Perfect circle

24 kwietnia 2011

Moje odczucia odnośnie roli intymnych relacji interpersonalnych w moim życiu, zataczają właśnie koło. Na początku była afirmacja, o tyle słaba, że osnuta na kanwie swoistej niższości, poczucia, że niezależnie od własnych starań, zawsze będę emocjonalnie upośledzony, niekompletny. Potem przyszły one – miłostki. Platoniczne, quasi-platoniczne i te mniej lub bardziej odwzajemnione. Pierwsza z nich (miłostek, nie dziewcząt, brońcie niebiosa!) kazała mi zerwać z tą miernie ugruntowaną afirmacją.

Bo oto okazało się, że nie tylko, jak każdy, mam potrzebę czuć się zauważony przez rówieśnicę, ale też pojawiła się rówieśnica, która mnie zauważyła. Nie do końca, wprawdzie tak, jakbym sobie tego wtedy życzył, ale cóż był to jakiś początek. I choć dzisiaj idealne koło doprowadziło mnie do afirmacji na podstawie przeświadczenia o byciu pełnoprawną, samowystarczalną uczuciowo jednostką, pozwolę sobie na sentymentalną podróż do czasu kiedy odczułem dysonans między swym pokornym podejściem, a tym czego chciałem naprawdę. Jak za chwilę zobaczycie, początkowo nie spodziewałem się, że powyższy utwór kiedykolwiek ujrzy światło dzienne. Uczucia jednak, mają to do siebie, że się wypalają, a na ich stosach płoną również rozmaite niepewności i lęki:

Prywatne (13.11.2005)

Cztery męskie oczy wpatrzone w jedną w czerń odzianą postać
Dwa męskie serca, które chcą z nią w jednym miejscu zostać
Dwoje męskich ust, które chcą powiedzieć „zostaw”
Dwie głowy, które im tego zabraniają
Tysiące myśli, które w głowach ich nastają
A oprócz tego dwie dłonie, które w braterskim uścisku pozostają

Oni wiedzą, że to nie zabawa
Bacznie patrzą jak z lewa i z prawa
Nadchodzą faceci -
Boże, niech ten czas już szybciej leci
Niech ona przyjdzie tu i swym uśmiechem
Ukoi ten niepokój, który czują
Stoicka postawa na zewnątrz, w środku
- wariują

Lecz ona idzie do nich i do tamtych znowu wraca
Bracia czują nad głowami topór kata
Tamci w prawdzie też na nią patrzą
Nie byłoby w tym nic złego,
Gdyby tym spojrzeniem nie realizowali swego samczego ego
Trudno jest braciom przywyknąć do tego
Aż w końcu wszyscy wychodzą
Jest bezpieczna i to się liczy,
a żadne już serce niepokojem nie krzyczy

Byłbym zapomniał. Happy Chr… znaczy wesołych świąt. ^^

Maciej Mackiewicz Lubisz ten wpis

Never say forever

20 kwietnia 2011

Dwa dni temu nawiązałem początkowo ostrą polemikę z serdeczną koleżanką odnośnie stwierdzeń i obietnic zawierających określenia czasu nieokreślonego. Gdyby ktoś miał wątpliwości o czym mówię, chodzi mi o nigdy, zawsze i na pewno.

Niezbyt często zgadzam się z moim tatą, ale udało mu się skutecznie nauczyć mnie, że obietnica jest świętością. Zawsze. Zdarza się tak, że nie da się jej dotrzymać i nie ma sensu się z tego powodu katować. Jak jednak stwierdzić, czy można sobie takie niedotrzymanie wybaczyć?

Recepta jest jedna, za to składa się z dwóch kroków. Po pierwsze: trzeba wiedzieć co się obiecuje i na tym się dzisiaj skoncentrujemy. Po drugie, trzeba zrobić absolutnie wszystko, co jest w naszej mocy, aby tej obietnicy dotrzymać. Nie po to, żeby nikt nam nie mógł niczego zarzucić. Po to, żebyśmy nie musieli się usprawiedliwiać przed sobą. Wiem, potrafimy to doskonale, ale jeśli zaczynamy, to najlepszy dowód, że coś nam nie wyszło.

