Daredevil

27 marca 2011

Jeśli ktoś liczył, że napiszę coś o filmie z Benem Affleckiem to się przeliczył. Zanim rzeczownik daredevil zaistniał w masowej świadomości za sprawą komiksu o niewidomym pogromcy zła i niegodziwości oznaczał osobę śmiałą do granic możliwości. Dziś takim przydomkiem opatrzylibyśmy zapewne większość showmenów, a na pewno tych ze świecznika. W takim właśnie znaczeniu użyłem powyższego słowa.

Na miano showmena zasługuje z pewnością Piotr Zdunkiewicz, nauczyciel akademicki i animator kultury z mojego miasta. Nie czas i nie miejsce to aby przedstawiać tu jego sylwetkę. Nadmienię tylko, że prowadzi on Bialskie Spotkania Filmowe. Tymczasem prezentuje Wam ekskluzywny (na Facebooku można wprawdzie zobaczyć sam występ, ale zdobyłem dla Was jego poszerzoną wersję) materiał z wczorajszego Must be the Music.

Za wcześnie jeszcze wprawdzie, żeby mówić o zdunkiewiczomanii (swoją drogą socjolodzy będą musieli się nabiedzić nad jakąś zgrabną nazwą dla tego zjawiska jeśli Zdunkiewicz odniesie sukces komercyjny), ale zachwyt Kory i przegadanie Łoza to całkiem przyzwoity początek. Wcale się nie pogniewam, jeśli u schyłku małyszomanii na świecznik wskoczy człowiek z Białej Podlaskiej ;)

A teraz życzcie mi szybkiego powrotu do zdrowia.

Nasir the Great

23 marca 2011

W duchu dzielenia się z Wami swoimi tłumaczeniami, dzisiaj zaprezentuję Wam polską wersję pseudo-biografii Nasa z defjamrecords, Wersja, którą za chwilę ujrzycie uwzględnia poprawki zasugerowane przez mgr Popławską (albowiem była to praca zaliczeniowa z przedmiotu Podstawy tłumaczeń pisemnych). Tekst wybrałem wymagający, więc co się przy nim napociłem to moje. Skomponowanie go w kształcie zbliżonym do poniższego (ponieważ nie wymagał on wielu poprawek) zajęło mi dobre kilka godzin, ale towarzyszył mi przy tym jeden ze wzmiankowanych w nim utworów, mianowicie

Swoją drogą dlaczego na yt wszystko jest w 720p, tylko nie takie klasyki? :roll: Dobra, bo już mocno przynudzam:

O Nasie i kondycji hip-hopu

W ostatnich latach zarówno krytycy, fani, jak i sami artyści narzekali na rosnącą popularność hip-hopu. Muzyka ta odniosła komercyjny sukces, stała się głosem pokolenia i zyskała ogólnoświatowe uznanie. Mogłoby się wydawać, że to same pozytywne efekty, jednak pomimo zróżnicowanej publiczności, wykonawcy nie są już tak bardzo różnorodni. Jak często czytamy taką biografię: „wspomniany raper dorastał na ulicy, żeby związać koniec z końcem handlował narkotykami, został postrzelony, potraktował to jak życiową lekcję i dla odmiany zajął się muzyką”? Jak długo jeszcze będziemy słuchać o rozmiarach felg, cukierkowych lakierach, dużych tyłkach i sprzedawaniu dużych ilości narkotyków? Ile jeszcze rapowych teledysków powstanie przy basenach wypełnionych półnagimi kobietami? Hip-hop może poderwać do tańca, to oczywiste, ale czy może też zachęcić do myślenia? Co się stało z czasami raperów o niebanalnych osobowościach, popisujących się oryginalnym stylem? Czy hip-hop stał się swoją własną parodią?

