – tolerancja z definicji zakłada poczucie wyższości. Wystarczy przywołać słowa współpracowników Daniela: Biedaczek świata nie widzi poza tą lafiryndą, a może tak właśnie powinniśmy odbierać innych? Przez pryzmat tego, co widzimy tu i teraz, a nie przeszłych pomyłek, jakkolwiek wielkie by były? Ryzykujemy ogromne nadużycia ze strony osób, którym zaufamy, oczywiście, ale jednym ufamy, a innym już niezbyt chętnie. Według mnie każdy zasługuje na to, żeby traktować go jak czystą kartkę.

Daniel spotkał się z najgorszym rodzajem tolerancji nawet ze strony swojej rodziny. Jego brat stwierdza nie zwiążesz się z kobietą o normalnej liczbie chromosomów, szukaj w swojej lidze*, ale  duchem i umysłem Daniel jest przecież w lidze ludzi zdrowych, a tylko i aż, wygląd zewnętrzny sprawia, że niemal wszyscy widzą w nim trochę mniej upośledzonego człowieka. Nawet jego matka w rozmowie z ojcem powiada: Ta kobieta jest niezrównoważona! Kto normalny zainteresowałby się naszym chłopcem. Puenta mężczyzny była bezcenna: Chciałaś mieć normalnego syna to masz. Normalni ludzie się pieprzą, przynajmniej raz na jakiś czas.

I choć Laura traktowała swojego przyjaciela bardziej normalnie niż ktokolwiek inny, nie powinna była wprowadzać tej znajomości w sferę seksualności. Mamy tu pewną dwuznaczność. Oto ukochana Daniela stwierdza, że nie zamierza uprawiać z nim seksu z litości, ale dlatego, że go kocha. W tej samej wypowiedzi zastrzega jednak, że to się nigdy więcej nie powtórzy, a nawet posuwa się do szantażu emocjonalnego w stylu Jeśli to zrobimy, nigdy nie może Ci być w mojej obecności smutno. Wniosek? Jeśli nawet nie kochała się z nim z litości, to dlatego, żeby się dowartościować albo uspokoić wyrzuty sumienia. A to już pewna (delikatna, ale jednak) forma uprzedmiotowienia drugiej osoby.

Wiem, że Pablo Pineda portretował postać niezwykłą. Pytanie tylko co Danielowi przyszło z tej niezwykłości poza koniecznością afirmacji własnych ograniczeń? Jeśli przyjdzie Wam coś do głowy, podpowiedzcie mi w komentarzu. Ja w swojej naiwności ciągle wierzę, że kiedyś my lub nasi potomkowie będziemy żyć w świecie z Imagine Lennona. W świecie, w którym pojęcie tolerancji będzie zbędne.

*Wszelkie przytoczenia oparte są o moje zrozumienie filmu i nie są właściwymi kwestiami bohaterów. Niestety jeszcze nie rozumiem po hiszpańsku, a do ścieżki dialogowej nie jestem w stanie dotrzeć.

Angels’ knock-off

5 kwietnia 2011

W marcu było jakoś tak niebiańsko tutaj (vide A year from heaven i Spiritually). Pójdźmy dalej tym tropem. Dzisiaj prezentuję Wam tłumaczenie utworu Kaczmarskiego pt. Strącenie Aniołów. Co mnie tchnęło do przetłumaczenia tegoż? Nie mam obecnie wejść od osób anglojęzycznych, o których bym wiedział.  Utwór ten przemówił do mnie (zabijcie, ale nie potrafię znaleźć lepszego sformułowania),  jednak do tego stopnia, że czułem wewnętrzny przymus, aby go oddać w języku Szekspira.

Zanim jednak zaprezentuję przekład, oryginał w wersji dla słuchowców

A według mnie po angielsku wyglądałoby to tak:

Angels’ knock-off

Hosts were singing, the voice remained silent
Who should have justified it
White crowds were marching
Towards the established abyss
Towards the established abyss
Towards the established abyss

There they were standing and there he was
Their wings got numb from their bondage
And their temples and their temples
Were not graced with haloes
Were not graced with haloes
Were not graced with haloes

The defiance is proved
The rebels will be punished
In well-known faces glimmers
Non-celestial glow
Non-celestial glow
Non-celestial glow

Some of them feel much proud
When the fiery sword pushes them down
The crowd comments on it
Not pride is it but vainglory
Not pride is it but vainglory
Not pride is it but vainglory

Some are crying screaming aloud
Hosts are shouting them down though
Others are jumping willingly
They are longing to be damned
They are longing to be damned
They are longing to be damned

The greatest of them is the last to fall
Corrupting in his journey for the crown
What remains of him what remains of him
Is white crowd and muffled shout
Is white crowd and muffled shout
Is white crowd and muffled shout

So has the justice been done
An Angel calls his brother Satan
In the name of Lord
In the name of Lord
And world’s perpetual sorrow
And world’s perpetual sorrow
And world’s perpetual sorrow

Secunda Aprilis

2 kwietnia 2011

Spóźniłem się z pokazaniem Wam tego zdjęcia, ale jak to mówią, lepiej późno, niż później. ;)

Nie jest to jednak jedyna rzecz, z którą się spóźniłem. Kiedy tylko zacząłem upodabniać lewą część twarzy do prawej, zdałem sobie sprawę z tego, że następnego dnia był pierwszy kwietnia. Jako moi czytelnicy dostajecie jednak kolejną ekskluzywną informację:

Jeśli nie zapomnę o tym planie, za 364 będę wyglądał właśnie tak, jak na powyższym zdjęciu.

Skoro jednak piszę dzisiaj, mogę bez żadnego ryzyka przedstawić Wam garść statystyk. Marzec 2011 zamknąłem z 437 wejściami, przy czym 207 z tychże wejść miała miejsce między 27 a 31 marca. Najstarsze słupki jakimi teraz dysponuję pochodzą wprawdzie z października 2009, ale są mniejsze niż ten marcowy. Dodam jeszcze, że w ubiegłym miesiącu napisałem najwięcej postów od grudnia 2008.

Daredevil

27 marca 2011

Jeśli ktoś liczył, że napiszę coś o filmie z Benem Affleckiem to się przeliczył. Zanim rzeczownik daredevil zaistniał w masowej świadomości za sprawą komiksu o niewidomym pogromcy zła i niegodziwości oznaczał osobę śmiałą do granic możliwości. Dziś takim przydomkiem opatrzylibyśmy zapewne większość showmenów, a na pewno tych ze świecznika. W takim właśnie znaczeniu użyłem powyższego słowa.

Na miano showmena zasługuje z pewnością Piotr Zdunkiewicz, nauczyciel akademicki i animator kultury z mojego miasta. Nie czas i nie miejsce to aby przedstawiać tu jego sylwetkę. Nadmienię tylko, że prowadzi on Bialskie Spotkania Filmowe. Tymczasem prezentuje Wam ekskluzywny (na Facebooku można wprawdzie zobaczyć sam występ, ale zdobyłem dla Was jego poszerzoną wersję) materiał z wczorajszego Must be the Music.

Za wcześnie jeszcze wprawdzie, żeby mówić o zdunkiewiczomanii (swoją drogą socjolodzy będą musieli się nabiedzić nad jakąś zgrabną nazwą dla tego zjawiska jeśli Zdunkiewicz odniesie sukces komercyjny), ale zachwyt Kory i przegadanie Łoza to całkiem przyzwoity początek. Wcale się nie pogniewam, jeśli u schyłku małyszomanii na świecznik wskoczy człowiek z Białej Podlaskiej ;)

A teraz życzcie mi szybkiego powrotu do zdrowia.