Wracając do dzisiejszego tematu w rozmowie z Asią padły słowa w rodzaju kiedy budujesz most nie zakładasz, że się on załamie. Możesz więc stwierdzić, że na pewno się nie załamie. I tu jest podstawowa różnica w naszym postrzeganiu. Gdyby rzeczony most się zawalił w godzinach szczytu powodując zgon setek osób, jak miałbym spojrzeć w oczy rodzinom ofiar skoro zapewniałem wszystkich w koło, że most mojej konstrukcji na pewno, ale to na pewno (!) się nie zawali? Będąc budowniczym powiedziałbym raczej: Skonstruowałem ów most najlepiej jak mogłem. Na tyle na ile mi wiadomo nie powinien się zawalić. Różnica subtelna, ale dla mnie kluczowa.

Ergo, nie powiem żadnej kobiecie zawsze będę Cię kochał, bo zawsze to zawsze i, wbrew temu, do czego usiłowała mnie przekonać Asia, nawet najgorsze przewinienie ze strony takiej niewiasty, nie zwolniłoby mnie z obietnicy kochania jej. Czy to znaczy, że moja miłość będzie mniejsza niż gdybym nie wzdragał się przed użyciem zawsze? Wprost przeciwnie. To znaczy, że szanuję każde wymawiane słowo, a nie wymawiając słów pochopnie, okazuję szacunek rozmówcy.

Koncept szacunku do słów i obietnic, które niosą, nie został zresztą całkowicie zapomniany. Eldo nagrał o tym świetny utwór.

Angelika Leśniewska Lubisz ten wpis

Confession

19 kwietnia 2011

W listopadzie 2009 zamieściłem tutaj wpis Semi-confession i choć trochę się w nim uzewnętrzniłem, to będzie to nic w porównaniu z tym co przeczytacie dzisiaj, tamte refleksje są naprawdę neutralne. Bodajże wczoraj znalazłem, proszę państwa, niepublikowany wiersz. Doskonale rozumiem czemu go nie opublikowałem. Jakkolwiek sztampowo to zabrzmi, nie jestem już tym samym człowiekiem. A że kiedyś lubiłem wypić za dużo to fakt tyleż wstydliwy co niezaprzeczalny.

Dowód rzeczowy nr 1:

Dowód rzeczowy nr 2:

Spowiedź (11.7.2009)

Nie umiem pić
Nie umiem palić
Umiem tylko pisać
I mistrzowsko się żalić

W tym sensie jestem alkoholikiem
Bo gdy słowa liche
Zostaje zaprzyjaźnić się z flaszką
Nikt jak ona nie wyśmiewa
Problemów z samoakceptacją

Łatwiej rozmawiać z kobietami
Gdy moc procentów
W żyłach gra mi
Co się tyczy facetów
Śmiać się łatwiej z nimi
Bo ile można narzekać
Powtarzać że mnie nic dobrego
W życiu nie czeka

Lecz linia jest cienka
Nie widzę jaki ma kolor
Dopóki się nie zarzygasz
Zgony nie bolą
Gorzej gdy ci których cenisz
Zmywać z ciebie muszą
Prawie przetrawioną wódkę z colą

Wtedy nie znajdujesz słów przeprosin
Złość na samego siebie
od środka cię roznosi
Z postanowieniem zaczynasz się nosić
By w końcu raz a dobrze
Powiedzieć dosyć

 

Stream of consciousness

17 kwietnia 2011

Dzisiaj prezentuję Wam anglojęzyczny strumień świadomości. Jak pewnie nie trudno się domyślić zapoczątkowało go to, że na fejsie czy innym gg zobaczyłem u koleżanki przebój sprzed kilku(nastu?) lat o wielkim wielkim świecie. Pierwsza strofoida jest delikatnie stylizowana na język rapowy, druga zaś jest bardziej abstrakcyjna:

Stream of consciousness (13th Apr ’11)

I’m a big big dog
In this fucked up world
It doesn’t take a word
To get me on board
If you’re gonna go big
I’m ain’t no pig
So don’t treat me as one
You better think
How did the story began
And if you reach a certain conclusion
Express it without further confusion

It will do us all best
If we decide to remove it
From our chests
You can always fight it
But it’s better to comply
Let your soul fly
In the land of dreams
Where happiness
Is an ultimate theme
Where you don’t know
Any pain or sorrow
While good memories
Are the only things you might borrow

Why bother?