Takie oto pytania stawia Nas na swoim albumie pod tytułem „Hip-hop is dead” Któż, jeśli nie, on, człowiek uznawany przez wielu za jednego z pięciu raperów wszechczasów, miałby podgrzać te dyskusje? Jego wszechstronne zdolności takie jak gawędziarstwo, żyłka moralizatorska[1], sprawianie, że chce się tańczyć, ale też uważnie patrzeć na świat, były widoczne już na jego genialnym debiutanckim krążku „Illmatic”, z 1994 roku i następnym[2] albumie „It was written”, który jako pierwszy przedostał się do głównego nurtu, czy też w takich przebojach jak „Hate me now”, „One mic”, czy „Either” – w którym raper prezentuje jadowitą lirykę. Wspomniane umiejętności charakteryzują prawdziwie legendarnego MC[3].

Choć Nas, jak każdy, woli przyjemniejsze aspekty życia, nie ucieka w swoich tekstach  od takich tematów jak miłość, poszerzanie swoich możliwości, waga edukacji, czy bycia zorientowanym w bieżących wydarzeniach. Muzycznie, artysta również zdumiewa wszechstronnością: współpracuje z DJ-em Premierem, rapuje na podkładzie w stylu R&B wyprodukowanym przez Trackmasters, czy wraz ze swoim tatą, Olu Darą, sięga do jazzu. Nas ma nadzieję, że nowa generacja raperów ukształtuje się właśnie w duchu różnorodności artystycznej.

- Jest tylu raperów sprzedających kokainę i tak zwanych „czarnuchów handlujących prochami”. – mówi Nas z irytacja – Zastanawiam się gdzie wy to wszystko sprzedajecie? Ludzie nie wiedzą, że jest tak wiele innych rzeczy, o których można mówić.

Skupmy się teraz na albumie „Hip-hop is dead”.  Forma siódmego albumu studyjnego Nasa jest nieco prześmiewcza, ale pozwala mu objaśnić swój pogląd na stan ukochanego przezeń hip-hopu. Zjadliwy utwór tytułowy, wyprodukowany przez Will.i.ama, przenosi słuchacza w świat rodem z najgorszego koszmaru Nasa – świat, w którym hip-hop został zmieciony z powierzchni ziemi. Utwór ten stanowi oskarżenie i przestrogę dla wszystkich wytwórni, DJ-ów i fanów, którzy popadli w samozadowolenie i nie podejmują wyzwań formalnych, jakie stawia przed nimi sztuka. W inspirowanym muzyką jazzową „Can’t forget about you”, również wyprodukowanym przez Will.i.ama, Nas snuje wspomnienia związane z miłością do hip-hopu. Nie prawi przy tym morałów, ani nie jest znużony. Jak mówi,piosenka ta ma w sobie sampel z klasycznego utworu Nata Kinga Cole’a pt. „Unforgettable”, który zainspirował go ze względu na swój ponadczasowy przekaz.

- Znają go ludzie, którzy mają po 70, 80 lat. – mówi – Teraz mogą go także poznać siedmioletnie dzieciaki i to mi pasowało. To było coś wielkiego.

Nas połączył także siły z pionierami hip-hopu z zachodniego wybrzeża. Na potrzeby „QB OG” współpracował ze swoim kolegą z zespołu The Firm, Dr. Dre, a także nagrał utwór ze wschodzącą gwiazdą tego rejonu, The Game’em. Łącząc styl charakterystyczny dla Queens, z tym właściwym dla Campton, głosy Nasa i Game’a pasują do siebie tak dobrze, że można byłoby powiedzieć, że nagrywają razem od lat. W „Play on player” zastajemy Nasa rapującego u boku Snoop Dogga do melodyjnego podkładu autorstwa Scotta Storcha w zrelaksowanym, kalifornijskim stylu.

- Chciałem zrobić coś, co bardzo wyraźnie zbliży wschodnie wybrzeże do zachodniego. Wspólny kawałek ze Snoopem był właśnie taką rzeczą. Nagrałem go również dlatego, że chciałem spróbować czegoś skrajnie innego niż to, co robiłem do tej pory, nagrać coś, czego nigdy wcześniej nie nagrałem, chociaż tego chciałem.