15 kwietnia 2011

Seans Yo, tambien! na Bialskich Spotkaniach Filmowych utwierdził mnie w przekonaniu, że jestem malkontentem. Oto obejrzałem bezpretensjonalny film, który w swojej głębi uniknął sztucznego patosu, a jednak coś mi w nim nie pasuje.

Co dokładnie? Przecież było zabawnie, kiedy miało być zabawnie. Było refleksyjnie, a wszystko odmierzone, jak gdyby reżyserowie znali przepis na film doskonały. Nie wiem czego się spodziewałem po tym filmie, skoro doskonale wiedziałem, że nie ma on prawa zakończyć się tzw. klasycznym happyendem.

Ja też oddało niezaprzeczalną usługę tematyce tolerancji. Ale mnie, będącemu (podobnie jak główny bohater omawianego filmu) poniekąd przedmiotem tolerancji, potwierdziło to, co z lękiem przeczuwałem od dawna – tolerancja z definicji zakłada poczucie wyższości. Wystarczy przywołać słowa współpracowników Daniela: Biedaczek świata nie widzi poza tą lafiryndą, a może tak właśnie powinniśmy odbierać innych? Przez pryzmat tego, co widzimy tu i teraz, a nie przeszłych pomyłek, jakkolwiek wielkie by były? Ryzykujemy ogromne nadużycia ze strony osób, którym zaufamy, oczywiście, ale jednym ufamy, a innym już niezbyt chętnie. Według mnie każdy zasługuje na to, żeby traktować go jak czystą kartkę.

Daniel spotkał się z najgorszym rodzajem tolerancji nawet ze strony swojej rodziny. Jego brat stwierdza nie zwiążesz się z kobietą o normalnej liczbie chromosomów, szukaj w swojej lidze*, ale  duchem i umysłem Daniel jest przecież w lidze ludzi zdrowych, a tylko i aż, wygląd zewnętrzny sprawia, że niemal wszyscy widzą w nim trochę mniej upośledzonego człowieka. Nawet jego matka w rozmowie z ojcem powiada: Ta kobieta jest niezrównoważona! Kto normalny zainteresowałby się naszym chłopcem. Puenta mężczyzny była bezcenna: Chciałaś mieć normalnego syna to masz. Normalni ludzie się pieprzą, przynajmniej raz na jakiś czas.

I choć Laura traktowała swojego przyjaciela bardziej normalnie niż ktokolwiek inny, nie powinna była wprowadzać tej znajomości w sferę seksualności. Mamy tu pewną dwuznaczność. Oto ukochana Daniela stwierdza, że nie zamierza uprawiać z nim seksu z litości, ale dlatego, że go kocha. W tej samej wypowiedzi zastrzega jednak, że to się nigdy więcej nie powtórzy, a nawet posuwa się do szantażu emocjonalnego w stylu Jeśli to zrobimy, nigdy nie może Ci być w mojej obecności smutno. Wniosek? Jeśli nawet nie kochała się z nim z litości, to dlatego, żeby się dowartościować albo uspokoić wyrzuty sumienia. A to już pewna (delikatna, ale jednak) forma uprzedmiotowienia drugiej osoby.

Wiem, że Pablo Pineda portretował postać niezwykłą. Pytanie tylko co Danielowi przyszło z tej niezwykłości poza koniecznością afirmacji własnych ograniczeń? Jeśli przyjdzie Wam coś do głowy, podpowiedzcie mi w komentarzu. Ja w swojej naiwności ciągle wierzę, że kiedyś my lub nasi potomkowie będziemy żyć w świecie z Imagine Lennona. W świecie, w którym pojęcie tolerancji będzie zbędne.