Jednym z najbardziej oczekiwanych i głośnych utworów z tego albumu jest „Black Republican”, pierwszy w karierze Nasa utwór nagrany z Jay’em Z, jego dawnym przeciwnikiem. Podkład do tego podniosłego i kategorycznego przeboju stworzył L.E.S, jeden z producentów,  z którymi Nas pracuje od lat. Jako całość spełnił on wszystkie oczekiwania fanów.

- Wiecie, to jak walka Aliego z Frazierem, jak walka Aliego z Foremanem, jak walka dwóch Alich” – powiedział Nas z uśmiechem o współpracy z Jay’em.

Nagrywając album „Hip-hop is dead”, Nas po raz kolejny zakwestionował utarte schematy muzyczne, eksperymentował z producentami o skrajnie różnych stylach, a także współpracował  z artystami, z którymi do tej pory nie zdarzyło mu się nagrywać. W „Black Republican” wcielił się w postać czarnego bojownika, w „Can’t forget about you” portretował  sentymentalnego mędrca, zaś w „Let there be light”, wyprodukowanym przez Kanyego Westa – inspirującego nauczyciela. To wszystko nie przeszkadza mówić mu (w utworze „Hip-hop is dead”) o seksie z wydepilowanymi ciziami[4]. Niektórzy zarzucają mu brak jednolitego pomysłu na płytę, ale tak naprawdę Nas pokazuje jak bardzo różnorodny może być rap, a także udowadnia, że hip-hop ma się całkiem dobrze.


[1] W subkulturze hip-hopowej (zwłaszcza w USA) dydaktyczna rola raperów sprowadza się przeważnie do ukazania młodzieży alternatywy dla zdemoralizowanego trybu życia.

[2] Ta informacja nie wynika bezpośrednio z tekstu źródłowego, niemniej jest sprawdzona.

[3] Ekwiwalent amerykańskiego słowa „emcee” funkcjonujący zarówno w języku polskim, jak i angielskim.

[4] Por.  hasło Brazilian w„Wazzup? Słownik slangu i potocznej angielszczyzny”, Kraków 2009 i http://rapgenius.com/47887 prezentujący szerszy kontekst dla wyrażenia „Get down with Brazilian dimes”.

Swoją drogą początkowy brak pomysłu jak zgrabnie oddać Brazilian dime w naszym języku niemal zmusił mnie do zmiany tłumaczonego tekstu. ;) Dodając łyżkę dziegciu do beczki miodu, Ten Typ Mes postanowił wyrazić dzisiaj prozą frustrację środowiska spowodowaną odejściem z tego świata innej ikony amerykańskiego hip-hopu, Nate Dogga. Spoczywaj w pokoju, Nathanielu!

Literary translation

22 marca 2011

Zaprawdę powiadam Wam: moje parcie na szkło jest wprost nieprzyzwoite. Jutro kolokwium z literatury, ja nie odróżniam poszczególnych typów sonetów, a co mi zaprząta głowę? Chęć podzielenia się z Wami przekładem fragmentu Uciekaj Króliku. Nie czytajcie ogólnodostępnego tłumaczenia, bo jest starsze ode mnie, a nawet brzydsze ( ;) ). Tyle tytułem wstępu, bo naprawdę nie mam czasu, a jakby ktoś chciał koniecznie zobaczyć oryginał to niech się zgłosi. Propsy dla Kasi Małek za proofreeding:

- Wspólnie z Joyce sądzimy, że są zabawne.

- Zatem oboje macie chore poczucie humoru. Ona co wieczór mnie pyta o tego cholernego kucyka Toma i co to znaczy „umrzeć”.

- To jej powiedz co to znaczy. Gdybyś, tak jak ja i Belloc, wierzyła w absolut, te zupełnie naturalne kwestie nie irytowałyby cię.

- Nie przynudzaj, Jack. Jesteś paskudny, kiedy to robisz.

- Chcesz powiedzieć, że jestem paskudny, kiedy jestem poważny.

- Ciasto się przypala. – powiedział Królik.

Lucy spojrzała na niego, a zrozumienie zmroziło jej spojrzenie. W jej oczach było jakieś chłodne wołanie, ginący krzyk istoty zewsząd otoczonej wrogami. Królik odczuł to, lecz zignorował. Powędrował spojrzeniem ku czubkowi jej głowy, ukazując swoje wrażliwe nozdrza.

- Gdybyś tylko faktycznie był poważny. – rzuciła jeszcze Lucy, a jej gołe nogi mignęły, gdy przebiegała przez posępny korytarz plebanii.

- Joyce, idź do siebie, załóż bluzkę i wtedy będziesz mogła do nas zejść – zwrócił się Jack do córki, która jednak z łoskotem zeszła trzy stopnie niżej – Słyszałaś co powiedziałem?

- Ty po nią idź tatulu.

- Dlaczego tatuś miałby ci przynosić bluzkę skoro jest na dole?

- Bo ja nie wiem, gdzie ona jest.

- Ależ wiesz. Leży na komodzie.

- Nie wiem gdzie jest kumoda.

- Oczywiście, że wiesz, skarbie. Jest w twoim pokoju. Załóż bluzkę, a będziesz mogła zejść do nas.

Ale Joyce była już w połowie drogi.

- Boję się lfa. – westchnęła, a na jej twarzyczce pojawił się uśmieszek zdradzający świadomość  jej własnego zuchwalstwa. Królik usłyszał w jej głosie tę samą przeciągłą nutę, która pojawiała się w głosie jej matki, gdy ta drażniła się z Jackiem.

- Nie ma żadnego lwa. Tylko Bonie tam śpi i wcale się nie boi.

- Proszę tatusiu. Proszę, proszę, proszę, proszę – Joyce zeszła na dół i objęła kolana ojca.

Eccles roześmiał się. Aby odzyskać równowagę, oparł się na raczej szerokiej główce córki. Była to zresztą cecha, którą podobnie jak spłaszczony czubek głowy, Joyce miała po nim.

- Dobrze – powiedział – Zaczekaj tu i porozmawiaj z tym zabawnym panem. – z nadspodziewaną energią wbiegł po schodach.

- Joyce, jesteś dobrym dzieckiem? – spytał Królik.

Dziewczynka wypchnęła brzuszek do przodu, wcisnęła głowę w ramiona, wydając przy tym nieznaczny odgłos z głębi gardła. Pokręciła głową. Królik odniósł wrażenie, że próbowała zmylić go swoim wyglądem, lecz właśnie wtedy odezwała się z nadspodziewaną mocą:

- Tak.

- A twoja mamusia jest dobra?

- Tak.

- Dlaczego tak sądzisz? – Królik miał nadzieje, że pani Eccles słyszała tę rozmowę. Krzątanina przy piekarniku ucichła.

Joyce spojrzała na niego. Strach bardzo wyraźnie odznaczył się na jej twarzy. Była bliska płaczu, więc uciekła do matki. Pozostawiony sam sobie przechadzał się nerwowo po korytarzu próbując się uspokoić, skupiając uwagę na którymś z obrazów. A było z czego wybierać. Pejzaże z obcych stolic, kobieta w bieli, stojąca u stóp drzewa, którego każdy listek obramowany był na złoto, pieczołowity szkic w długopisie kościoła episkopalnego świętego Jana z finezyjnym podpisem Mildreda L. Kramera i datą 1927. W połowie korytarza, nad niewielkim stolikiem wisiało zdjęcie jakiegoś staruszka z białymi włosami i w koloratce, który to staruszek spoglądał z fotografii tak przenikliwie, jak gdyby dane mu było poznać naturę wszechrzeczy. W ramę wetknięto także wycięte z gazety, pożółkłe już zdjęcie tego samego dżentelmena w znacznym powiększeniu. Na tym drugim zdjęciu mężczyzna ściska cygaro, śmiejąc się do rozpuku z trzema innymi osobnikami w sutannach. Przypominał nieco Jacka, ale był grubszy i wyraźnie silniejszy. Cygaro trzymał pewnie w garści. Dalej widać było reprodukcję obrazu przedstawiającego cieślę pracującego w blasku aureoli. W szkle osłaniającym ten obraz, Królik widział odbicie własnej głowy. W korytarzu unosiła się jakaś cierpka woń jakby odplamiacza, świeżego lakieru, kulek na mole lub  starej tapety. Zastanawiał się nad tymi możliwościami, „ten, który zniknął”. Walka płci zaczyna się w zasadzie podczas porodu – co za suka, doprawdy. Ma jednak w sobie jakiś płomyk, który rozświetla te jej jaskrawobiałe nogi. Pewnie ma małą, niedopieszczoną piczkę. Ciacho. Seksowne, a zarazem nudne ciacho.Mimo wszystkich jej wykluczających się cech, kochał ją.