*Wszelkie przytoczenia oparte są o moje zrozumienie filmu i nie są właściwymi kwestiami bohaterów. Niestety jeszcze nie rozumiem po hiszpańsku, a do ścieżki dialogowej nie jestem w stanie dotrzeć.

Angels’ knock-off

5 kwietnia 2011

W marcu było jakoś tak niebiańsko tutaj (vide A year from heaven i Spiritually). Pójdźmy dalej tym tropem. Dzisiaj prezentuję Wam tłumaczenie utworu Kaczmarskiego pt. Strącenie Aniołów. Co mnie tchnęło do przetłumaczenia tegoż? Nie mam obecnie wejść od osób anglojęzycznych, o których bym wiedział.  Utwór ten przemówił do mnie (zabijcie, ale nie potrafię znaleźć lepszego sformułowania),  jednak do tego stopnia, że czułem wewnętrzny przymus, aby go oddać w języku Szekspira.

Zanim jednak zaprezentuję przekład, oryginał w wersji dla słuchowców

A według mnie po angielsku wyglądałoby to tak:

Angels’ knock-off

Hosts were singing, the voice remained silent
Who should have justified it
White crowds were marching
Towards the established abyss
Towards the established abyss
Towards the established abyss

There they were standing and there he was
Their wings got numb from their bondage
And their temples and their temples
Were not graced with haloes
Were not graced with haloes
Were not graced with haloes

The defiance is proved
The rebels will be punished
In well-known faces glimmers
Non-celestial glow
Non-celestial glow
Non-celestial glow

Some of them feel much proud
When the fiery sword pushes them down
The crowd comments on it
Not pride is it but vainglory
Not pride is it but vainglory
Not pride is it but vainglory

Some are crying screaming aloud
Hosts are shouting them down though
Others are jumping willingly
They are longing to be damned
They are longing to be damned
They are longing to be damned

The greatest of them is the last to fall
Corrupting in his journey for the crown
What remains of him what remains of him
Is white crowd and muffled shout
Is white crowd and muffled shout
Is white crowd and muffled shout

So has the justice been done
An Angel calls his brother Satan
In the name of Lord
In the name of Lord
And world’s perpetual sorrow
And world’s perpetual sorrow
And world’s perpetual sorrow

Secunda Aprilis

2 kwietnia 2011

Spóźniłem się z pokazaniem Wam tego zdjęcia, ale jak to mówią, lepiej późno, niż później. ;)

Nie jest to jednak jedyna rzecz, z którą się spóźniłem. Kiedy tylko zacząłem upodabniać lewą część twarzy do prawej, zdałem sobie sprawę z tego, że następnego dnia był pierwszy kwietnia. Jako moi czytelnicy dostajecie jednak kolejną ekskluzywną informację:

Jeśli nie zapomnę o tym planie, za 364 będę wyglądał właśnie tak, jak na powyższym zdjęciu.

Skoro jednak piszę dzisiaj, mogę bez żadnego ryzyka przedstawić Wam garść statystyk. Marzec 2011 zamknąłem z 437 wejściami, przy czym 207 z tychże wejść miała miejsce między 27 a 31 marca. Najstarsze słupki jakimi teraz dysponuję pochodzą wprawdzie z października 2009, ale są mniejsze niż ten marcowy. Dodam jeszcze, że w ubiegłym miesiącu napisałem najwięcej postów od grudnia 2008.

Daredevil

27 marca 2011

Jeśli ktoś liczył, że napiszę coś o filmie z Benem Affleckiem to się przeliczył. Zanim rzeczownik daredevil zaistniał w masowej świadomości za sprawą komiksu o niewidomym pogromcy zła i niegodziwości oznaczał osobę śmiałą do granic możliwości. Dziś takim przydomkiem opatrzylibyśmy zapewne większość showmenów, a na pewno tych ze świecznika. W takim właśnie znaczeniu użyłem powyższego słowa.

Na miano showmena zasługuje z pewnością Piotr Zdunkiewicz, nauczyciel akademicki i animator kultury z mojego miasta. Nie czas i nie miejsce to aby przedstawiać tu jego sylwetkę. Nadmienię tylko, że prowadzi on Bialskie Spotkania Filmowe. Tymczasem prezentuje Wam ekskluzywny (na Facebooku można wprawdzie zobaczyć sam występ, ale zdobyłem dla Was jego poszerzoną wersję) materiał z wczorajszego Must be the Music.

Za wcześnie jeszcze wprawdzie, żeby mówić o zdunkiewiczomanii (swoją drogą socjolodzy będą musieli się nabiedzić nad jakąś zgrabną nazwą dla tego zjawiska jeśli Zdunkiewicz odniesie sukces komercyjny), ale zachwyt Kory i przegadanie Łoza to całkiem przyzwoity początek. Wcale się nie pogniewam, jeśli u schyłku małyszomanii na świecznik wskoczy człowiek z Białej Podlaskiej ;)

A teraz życzcie mi szybkiego powrotu do zdrowia.

Nasir the Great

23 marca 2011

W duchu dzielenia się z Wami swoimi tłumaczeniami, dzisiaj zaprezentuję Wam polską wersję pseudo-biografii Nasa z defjamrecords, Wersja, którą za chwilę ujrzycie uwzględnia poprawki zasugerowane przez mgr Popławską (albowiem była to praca zaliczeniowa z przedmiotu Podstawy tłumaczeń pisemnych). Tekst wybrałem wymagający, więc co się przy nim napociłem to moje. Skomponowanie go w kształcie zbliżonym do poniższego (ponieważ nie wymagał on wielu poprawek) zajęło mi dobre kilka godzin, ale towarzyszył mi przy tym jeden ze wzmiankowanych w nim utworów, mianowicie

Swoją drogą dlaczego na yt wszystko jest w 720p, tylko nie takie klasyki? :roll: Dobra, bo już mocno przynudzam:

O Nasie i kondycji hip-hopu

W ostatnich latach zarówno krytycy, fani, jak i sami artyści narzekali na rosnącą popularność hip-hopu. Muzyka ta odniosła komercyjny sukces, stała się głosem pokolenia i zyskała ogólnoświatowe uznanie. Mogłoby się wydawać, że to same pozytywne efekty, jednak pomimo zróżnicowanej publiczności, wykonawcy nie są już tak bardzo różnorodni. Jak często czytamy taką biografię: „wspomniany raper dorastał na ulicy, żeby związać koniec z końcem handlował narkotykami, został postrzelony, potraktował to jak życiową lekcję i dla odmiany zajął się muzyką”? Jak długo jeszcze będziemy słuchać o rozmiarach felg, cukierkowych lakierach, dużych tyłkach i sprzedawaniu dużych ilości narkotyków? Ile jeszcze rapowych teledysków powstanie przy basenach wypełnionych półnagimi kobietami? Hip-hop może poderwać do tańca, to oczywiste, ale czy może też zachęcić do myślenia? Co się stało z czasami raperów o niebanalnych osobowościach, popisujących się oryginalnym stylem? Czy hip-hop stał się swoją własną parodią?

Takie oto pytania stawia Nas na swoim albumie pod tytułem „Hip-hop is dead” Któż, jeśli nie, on, człowiek uznawany przez wielu za jednego z pięciu raperów wszechczasów, miałby podgrzać te dyskusje? Jego wszechstronne zdolności takie jak gawędziarstwo, żyłka moralizatorska[1], sprawianie, że chce się tańczyć, ale też uważnie patrzeć na świat, były widoczne już na jego genialnym debiutanckim krążku „Illmatic”, z 1994 roku i następnym[2] albumie „It was written”, który jako pierwszy przedostał się do głównego nurtu, czy też w takich przebojach jak „Hate me now”, „One mic”, czy „Either” – w którym raper prezentuje jadowitą lirykę. Wspomniane umiejętności charakteryzują prawdziwie legendarnego MC[3].