Jak widzicie, na blogu pojawiła się nowa kategoria, więc prędzej lub później możecie się spodziewać kolejnych tłumaczeń prozy, jak i wiersza, z angielskiego na nasz i odwrotnie też. Stay tuned. ;)

Strive for control

19 marca 2011

Niektórzy ludzie są po prostu słabi. Dawniej opcje były dla nich dwie: a) przystosować się do panujących warunków pozbywając się słabostek lub równoważąc je nowo nabytymi zaletami, które wyróżnią delikwenta na tle ciżby ludzkiej; b) stać się solą ziemi w sensie dosłownym, czyli trwać w swoich słabościach i pozwolić im nas zabić. W dobie humanitaryzmu jest jeszcze trzecia opcja: przeżyć po swojemu, lepiej lub gorzej, ale zwykle w taki sposób, że ludzkość nie przejmie się ani naszym istnieniem, ani tym, że w którymś momencie to istnienie się zakończyło. I z punktu widzenia zwykłego śmiertelnika, to sprawiedliwe, że istnieje ta trzecia opcja. Problem w tym, że wielu takich śmiertelników łudzi się, że zostanie kimś więcej, a przeważnie brakuje im albo zdolności, albo zdecydowania, a często niestety obu tych czynników.

Sprawa się komplikuje, kiedy taki słabeusz odkrywa w sobie talent. I wydawać by się mogło, że dobrze, że go odkrył, bo może go zamienić w swoją siłę (w krajach anglojęzycznych uroczo określa się coś takiego jako redeeming feature, co znaczy dosłownie wybawiającą cechę). Czasem bywa jednak tak, że ten talent jest co najmniej obiecujący, a zamiast ułatwić słabeuszowi funkcjonowanie w tym okrutnie rywalizującym świecie, staje się gwoździem do jego trumny. Tak właśnie było w przypadku Iana Curtisa, wokalisty zespołu Joy Division (o ile oczywiście film Control nie wprowadza jakiegoś radykalnego przekłamania) i zapewne wielu innych przedwcześnie zmarłych artystów i, w sumie nie tylko artystów, których główną winą było to, że poświęcili się czemuś tak bardzo, że ocknęli się na skraju przepaści i jedynym, co im pozostało było skoczyć w nią, bo już nie wyobrażali sobie życia na powierzchni.

I to, że tacy jak Ian w końcu skaczą to w moim mniemaniu właśnie szczątkowa forma naturalnej selekcji zaszczepiona gdzieś w ich wątłej podświadomości. Prowadzi to jednak do paradoksalnego wniosku, że czynnikiem, który utrzymuje ludzkość przy życiu jest jej bezwzględność. Gdyby fani nieco bardziej utożsamiali się z Curtisem, mielibyśmy zapewne do czynienia z tzw. efektem Wertera. Znakiem czasów jest jednak to (niestety i na szczęście zarazem) , że śmierć postaci szanowanej prowadzi najwyżej do chwilowej refleksji (patrz pokolenie JPII, które pokoleniem jest już tylko z nazwy, czy utopijny postulat zmiany w polskim dyskursie politycznym po katastrofie smoleńskiej). Nie zmienia to jednak faktu, że wielu młodych ludzi cierpi dzisiaj na klasyczny weltschmerz. Niektórzy z niego wyrosną, inni nie. Nie wszyscy z tej drugiej grupy popełnią samobójstwo, ale nikt z nich nigdy (i używam tego słowa z pełną odpowiedzialnością) nie poczuje się dobrze w tym nienajlepszym ze światów.