Choć Nas, jak każdy, woli przyjemniejsze aspekty życia, nie ucieka w swoich tekstach  od takich tematów jak miłość, poszerzanie swoich możliwości, waga edukacji, czy bycia zorientowanym w bieżących wydarzeniach. Muzycznie, artysta również zdumiewa wszechstronnością: współpracuje z DJ-em Premierem, rapuje na podkładzie w stylu R&B wyprodukowanym przez Trackmasters, czy wraz ze swoim tatą, Olu Darą, sięga do jazzu. Nas ma nadzieję, że nowa generacja raperów ukształtuje się właśnie w duchu różnorodności artystycznej.

- Jest tylu raperów sprzedających kokainę i tak zwanych „czarnuchów handlujących prochami”. – mówi Nas z irytacja – Zastanawiam się gdzie wy to wszystko sprzedajecie? Ludzie nie wiedzą, że jest tak wiele innych rzeczy, o których można mówić.

Skupmy się teraz na albumie „Hip-hop is dead”.  Forma siódmego albumu studyjnego Nasa jest nieco prześmiewcza, ale pozwala mu objaśnić swój pogląd na stan ukochanego przezeń hip-hopu. Zjadliwy utwór tytułowy, wyprodukowany przez Will.i.ama, przenosi słuchacza w świat rodem z najgorszego koszmaru Nasa – świat, w którym hip-hop został zmieciony z powierzchni ziemi. Utwór ten stanowi oskarżenie i przestrogę dla wszystkich wytwórni, DJ-ów i fanów, którzy popadli w samozadowolenie i nie podejmują wyzwań formalnych, jakie stawia przed nimi sztuka. W inspirowanym muzyką jazzową „Can’t forget about you”, również wyprodukowanym przez Will.i.ama, Nas snuje wspomnienia związane z miłością do hip-hopu. Nie prawi przy tym morałów, ani nie jest znużony. Jak mówi,piosenka ta ma w sobie sampel z klasycznego utworu Nata Kinga Cole’a pt. „Unforgettable”, który zainspirował go ze względu na swój ponadczasowy przekaz.

- Znają go ludzie, którzy mają po 70, 80 lat. – mówi – Teraz mogą go także poznać siedmioletnie dzieciaki i to mi pasowało. To było coś wielkiego.

Nas połączył także siły z pionierami hip-hopu z zachodniego wybrzeża. Na potrzeby „QB OG” współpracował ze swoim kolegą z zespołu The Firm, Dr. Dre, a także nagrał utwór ze wschodzącą gwiazdą tego rejonu, The Game’em. Łącząc styl charakterystyczny dla Queens, z tym właściwym dla Campton, głosy Nasa i Game’a pasują do siebie tak dobrze, że można byłoby powiedzieć, że nagrywają razem od lat. W „Play on player” zastajemy Nasa rapującego u boku Snoop Dogga do melodyjnego podkładu autorstwa Scotta Storcha w zrelaksowanym, kalifornijskim stylu.

- Chciałem zrobić coś, co bardzo wyraźnie zbliży wschodnie wybrzeże do zachodniego. Wspólny kawałek ze Snoopem był właśnie taką rzeczą. Nagrałem go również dlatego, że chciałem spróbować czegoś skrajnie innego niż to, co robiłem do tej pory, nagrać coś, czego nigdy wcześniej nie nagrałem, chociaż tego chciałem.

Jednym z najbardziej oczekiwanych i głośnych utworów z tego albumu jest „Black Republican”, pierwszy w karierze Nasa utwór nagrany z Jay’em Z, jego dawnym przeciwnikiem. Podkład do tego podniosłego i kategorycznego przeboju stworzył L.E.S, jeden z producentów,  z którymi Nas pracuje od lat. Jako całość spełnił on wszystkie oczekiwania fanów.

- Wiecie, to jak walka Aliego z Frazierem, jak walka Aliego z Foremanem, jak walka dwóch Alich” – powiedział Nas z uśmiechem o współpracy z Jay’em.