Spiritually

15 marca 2011

Nie zamierzam zgrywać osoby, którą to co się stało w Japonii doprowadziło do objawienia. Zdecydowanie nie była to też główna inspiracja  dla dzisiejszego utworu, ale mocno wierzę, że tkwi to gdzieś w mojej podświadomości i miało jakiś wpływ na powstanie tegoż. Zawsze jednak powtarzam, że zazdroszczę osobom o mocno zakorzenionej religijności. To z kolei sprawia, że okresowo odczuwam potrzebę wystosowania swoistego oświadczenia do Boga, o którego istnieniu jestem przekonany, choć ani nie dałbym sobie za nie uciąć ręki, ani tymbardziej, nie dałbym się takiemu wątpliwemu bytowi zdominować.

Do demiurga (15.3.2011)

Straciłem poczucie że Ciebie znam
I choć byłoby łatwiej bezwarunkowo wierzyć
To już tak mam
Że nie potrafię czegoś przeżyć
Gdy nie widzę w tym logiki
Może Szatan mi pomieszał szyki
Może będąc sobie panem sięgam po zbyt wiele
Lecz co jeśli nieśmiertelna dusza w ciele
Jest mirażem
Który wymyślił zlękniony śmierci starzec

Nie chcę umrzeć jako ten co bał się życia
Nie chcę wyrzekać się siebie dla kogoś
Kto boi się wyjść z ukrycia
Bo co jeśli błaznem jest i kpiarzem
Mam nadal robić to co on mi każe

Tęsknię za pewnością
Że jesteś niczym więcej
Niż miłością
Lecz choćbym usilnie
Próbował Cię usprawiedliwić
To wciąż nie mogę się nadziwić
Temu wszystkiemu co sprawiasz
Wybacz lecz już nie umiem
sobie wmawiać
Że z bólu i śmierci
Może płynąć coś co nas naprawia

A year from heaven

13 marca 2011

Niewiele miałem w swoim życiu kompleksów, za to te, które mam czy miałem działają / działały (niepotrzebne skreślić) na mnie potężnie. Jeden z takich kompleksów wywoływała samotność. Miałem ten kompleks na długo przed tym jak poznałem swoją przyszłą byłą, miałem go przez jakiś czas, kiedy się tą byłą stała. A był ów kompleks, przywarą tak perfidną, iż głęboko wątpiłem, że będę z kimś. Ba, wyrobił on we mnie przeświadczenie, że jestem wartościowy, bo nie jestem sam, tymczasem było zupełnie odwrotnie, tzn. nie byłem sam, bo byłem wartościowy.

- Zaraz, zaraz… – zapytają niektórzy – Czy to znaczy, że skoro znowu jesteś wolny to nie czujesz się wartościowy?

I jest to pytanie o tyle na miejscu, że do niedawna właśnie tak by to działało. Ale już tak nie działa. I o ile czegoś się przez ten rok nauczyłem o sobie, o ludziach i o życiu ogólnie to właśnie tego. Pora jednak urwać ten stanowczo przydługi wstęp i zostawić Was z wierszem:

O rok od nieba (12.3.2011)

Oto jesteśmy o rok od nieba
Z którego garściami czerpać
Nam już nie trzeba
I choć to nie lata świetlne
To ten czas gdy było świetnie
Tak odległy się wydaje
Że pamięci ledwo staje
By przywołać te wspomnienia
Może to moc zapomnienia
Ma wyjść z cienia
Na lepsze wszystko pozmieniać

Wiele lekcji jest przed nami
Jedne przyjmujemy z pokorą
Inne skutkują łzami
Doświadczenia są duszy solą
Zwłaszcza jeśli bolą

A gdy rany się zagoją
Wracasz do tych
Którzy się o Ciebie boją
A Twe czoło miast być nachmurzone
Dumnie jest znów uniesione

Hit da floor!

13 lutego 2011

Dobrze było wczoraj / dzisiaj, co się będę rozdrabniał. Bez wątpienia najbardziej energetyczna sytuacja towarzyska od stycznia 2010, tylko bez wybuchowego finału ;) Swoją drogą Gramofon przeżywał chyba jakąś inwazję absolwentów platerki. Tylu znajomych gąb nie było mi dotąd dane spotkać, jeśli nie było to umówione. I wiecie co? Na tę okoliczność powstał wiersz, ze specjalną dedykacją dla Marty M. która wyciągnęła mnie do tego przybytku szatana przyśpieszając w ten sposób koniec świata (kto ma wiedzieć o co chodzi ten wie ^^ ) i równie specjalnymi pozdrowieniami dla platerkowego stolika. Świetnie było Was widzieć.

Epikurejsko (13.02.2011)

Chociaż nic się między nami nie stanie
Miej ode mnie chociaż
Ten mój pseudo-taniec
Bo dzisiaj jesteś moją mistress
Odrzuć smutki i zmartwienia
Zapomnij stres
To czas zabawy
I musisz mi wybaczyć
Że nie mam w tym wprawy

Prędko mnie nie zobaczysz
W takiej sytuacji
Więc korzystaj śmiało
Z niebywałej tej atrakcji
Ale jeśli będzie mało
Cóż nam więcej pozostało
Jak tylko to powtórzyć
Pozwalając by czas
Zamiast się dłużyć
Pędził na złamanie karku
Lecz tylko piękne chwile wśród przyjaciół
Są warte tego czasu

Secret of her eyes

11 lutego 2011

Dzisiaj w ramach Bialskich Spotkań Filmowych obejrzałem film El secreto de sus ojos. Jest to dla mnie dziwny film. Dziwny z dwóch względów. Po pierwsze, rzadko kiedy oglądając tak zwane kino zaangażowane zostaję bez opinii o nim. Zwykle mam jakieś odczucia tuż po seasnie i choć czasem zostają one delikatnie rozmyte prądami dyskusji, jakieś są. A tu nic. No może poza tym, że zakończenie było sztampowe, ale ta myśl uformowała mi się w głowie po niejakiej chwili od zakończenia projekcji. Nie bardzo wiem nawet jakiego zakończenia się spodziewałem, natomiast to które zastałem nie pasowało mi do tego filmu.

Ponadto, ciężko stwierdzić, co w tym filmie jest wątkiem głównym, a co pobocznym. Mamy brutalny gwałt zakończony morderstwem, mamy dwoje ludzi pomiędzy którymi zawsze istniała jakaś chemia. I w świetle ostatniej sceny ta chemia okazuje się bardziej podniosłą i istotną niż tragediczny los, który spotkał Bogu ducha winną kobietę. Z perspektywy niezbyt długiego czasu nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jeden wątek jest dodatkiem do drugiego. Tylko jeśli to ta miłość jest tu ważniejsza, to moim zdaniem scenarzysta posunął się odrobinę za daleko.

Dlaczego? Idea przyświecająca takiemu zakończeniu jest jak najbardziej znamienita (miłość wszystko zwycięża), jednak brak odwagi głównych bohaterów upodabnia tę ich miłość do szczeniackiego zauroczenia raczej niż do dojrzałej, odpowiedzialnej miłości. Możnaby się kłócić, że ich sytuacja osobista była trudna, a ostatnia scena świadczy właśnie na ich korzyść, bo wszystko skończyło się dobrze. Tylko szkoda, że bohaterowie dojrzewali do pewnych kwestii przez 25 lat. I że jako młodzi ludzie nie potrafili przezwyciężyć nieśmiałości, a wspomnienie bestialskiego przestępstwa i jego następstw, sprawia nagle że wpadają sobie w ramiona.

Powiecie, że toczę pianę, bo często właśnie pod wpływem takich bodźców ludzie zdają sobie sprawę z własnych błędów i jest w tym racja. Co mnie drażni to fakt, że w tym filmie gwałt pełni rolę służebną do szlachetnego, acz banalnego przekazu.