Nagrywając album „Hip-hop is dead”, Nas po raz kolejny zakwestionował utarte schematy muzyczne, eksperymentował z producentami o skrajnie różnych stylach, a także współpracował  z artystami, z którymi do tej pory nie zdarzyło mu się nagrywać. W „Black Republican” wcielił się w postać czarnego bojownika, w „Can’t forget about you” portretował  sentymentalnego mędrca, zaś w „Let there be light”, wyprodukowanym przez Kanyego Westa – inspirującego nauczyciela. To wszystko nie przeszkadza mówić mu (w utworze „Hip-hop is dead”) o seksie z wydepilowanymi ciziami[4]. Niektórzy zarzucają mu brak jednolitego pomysłu na płytę, ale tak naprawdę Nas pokazuje jak bardzo różnorodny może być rap, a także udowadnia, że hip-hop ma się całkiem dobrze.


[1] W subkulturze hip-hopowej (zwłaszcza w USA) dydaktyczna rola raperów sprowadza się przeważnie do ukazania młodzieży alternatywy dla zdemoralizowanego trybu życia.

[2] Ta informacja nie wynika bezpośrednio z tekstu źródłowego, niemniej jest sprawdzona.

[3] Ekwiwalent amerykańskiego słowa „emcee” funkcjonujący zarówno w języku polskim, jak i angielskim.

[4] Por.  hasło Brazilian w„Wazzup? Słownik slangu i potocznej angielszczyzny”, Kraków 2009 i http://rapgenius.com/47887 prezentujący szerszy kontekst dla wyrażenia „Get down with Brazilian dimes”.

Swoją drogą początkowy brak pomysłu jak zgrabnie oddać Brazilian dime w naszym języku niemal zmusił mnie do zmiany tłumaczonego tekstu. ;) Dodając łyżkę dziegciu do beczki miodu, Ten Typ Mes postanowił wyrazić dzisiaj prozą frustrację środowiska spowodowaną odejściem z tego świata innej ikony amerykańskiego hip-hopu, Nate Dogga. Spoczywaj w pokoju, Nathanielu!

Literary translation

22 marca 2011

Zaprawdę powiadam Wam: moje parcie na szkło jest wprost nieprzyzwoite. Jutro kolokwium z literatury, ja nie odróżniam poszczególnych typów sonetów, a co mi zaprząta głowę? Chęć podzielenia się z Wami przekładem fragmentu Uciekaj Króliku. Nie czytajcie ogólnodostępnego tłumaczenia, bo jest starsze ode mnie, a nawet brzydsze ( ;) ). Tyle tytułem wstępu, bo naprawdę nie mam czasu, a jakby ktoś chciał koniecznie zobaczyć oryginał to niech się zgłosi. Propsy dla Kasi Małek za proofreeding:

- Wspólnie z Joyce sądzimy, że są zabawne.

- Zatem oboje macie chore poczucie humoru. Ona co wieczór mnie pyta o tego cholernego kucyka Toma i co to znaczy „umrzeć”.

- To jej powiedz co to znaczy. Gdybyś, tak jak ja i Belloc, wierzyła w absolut, te zupełnie naturalne kwestie nie irytowałyby cię.

- Nie przynudzaj, Jack. Jesteś paskudny, kiedy to robisz.

- Chcesz powiedzieć, że jestem paskudny, kiedy jestem poważny.

- Ciasto się przypala. – powiedział Królik.

Lucy spojrzała na niego, a zrozumienie zmroziło jej spojrzenie. W jej oczach było jakieś chłodne wołanie, ginący krzyk istoty zewsząd otoczonej wrogami. Królik odczuł to, lecz zignorował. Powędrował spojrzeniem ku czubkowi jej głowy, ukazując swoje wrażliwe nozdrza.

- Gdybyś tylko faktycznie był poważny. – rzuciła jeszcze Lucy, a jej gołe nogi mignęły, gdy przebiegała przez posępny korytarz plebanii.

- Joyce, idź do siebie, załóż bluzkę i wtedy będziesz mogła do nas zejść – zwrócił się Jack do córki, która jednak z łoskotem zeszła trzy stopnie niżej – Słyszałaś co powiedziałem?

- Ty po nią idź tatulu.

- Dlaczego tatuś miałby ci przynosić bluzkę skoro jest na dole?

- Bo ja nie wiem, gdzie ona jest.

- Ależ wiesz. Leży na komodzie.