A za dwa tygodnie widzimy się na Yo tambien!, a przynajmniej taką mam nadzieję

Carpe fallus

5 lutego 2011

Pod tym kontrowersyjnym skąd inąd tytułem kryje się wpis zaangażowany społecznie. Dzisiaj miałem z siostrą i jej koleżanką minimararon filmowy Obejrzeliśmy sobie Czekając na sobotę i Nie jesteśmy puszczalskie. Oba filmy pochodzą ze stajni HBO Polska i pokazują, że problemy, które widzimy na ogół jako wyolbrzymione przez szukających łatwego zarobku scenarzystów, są jak najbardziej realne. Słyszałem wiele różnych dziwnych historii, ale relatywizm moralny, łatwość redefiniowania pojęć i dorabiania filozofii do swoich niezbyt mądrych czy wątpliwych moralnie postępków chyba nie przestaną mnie zaskakiwać.

I tak na przykład, jedną z bohaterek pierwszego z wymienionych filmów jest była narkomanka, która obecnie dla utrzymania swojej córki trudni się tańcem erotycznym. Nie zrozumcie mnie źle, jak najszczerzej uważam, że żadna, ale to żadna praca nie hańbi. Zdumiewa mnie jednak, że bohaterka wyraźnie stwierdza, iż dzięki tej pracy czuje się spełniona, że sądzi, iż faceci którzy z podekscytowaniem patrzą na nią kiedy jest jeszcze w pełnym kostiumie podziwiają ją za jej umiejętne ruchy, a nie czekają na moment kiedy pokaże wszystko co ma do zaoferowania.

Ale może to lepiej, że ona tak sądzi? Po co miałaby o sobie myśleć jako o odczłowieczonym kawałku ciała wiecznie wystawionym na widok publiczny? Tylko jak ona sobie poradzi, kiedy ktoś „życzliwy” bardzo wyraźnie wyartykułuje, co większość o niej myśli? Jak spojrzy w oczy córce, z której za kilka bądź kilkanaście lat będą się w szkole naśmiewać, że jej matka była na tyle głupia, że pozwoliła sobie zlizywać z tyłka bitą śmietanę i nawet to sfilmować? Owszem, każdy ma prawo robić ze swoim życiem co mu się podoba, ale tylko dopóki nie krzywdzi innych.

Ciekawe są też skojarzenia, z jakimi młodzi Polacy wchodzą w dorosłe życie. Bohaterki Nie jesteśmy puszczalskie stwierdzają, że przecież są z dobrych domów, dobrze się uczą, więc nie są prostytutkami. Że to dziewczyny, które puszczają się za darmo, są szmatami, a one są przedsiębiorcze. Że to dobra zabawa, a pieniądze są z tego przy okazji. Że mogą z tym zawsze skończyć, a ich przyszli faceci powinni być wniebowzięci ich umiejętnościami.

Oczywiście, można dywagować nad wartością dokumentalną powyższej produkcji, bo skoro dziewczyny ukrywały swoje intratne hobby przed rodzinami to jak mogłyby wystąpić w filmie pokazując twarze? Możliwości są dwie, albo dziewczęta wykazały się bezdenną naiwnością (co znowu by mnie aż tak nie zdziwiło), albo film jest dokumentalny na takiej zasadzie jak W11 czy inny Sąd rodzinny i jednak przy tym wariancie każe pozostać mini research przeprowadzony przeze mnie

Wniosek nasuwa się za to dość prosty. Gdyby Horacy żył współcześnie, powiedziałby Carpe fallus, bo oto nasze prącia panowie, okazują się już nie tylko dżwigniami handlu, ale także swoistymi słowami-kluczami, gdy nie wiadomo o co chodzi, a nie chodzi o pieniądze.

Obey me!

20 stycznia 2011

Dzisiaj po raz kolejny obejrzałem Zakochanego Szekspira i proszę, od razu zaowocowało to wierszem w jego języku. Musi Wam to starczyć za komentarz.

Obey me! (20th Jan ’11)

Obey me when I commmand thee
May thy words not seek me
Until they are ready to convey
The message of sorrow that had
Nearly put thee into thy grave

Cause thy words tear me apart
When they are casual as if
The things were bright

Be ready to redeem your sins
With as solemn tears
As you haven’t manage
To produce before
Grant me that one thing
Or forever be gone!