- Nie wiem gdzie jest kumoda.

- Oczywiście, że wiesz, skarbie. Jest w twoim pokoju. Załóż bluzkę, a będziesz mogła zejść do nas.

Ale Joyce była już w połowie drogi.

- Boję się lfa. – westchnęła, a na jej twarzyczce pojawił się uśmieszek zdradzający świadomość  jej własnego zuchwalstwa. Królik usłyszał w jej głosie tę samą przeciągłą nutę, która pojawiała się w głosie jej matki, gdy ta drażniła się z Jackiem.

- Nie ma żadnego lwa. Tylko Bonie tam śpi i wcale się nie boi.

- Proszę tatusiu. Proszę, proszę, proszę, proszę – Joyce zeszła na dół i objęła kolana ojca.

Eccles roześmiał się. Aby odzyskać równowagę, oparł się na raczej szerokiej główce córki. Była to zresztą cecha, którą podobnie jak spłaszczony czubek głowy, Joyce miała po nim.

- Dobrze – powiedział – Zaczekaj tu i porozmawiaj z tym zabawnym panem. – z nadspodziewaną energią wbiegł po schodach.

- Joyce, jesteś dobrym dzieckiem? – spytał Królik.

Dziewczynka wypchnęła brzuszek do przodu, wcisnęła głowę w ramiona, wydając przy tym nieznaczny odgłos z głębi gardła. Pokręciła głową. Królik odniósł wrażenie, że próbowała zmylić go swoim wyglądem, lecz właśnie wtedy odezwała się z nadspodziewaną mocą:

- Tak.

- A twoja mamusia jest dobra?

- Tak.

- Dlaczego tak sądzisz? – Królik miał nadzieje, że pani Eccles słyszała tę rozmowę. Krzątanina przy piekarniku ucichła.

Joyce spojrzała na niego. Strach bardzo wyraźnie odznaczył się na jej twarzy. Była bliska płaczu, więc uciekła do matki. Pozostawiony sam sobie przechadzał się nerwowo po korytarzu próbując się uspokoić, skupiając uwagę na którymś z obrazów. A było z czego wybierać. Pejzaże z obcych stolic, kobieta w bieli, stojąca u stóp drzewa, którego każdy listek obramowany był na złoto, pieczołowity szkic w długopisie kościoła episkopalnego świętego Jana z finezyjnym podpisem Mildreda L. Kramera i datą 1927. W połowie korytarza, nad niewielkim stolikiem wisiało zdjęcie jakiegoś staruszka z białymi włosami i w koloratce, który to staruszek spoglądał z fotografii tak przenikliwie, jak gdyby dane mu było poznać naturę wszechrzeczy. W ramę wetknięto także wycięte z gazety, pożółkłe już zdjęcie tego samego dżentelmena w znacznym powiększeniu. Na tym drugim zdjęciu mężczyzna ściska cygaro, śmiejąc się do rozpuku z trzema innymi osobnikami w sutannach. Przypominał nieco Jacka, ale był grubszy i wyraźnie silniejszy. Cygaro trzymał pewnie w garści. Dalej widać było reprodukcję obrazu przedstawiającego cieślę pracującego w blasku aureoli. W szkle osłaniającym ten obraz, Królik widział odbicie własnej głowy. W korytarzu unosiła się jakaś cierpka woń jakby odplamiacza, świeżego lakieru, kulek na mole lub  starej tapety. Zastanawiał się nad tymi możliwościami, „ten, który zniknął”. Walka płci zaczyna się w zasadzie podczas porodu – co za suka, doprawdy. Ma jednak w sobie jakiś płomyk, który rozświetla te jej jaskrawobiałe nogi. Pewnie ma małą, niedopieszczoną piczkę. Ciacho. Seksowne, a zarazem nudne ciacho.Mimo wszystkich jej wykluczających się cech, kochał ją.

Jak widzicie, na blogu pojawiła się nowa kategoria, więc prędzej lub później możecie się spodziewać kolejnych tłumaczeń prozy, jak i wiersza, z angielskiego na nasz i odwrotnie też. Stay tuned. ;)